Wieść o zwolnieniu prokurator generalnej krążyła po Waszyngtonie od kilkunastu godzin. Kolejne media oraz dziennikarze zbliżeni do Białego Domu w pewnym momencie zaczęli się prześcigać kto szybciej i trafniej ustali z kolejnego źródła, że Donald Trump pozbył się Pam Bondi.
A sposób tego zwolnienia był jakże daleki od standardów przyjętych we współczesnych demokracjach. Prezydent USA przygotowywał się do szumnie zapowiadanego przełomowego orędzia do narodu, w którym po raz kolejny miał powtórzyć półprawdy o Sojuszu Północnoatlantyckim.
Narastającą irytację mógł zatem wyładować na kimś słabszym, z którym miał na pieńku. Cel był prosty: kobieta.
Trump spotkał się z Bondi w Gabinecie Owalnym i poinformował o dymisji. Możemy się tylko domyślać, w jak napiętej atmosferze przebiegała ta rozmowa. Oczywiście z wpisu Donalda Trumpa.
(Nie)ironiczny wpis Trumpa?
„Pam wykonała niesamowitą pracę, nadzorując masową walkę z przestępczością w całym kraju, a liczba morderstw spadła do najniższego poziomu od 1900 roku. Uwielbiamy Pam, która wkrótce obejmie bardzo potrzebne i ważne stanowisko w sektorze prywatnym, co zostanie ogłoszone w najbliższej przyszłości” – napisał.
Co znamienne, w przeciwieństwie do innych dymisji w administracji, Bondi już tak podpadła Trumpowi, że ten nie chce jej widzieć nigdzie w pobliżu swojego rządu. Dlaczego jednak w tak agresywny sposób republikanin zrezygnował z kobiety, którą forsował aż tak bardzo na świecznik?
Republikanin do dziś nie może wybaczyć jej zarządzania aferą Jeffreya Epsteina, a w zasadzie upublicznieniem kilometrów akt (także zredagowanych, gdzie wygumkowane rzekomo miało być nazwisko Trump) dotyczącymi pedofilii oraz handlem ludźmi.
Prawdopodobnie to ta sprawa była „niewybaczalnym przestępstwem”, o którą oskarżył ją podczas rozmowy pożegnalnej. Bondi miała podobno błagać go o zmianę decyzję, jednak nowojorczyk pozostał niewzruszony.
Sypie się system budowany przez Trumpa
79-latek od lat buduje wokół siebie system, w którym ludzie są wartościowi tylko tak długo, jak są bezwarunkowo lojalni. Bondi, która sama była postacią kontrowersyjną i blisko z nim związaną politycznie, w takim układzie i tak byłaby jedynie narzędziem — a nie niezależnym urzędnikiem stojącym na straży prawa.
Do czasu, gdy Bondi wykonywała polityczne polecenia i likwidowała wielodekadową tradycję niezależności Departamentu Sprawiedliwości od Białego Domu w prowadzeniu śledztw, do tego momentu była przydatna. Teraz gdy budowany przez republikanina domek z kart zaczyna się rozsypywać, zaczyna pozbywać się najsłabszych ogniw.
Tajemnicą poliszynela jest przeprowadzenie jeszcze głębszej czystki – wśród członków gabinetu przeprowadzono ankietę na temat przyszłości dyrektor wywiadu Tulsi Gabbard. Według niektórych członków urzędniczka rozwścieczyła prezydenta, odmawiając potępienia Joe Kenta na przesłuchaniu w Kapitolu.
To dyrektora ds. walki z terroryzmem, który w zeszłym miesiącu zrezygnował ze stanowiska w związku z wojną z Iranem. A ta – jak wiadomo – jest kobietą. Tej jednak Trump z uporem maniaka pozbyć się nie chce.

