- Rok po wyborach media społecznościowe nadal żyją obrazami z przedwczesnego świętowania zwycięstwa przez sztab Rafała Trzaskowskiego.
- Kampania kandydata KO została oparta na wizerunku przedstawiciela elit, który nie odpowiadał społecznym oczekiwaniom większości wyborców.
- O wyniku wyborów miało przesądzić starcie dwóch narracji: „self-made mana” reprezentowanego przez Karola Nawrockiego oraz polityka utożsamianego z reprodukcją elit.
Złośliwości nie było końca, gdy okazało się, że Rafał Trzaskowski został prezydentem Polski na zaledwie dwie godziny. Minął dokładnie rok, a platformy społecznościowe z maniakalną niemal perwersją przypominają korowody obrazów z przedwczesnego ogłoszenia zwycięzcy.
Przyjrzyjmy się obrazkom z feralnego wieczoru wyborczego. Zestawia się, w montowanych filmikach, z jednej strony sztab Trzaskowskiego w eksplozjach sztubackiej euforii. A z drugiej Nawrockiego, w ufności, że piłka jest w grze, a różnica statystycznie tak niewielka, że noc może przynieść zmianę lidera.
Ironiczne filmiki wieńczone są minami komentatorów, dla których wyścig do Pałacu Prezydenckiego we wszystkich swoich znamionach był zawczasu ustalony. W ich optyce kampania była formalnością. Na domiar, dla samego Trzaskowskiego formalnością przykrą, bez walorów poznawczych. Stołeczny prezydent bowiem, nie chciał poznać ani Polaków, których chciał reprezentować ani, co gorsza – siebie. Ale o tym będzie na końcu.
Bałwochwalcze i bezkrytyczne zachwyty nad kandydatem Koalicji Obywatelskiej, również nie przysłużyły się niedoszłemu prezydentowi. W tych konkurach prym wiodły media publiczne. Niemal za życia kanonizowano „golden boya” polskiej polityki, wychwalano inteligencki sznyt, posturę, a nawet dobór garniturów oraz krawatów.
Popełniono tradycyjny błąd. Zakładano, że sondażowa przewaga Trzaskowskiego jest na tyle istotna, że kandydat winien oszczędnie brać udział w kampanii, przespacerować się po wielkomiejskich ośrodkach, swoim blaskiem potwierdzić swoją prezydencką legitymację.
Starannie wyreżyserowano publikację wywiadu rzeka „Rafał”, w którym stołeczny prezydent przewodniczył od najmłodszych lat koleżeńskim sforom, obracał wokół palca nauczycielskie gremia oraz pokonywał – „tymi ręcami” – krokodyle i rekiny. W uczonych założeniach sztabowców kandydat miał kilkakrotnie „spontanicznie” wypowiedzieć się z nienagannym akcentem, to po angielsku, to po francusku, potwierdzając światowy format przyszłego prezydenta Polski.
Błędem okazała się była pułapka zastawiona na Nawrockiego w Końskich i błędem było separowanie się od innych kandydatów przed debatami. Pięknie zapowiedzianą katastrofę ukoronowały „eksterytorialny” wywiad w Kanale Zero oraz występ Donald Tuska w Polsacie z cytacjami z elementarza „postaci znanej”.
Polityka przestała być dziś polem ścierania się programów i ideologii. Jej miejsce zajęły raczej fantomy – ulotne konstrukcje, których zadaniem jest przekonanie odbiorców o własnej obecności i atrakcyjności. W tych warunkach współczesny polityk funkcjonuje w jasno wyznaczonej przestrzeni działania: musi umieć opowiedzieć historię zdolną poruszyć wyobraźnię możliwie szerokiego grona obywateli.
Katastrofa demograficzna puka do drzwi. „Rodzina powinna być centrum polityki państwa”
Mit elit kontra historia awansu społecznego
Pod tym względem mieliśmy w zeszłorocznej kampanii ze starciem optyki, mówiąc skrótowo, amerykańskiej z francuską. Nośnikiem mitu amerykańskiego okazał się Karol Nawrocki – od pucybuta do milionera, od stania na dyskotekowych bramkach, przez kibicowskie ustawki, po wstawanie bladym świtem, studiowanie podręczników historii w zatłoczonych tramwajach, pisanie doktoratu oraz przebijanie się przez feudalne zastępy akademii i dojście „własnymi siłami” do najwyższych urzędów.
Inaczej z mitem francuskim, który uosabiał w kampanii Trzaskowski. Warto tu sięgnąć po analizy francuskiego socjologa Pierre’a Bourdieu o „reprodukowaniu elit”. Jego główna teza jest prosta: istnieje ścisły związek między systemem elitarnych szkół a aparatem państwowym. Autor pokazuje dwa równoległe procesy. Z jednej strony szkoły te „produkują” przyszłych urzędników i menedżerów państwa, z drugiej – państwo utrzymuje i wzmacnia ten system, który zapewnia mu ciągłość i reprodukcję elit. W efekcie szkoły i instytucje państwowe tworzą zamknięty obieg, w którym jedni i ci sami ludzie są selekcjonowani, kształtowani i następnie kierowani do pracy w strukturach władzy.
Bourdieu analizuje też związek między pochodzeniem społecznym studentów a ich późniejszym miejscem w hierarchii państwowej. Pokazuje, że profil kandydatów – ich kapitał kulturowy, ekonomiczny i społeczny – jest już na wejściu zgodny z oczekiwaniami szkół. Edukacja nie tyle „otwiera drogę awansu”, ile raczej porządkuje i legitymizuje istniejące nierówności, selekcjonując osoby już uprzywilejowane.
W ten sposób tworzy się homologia między światem edukacji a światem władzy: typowy student szkół administracji ma swój odpowiednik na końcu ścieżki kariery w aparacie państwowym.
Pojęcie „noblesse” (szlachta – red.) Bourdieu odnosi do współczesnych elit. Różnica wobec dawnej szlachty dziedzicznej polega na tym, że dzisiejsze elity są formalnie wyłaniane przez egzaminy i konkursy. Dzieci z rodzin posiadających wysoki kapitał kulturowy i ekonomiczny mają największe szanse na dostanie się do elitarnych szkół. W efekcie system selekcji wzmacnia strukturę społeczną zamiast ją przełamywać.
Mit „reprodukcji elit” okazał się na polskim gruncie bezskuteczny. Trzaskowski może się pochwalić dyplomem uzyskanym w natolińskim Kolegium Europy – co z tego? Ubolewał rodzimy, liberalny komentariat, że Polacy nie są w stanie docenić inteligenckiego domu, jazzu, międzynarodowych dyplomów czy zagranicznych pobytów kandydata Koalicji Obywatelskiej. Podkreślano w protekcjonalnym tonie, niedojrzałość polskiego społeczeństwa, jego zakompleksienie i małość, dla dziecka sukcesu. Wysokie sfery miały za złe „maluczkim”, że potrafią tylko gardzić „lepszym” od siebie zamiast oddać mu we władanie losy spraw państwowych.
Kandydatura Trzaskowskiego była objawem powszechnej po transformacji ustrojowej choroby – kopiowania Zachodu. Rodzimy Trzaskowski miał być takim naszym Macronem: młodym, ponętnym, zdolnym, w czepku urodzonym, znającym języki i salonowe maniery. Co w tym złego, można zadać pytanie? Odpowiedź jest prosta – sztuczność przebijała przez wszystkie pory kandydata Koalicji Obywatelskiej. Imitacja bowiem naraża się z automatu na groteskę.
W zmediatyzowanej rzeczywistości to odbiorcy decydują o granicach między prawdą a fałszem, rozstrzygając, co uznają za fikcję, a co za realność. Świat społeczny coraz częściej przypomina scenę, na której polityczni aktorzy eksponują swoje wyjątkowe cechy przed publicznością. Ta zaś ocenia ich występy, kierując się – zgodnie z obserwacją politologa Christiana Salmona – nie tyle kryterium prawdziwości, ile wiarygodności, czyli stopniem, w jakim dana narracja wydaje się jej bliska prawdzie.
Jak zauważa badacz języka politycznego: „polityka nie konfrontuje już programy i ideologie, lecz fantomy, które przekonują nas o swoim istnieniu (…) Uczestniczymy w procesie poza językiem, w rzeczywistości niewiadomej, bez stworzonego jeszcze słownictwa”.
Zeszłoroczna kampania prezydencka, jeśli traktować ją jako przedstawienie teatralne, okazała się konfrontacją między iluzją „self-made mana” i etosu merytokracji, a rolą fałszywie zagraną, momentami kabotyńską, o elitarności. Vide chwalenie przez Trzaskowskiego czekoladowych wafelków. Albo eskapizm przed konfrontacją z antysemickimi wyskokami Grzegorza Brauna.
Swoją drogą, niejednokrotnie prezydent Warszawy pokazywał swoją pogardę dla przekonań, z którymi się nie zgadzał. Łatwo było go zbić z pantałyku, trudno odnajdywał się w sytuacjach granicznych i ostentacyjnie pokazywał odrazę do politycznych adwersarzy. W tych ucieczkach Trzaskowski objawiał swoje intelektualne karencje. Wówczas również sam obalał mit o swojej inteligenckości.
Trzaskowski w kampanii albo czynił apologetykę własnych przekonań albo monologizował. Trudno było mu się odnaleźć w sytuacjach, gdzie nie był górą, gdy zmuszony był wyjść ze swojej strefy komfortu.
Była to zaiste kampania abnegacji, rezygnacji i pasywnej pogardy dla Polski powiatowej.
Tragiczny wypadek w Płocku. Auto spadło z wiaduktu, są ofiary
Trzaskowski po raz drugi. O nieudanych, powtórnych narodzinach
Trzaskowski okazał się politycznym recydywistą, który nie potrafił wyciągnąć wniosków z kampanii prezydenckiej w 2020 r. A przecież człowiek rodzi się na mocy fundamentalnych pęknięć i rozdarć. W języku polskim używa się zresztą liczby mnogiej – „narodziny”. Powtórne narodziny mogą przytrafiać się każdemu wiele razy, i to w najmniej oczekiwanych okolicznościach. Prawda jest taka, że wykluwamy się na nowo po każdym zderzeniu z przewrotnością losu. A nie, wbrew współczesnym modom, na mocy apodyktycznej woli rozkapryszonego „Ja”. Narodziny są zazwyczaj bolesne i długotrwałe.
Trzaskowski mógł się narodzić na nowo, po klęsce 2020 r. Wówczas zgubiła go pycha, brak „społecznego ucha”, wyższościowy ton pełen nachalnej pedagogiki, ledwo zakamuflowana pogarda dla „maluczkich”. Listę tę można dowolnie wydłużać. Trzaskowski pozostał Trzaskowskim – niezmiennie odpornym na korektę i wysoce zadowolonym z samego siebie.
Rok po wyborach coraz wyraźniej widać, że o wyniku nie zdecydowały pojedyncze wpadki, debaty czy błędne sondaże. Stawką było zderzenie dwóch odmiennych opowieści o Polsce i o tym, kto ma prawo ją reprezentować.
Kampania Rafała Trzaskowskiego opierała się na przekonaniu, że kompetencje, wykształcenie i symboliczny kapitał elit są wystarczającą legitymacją do sprawowania najwyższego urzędu w państwie. Problem polegał na tym, że znaczna część wyborców nie szukała potwierdzenia elitarności, lecz wiarygodności. W polityce epoki mediów społecznościowych zwycięża nie ten, kto wydaje się najbardziej kompetentny, ale ten, którego historia brzmi bardziej autentycznie. I właśnie w tym starciu narracji Trzaskowski przegrał po raz drugi.

