Moto

Aktywiści doprowadzają patokierowców do obłędu. Oglądasz to, bo lubisz

Gdyby ludzie nie łamali prawa i nie traktowali swoich samochodów jako broni do torowania sobie drogi w społeczeństwie, działalność parkingowych aktywistów natychmiast by zamarła. Tymczasem ona się rozwija – z korzyścią dla osób zasiedlających tę niszę w mediach społecznościowych, ale czy z korzyścią dla reszty społeczeństwa?

Tymon Grabowski
Felieton autorstwa: Tymon Grabowski
07 marca
13 minut
(fot. boggy / freepik.com)

Reklama

  • W Polsce działa kilka osób, które uczyniły sobie źródło dochodu i rozpoznawalności z tego, że inni łamią prawo. Dokumentują wykroczenia kierowców i pokazują to na Youtube. 
  • Porozmawiałem z dwoma z nich: Maksymem Szewczukiem z kanału „Konfitura” i Wojciechem Galeńskim („Samochodoza”). 
  • Czy aktywiści robią słusznie, przedstawiając „patokierowców” w formie teatrzyku na Youtube? Jak zwykle: to zależy. 

Reklama

Wszystko zaczęło się, gdy po raz pierwszy trafiłem na rosyjski film kanału CTOPXAM (Stop cham). Przedstawiał on kierowców, którzy omijali korek, jadąc po chodniku. Byłem tym przede wszystkim niepomiernie zdziwiony, nawet nie zły – bo niczego dobrego się po rosyjskich kierowcach nie spodziewałem, ale sądziłem że jednak w Rosji ludzie bardziej boją się władzy i nie robią czegoś ewidentnie zabronionego na oczach wszystkich.

Grupa aktywistów skrzyknęła się i po prostu stała na chodniku, uniemożliwiając przejazd. Seria ta miała kilkaset odcinków, pełnych mniej lub bardziej agresywnych reakcji kierowców, w tym bójek czy prób przepychania aktywistów autami. Jeden szczególnie zapadł mi w pamięć: grupa mężczyzn próbowała zatrzymać omijającą korek chodnikiem Toyotę Land Cruiser, w której zapewne jechał ktoś powiązany z władzą. Kierowca Land Cruisera po prostu przyspieszył i przejechał autem po jednym z aktywistów. Przejechany przeżył, ale pokazało to skalę absolutnej pogardy dla zasad współżycia społecznego. Znowu – po Rosji trudno się spodziewać czegoś lepszego.


Reklama

Szybko przyszedł czas na polskich naśladowców

Pierwszy był zapewne Wojtek Galeński z Warszawy z kanałem „Samochodoza”. Filmy, z początku pokazujące sytuację wokół przystanku „Kostrzewskiego” na warszawskim Mokotowie, pojawiły się na jego kanale w 2018 r. Od tej pory Wojtek wstawia treści regularnie, ale nie bardzo często. Są to produkcje w pełni amatorskie, gdzie trzęsie się kamera, często nie wiemy gdzie dzieje się akcja, ale ludziom i tak się spodobało – prowadzący nie dawał się wyprowadzić kierowcom z równowagi, wdawał się w sprzeczki, zdarzały się też i przypadki przemocy fizycznej. Sympatyków Wojtkowi nie przysporzyła akcja posmarowania klamek źle zaparkowanych samochodów psimi odchodami. Stał się on wtedy uosobieniem wszelkiego aktywistycznego zła.


Reklama

Potem na jakiś czas jego działalność nieco spowszedniała, jednak ostatnio znowu było o nim głośno za sprawą incydentu przy ul. Noakowskiego w Warszawie, którą opisuję w dalszej części tekstu. Sytuacja stała się przyczynkiem do obrzucania aktywistów błotem przez środowiska prosamochodowe. Równie dużym echem odbiła się obecność piłkarza Radosława Majdana w jednym z ostatnich filmów na kanale „Samochodoza”. Nie muszę chyba opowiadać, że były sportowiec raczej nie pokazał się z najlepszej strony, jeśli chodzi o parkowanie. Na pewno nadal nie gryzie się w język.

Później pojawił się kanał Stop Cham Warszawa. Miał kilka bardzo dobrych odcinków, potem zapał chyba opadł. Zwrócono uwagę na kilka patologicznych miejsc, jednak prowadzący nigdy nie się pokazują publicznie. O ile początkowe odcinki były dobre, dynamiczne i ciekawe, o tyle później zaczęto pokazywać miejsca dyskusyjne i zachowania nie do końca godne potępienia, zrównując niebezpieczną jazdę po chodniku między pieszymi z zatrzymaniem auta na jezdni przy krawężniku, z dala od drogi dla pieszych. 


Reklama

Od niedawna działa kanał „Konfitura”. Odniósł największy sukces

Prowadzący go Maksym Szewczuk robi to profesjonalnie. Dobra jest jakość dźwięku i obrazu czy montaż, większość odcinków jest podzielona na rozdziały, a całość treści – na serie tematyczne typu „Bazarek” czy „Giełda w Łodzi”. Maksym ma zasadę nieeskalowania przemocy, ludzi zawsze poucza kulturalnie i ze spokojem. Oczywiście to nie oznacza, że czasem nie bywa atakowany. O ile Wojtek działa lokalnie, Maksym jeździ po Polsce, w miejsca gdzie występuje największa „patologia kierowców”.


Reklama

Jest to naprawdę miła rozrywka do oglądania, jeśli ktoś oczywiście czerpie przyjemność z patrzenia na użytkowników aut dostających obłędu ze złości na działania Maksyma. Prowadzona jest też działalność na Patronite, gdzie widzowie mogą wspierać go comiesięcznymi datkami. Obecnie jest to ok. 3600 zł miesięcznie. Filmy „Konfitury” uzyskują znakomite wyniki oglądalności, których inni twórcy mogą mu tylko zazdrościć. Nie podam dokładnych kwot, ale prowadząc samemu kanał na YouTube od lat mogę tylko powiedzieć, że da się z tego żyć. Jakiś czas temu zaprosiłem Maksyma do siebie na rozmowę, żeby dowiedzieć się więcej o jego celach – innych niż wzniecanie zadymy w mediach społecznościowych. 

Hejt i rozpoznawalność

„Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że nie odczuwam przejawów agresji w codziennym życiu ze względu na to, co robię” – powiedział mi Wojtek Galeński, gdy poprosiłem go o kilka wypowiedzi do tego tekstu.


Reklama

„Ludzie rozpoznają mnie nawet kilka razy dziennie, a na pewno więcej niż sto razy w roku i z tych wszystkich interakcji może w dwóch przypadkach były to osoby niepopierające tego, co robię”. Dla odmiany Maksym Szewczuk mówi, że liczy się z wystąpieniem przemocy fizycznej wobec siebie i dodaje, że do poważnych rękoczynów na razie nie doszło – choć na filmach czasem widzimy, jak ktoś rzuca się za autorem w pogoń, grożąc mu pobiciem.


Reklama

Wystarczy jednak obejrzeć kilka nagrań, żeby zobaczyć ogromny rozdźwięk między komentarzami w internecie dotyczącymi działalności Wojtka czy Maksyma a realnymi spotkaniami z ludźmi. Na filmach widzimy przypadkowe osoby ściskające ręce aktywistów i mówiące, że gratulują im wytrwałości oraz odwagi. W komentarzach na ich profilach mamy opluwanie, wulgaryzmy i życzenia wszystkiego najgorszego. Jest na to powiedzenie, które też zawiera wulgarny wyraz, zaczyna się od „kozak w necie”. Jednak ludzie niesprowokowani bardzo rzadko uciekają się do agresji z własnej inicjatywy. Co innego jednak, gdy przeszkodzi im się w parkowaniu – wtedy mogą zamienić się w potwory. 


Reklama

Problemy z prawem

W ten rodzaj działalności nieodłącznie wpisane są problemy z prawem, spotkania z policją i konieczność tłumaczenia się lub nawet ponoszenia konsekwencji za swoje działania. Ostatnio bardzo głośna była wspomniana sprawa incydentu przy ul. Noakowskiego w Warszawie, gdzie Wojtek został najechany przez starszego człowieka jadącego po chodniku w Citroenie, a w trakcie tego zdarzenia rozbił mu szybę. „Niepotrzebnie się to stało, ale się stało” – skomentował to sam Galeński, przyznając że doprowadzenie do tak zaognionej sytuacji było błędem.


Reklama

„Traktuję tę działalność jako trening własnej cierpliwości. Tak naprawdę nie jestem tak spokojny, jak widać na filmach, ale zawsze walczę głównie z samym sobą” – podkreśla Wojtek. Szczerze przyznaje, że zdarzyło mu się w przeszłości uszkodzić źle zaparkowany samochód, za co został ukarany.

Jako jeden z założycieli grupy na Facebooku „Święte krowy warszawskie”, gdzie użytkownicy dzielą się zdjęciami aut kierowców łamiących przepisy, zawsze usuwa lub wyjaśnia komentarze nawołujące do agresji wobec innych uczestników ruchu albo do niszczenia samochodów. Uważa, że jest to przeciwskuteczne, bo zniechęca ludzi do walczenia o sprawę i przypisuje im od razu łatkę bezmyślnych wandali. „Od razu reaguję na treści w rodzaju »przejdź mu po masce, wybij szybę albo porysuj gwoździem«. Tępię takie zachowania, bo zdarzyło mi się zrobić coś takiego, odpowiedziałem za to przed sądem i nie polecam” – podsumowuje Wojtek. 


Reklama

Czy to w ogóle coś daje?

„Czasem udaje się zmienić coś małego” – opowiada Wojtek Galeński. „Na przykład niedawno po wielu wezwaniach straż miejska pozakładała blokady na uliczce, gdzie po jednej stronie był lekceważony zakaz zatrzymywania. Porobiłem tam kilka krótkich filmów, ludzie zauważyli problem i auta zniknęły. Są to jednak malutkie sukcesy”.


Reklama

Jednak od razu dodaje, że choć wiele rzeczy się poprawiło, równie wiele się pogorszyło w kwestii kultury i rozsądku w używaniu samochodu. „Ludzie się coraz mniej boją, czują się zupełnie bezkarni. Używają swoich aut jako narzędzia agresji”. Trudno tu nie przyznać Wojtkowi racji, ponieważ sam również spotkałem się z sytuacją, gdzie osoba, której zwraca się uwagę, że niebezpiecznie manewruje, chce po prostu rozjechać natręta. W rzeczywistości jednak, jak twierdzi Szymon Nieradka, aktywista ze Szczecina – ci agresywni kierowcy to grupa nieprzekraczająca kilku procent.

„Sytuacji, w których kierowcy wycofują się, bo zrozumieli, że robią źle, jest jak na lekarstwo” – narzeka Maksym Szewczuk. Na pytanie, czy robi to, co robi dla własnej satysfakcji, odpowiada tak: „nie chodzi mi o podniesienie samooceny i nie realizuję się przez zwracanie uwagi ludziom. Chcę raczej skierować światło jupiterów na sytuacje problematyczne. Widzę taką zmianę, że osoby, które do tej pory chciały coś zmienić we własnym otoczeniu, ale się bały, wreszcie zaczynają działać”. Maksym nie tylko kręci filmy, ale też wysyła wnioski o ustawienie słupków fizycznie uniemożliwiających parkowanie lub przysłanie dodatkowych patroli w dany rejon. Często mieszkańcy wcześniej o to występowali, ale dopiero po nagłośnieniu tematu udało się coś uzyskać. 


Reklama


Reklama

Aktywiści źle oceniają podejście służb porządkowych, to jest policji i straży miejskiej. Ich zdaniem działania mundurowych raczej budują w kierowcach poczucie bezkarności. „Czasem wzywam policję tylko po to, żeby nie mówiono, że jestem samozwańczym szeryfem” – mówi Maksym – „a ich interwencje są losowe, nigdy nie wiadomo, czy sprawca poniesie konsekwencje czy zostanie poklepany po plecach”.

Dodaje, że wykroczenia w ruchu drogowym dzieją się często na oczach policji, która po prostu nie reaguje. Potwierdza to znaną prawdę – prawo nie istnieje bez jego egzekucji. „Rzecz sprowadza się do wynagrodzenia. Za te pieniądze, jakie otrzymują strażnicy, nikomu nie chciałoby się wchodzić w zbyteczne konfrontacje z kierowcami”. 


Reklama

„Konfitura” dość słusznie zauważa też, że problem z zaparkowaniem to przeważnie problem z parkowaniem tuż obok celu, do którego chcemy się udać. Mało kto chce szukać wolnych, legalnych miejsc na przykład oddalonych o pięć minut marszu. W przypadku świąt i wydarzeń typu koncert czy targi puszczają już wszelkie hamulce i ludzie po prostu próbują niemalże wjechać do środka budynku – zauważa Maksym. W tej kwestii żadnych zmian na razie nie widać i nie zapowiada się, by nastąpiły. 


Reklama

Czy ja sam jestem aktywistą? To skomplikowane

Nie ukrywam, że sam również regularnie zgłaszam źle zaparkowane pojazdy w mojej okolicy. Nie mam najmniejszej potrzeby nikogo instruować ani wdawać się w żadne dyskusje, po prostu robię zdjęcie i wysyłam do straży miejskiej. Czynienie z tego przedstawienia wydawałoby mi się niestosowne. W tym przypadku mamy do czynienia z fascynującym zjawiskiem kulturowym. Ludzie znajdują przyjemność w oglądaniu, jak inni łamią prawo i są za to karceni, rzadziej karani.

Powstał jedyny w swoim rodzaju teatr, którego aktorzy nigdy nie chcieli się na jego scenie znaleźć. Twórcy wymienionych tu kanałów zawsze powtarzają, że najlepszym sposobem na zaszkodzenie ich działalności – jeśli ktoś jej nie popiera – jest po prostu jazda i parkowanie zgodne z przepisami. Jednak jest tu pewien niuans, pewien zgrzyt, który sprawia, że zastosowanie się do powyższej rady nie jest takie proste. Nie występuje bowiem stopniowanie sfilmowanych wykroczeń. Istnieją ci, którzy prawa nie łamią, i ci którzy łamią – nawet jeśli to złamanie jest zupełnie nieistotne. 


Reklama

Tu znowu wypada odwołać się do przykładu z filmów. W wideo Maksyma Szewczuka spod ursynowskiego bazarku widzimy agresywnego mężczyznę w niebieskiej Toyocie, który najeżdża na stojącego na chodniku autora filmu bez wyraźnego powodu, tylko po to, aby uczynić mu krzywdę (został za to ukarany zresztą wysoką grzywną i ma status osoby karanej).


Reklama

Sympatia widzów w oczywisty sposób wędruje do najechanego Maksyma. W niedawnym filmie Stop Cham Warszawa pojawia się pojazd stojący na ulicy Nowe Nalewki, za zakazem ruchu nieobejmującym tylko służb miejskich. Auto stoi bez ruchu, ktoś robi mu zdjęcia – może do prezentacji na Youtube – a autor filmu napastliwie zaczepia stojące przy nim osoby, krzycząc, że „niszczą zabytkowy bruk”. Bruk nie wygląda na zniszczony, zresztą był położony w takim celu, aby jeździły po nim pojazdy. Ekipa od auta co najwyżej z niego korzysta, a nie niszczy. Obecność stacjonarnego pojazdu na kostce brukowej nikomu nie zagraża, poza poczuciem estetyki. A jednak oba te zdarzenia zostały zrównane do postaci świetnego tematu na film o „patologii kierowców”. No bo przecież więcej kontentu to większy zarobek. 

„Rudy z Blok Ekipy”, czyli jak należy traktować prawo

Istnieje wymyślona przeze mnie skala poszanowania dla prawa. Na jej lewym końcu znajdują się chłopaki z osiedla, które nienawidzą policji, bo „czepia się do dobrych ludzi”, kierując się zasadami plemiennymi. Na prawym – słynny „Rudy z Blok Ekipy”, czyli osoba, która zgłasza wszystkich za wszystko, w każdej aktywności doszukując się łamania przepisów. Ja na pewno znalazłbym się na prawej stronie skali. Sam oglądam filmy wspomnianych twórców, ale często widzę w nich coś innego niż oni: nie bandę agresywnych autkarzy, tylko ludzi, którzy próbują sobie poradzić w trudnej i stresującej dla nich sytuacji.


Reklama

Poradzili sobie w jedyny znany sposób: postępując niezgodnie z prawem, uznając że to nikomu nie przeszkodzi, przyjmując że inni też uczynią tak samo, co w pewien sposób usprawiedliwi ich postępowanie. To, czego w teatrze złych kierowców mi brakuje, to pewna refleksja nad często skandaliczną infrastrukturą, która wręcz zachęca do lekceważenia prawa. Jeśli złamanie przepisów jest łatwe, powszechnie akceptowane (poza grupą aktywistów) i cieszy się pobłażaniem policji – nie ma co liczyć na to, że ktoś prędzej czy później się go nie dopuści. Teatr będzie więc dalej trwał aż do momentu, gdy możliwość niezgodnego z przepisami zachowania zostanie fizycznie uniemożliwiona we wszystkich miejscach w Polsce.

Czyli nigdy sie nie skończy. 


Reklama

Źródło: Zero.pl
Tymon Grabowski
Tymon GrabowskiDziennikarz