Reklama
Reklama
Reklama

Katastrofa demograficzna puka do drzwi. „Rodzina powinna być centrum polityki państwa”

TYLKO NA

Współczynnik dzietności w Polsce spadł do rekordowo niskiego poziomu 1,07. W 2060 r. może nas być 26,7 mln. – O 38-milionowym kraju możemy zapomnieć – mówi Zero.pl prof. Grażyna Firlit-Fesnak. Jej zdaniem najwyższa pora zmienić myślenie o rodzinie. – W ostatnich latach nastąpiła deprecjacja rodziny jako wartości. Głównie pod wpływem neoliberalnej koncepcji wyzwolenia jednostki – dodaje ekspertka.

polska2049-listing
Na zdjęciu prof. Grażyna Firlit-Fesnak (fot. Shutterstock)
  • Według Polska jest jednym z najbardziej wyludniającym się krajów na świecie.
  • Kryzys demograficzny – jak tłumaczy prof. Grażyna Firlit-Fesnak – to efekt wieloletnich zaniedbań. Po wejściu do UE z Polski wyemigrowało ok. 2 mln osób, w tym ok. 700 tys. kobiet w wieku rozrodczym – tych strat możemy nie odrobić.
  • W ciągu 35 lat Polska miała 21 rządów – każdy z inną koncepcją polityki rodzinnej i bez programów długofalowych. Zdaniem naszej rozmówczyni Polskę blokuje „Rzeczpospolita Resortowa" – ministerstwa działają w oderwaniu od siebie, nie widzą wzajemnie swoich problemów.
  • „Po co marnować na to czas, skoro katastrofy demograficznej nie widać z dnia na dzień?" — tak, zdaniem ekspertki, politycy myślą o demografii.
  • Zdaniem naszej rozmówczyni najwyższa pora postawić na tzw. family mainstreaming. Decyzje w sferze edukacji, ochrony zdrowia, mieszkalnictwa czy finansów publicznych powinny być podejmowane z perspektywy ich znaczenia i wpływu na rozwój i funkcjonowanie rodziny.
  • Wszystkie teksty w ramach cyklu „Polska 2049 – kraj naszych dzieci” dostępne są tutaj.

Marek Mikołajczyk, Zero.pl: Polska znika z mapy Europy?

Grażyna Firlit-Fesnak, profesor nauk społecznych, politolog z Katedry Polityki Społecznej na Wydziale Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego, ekspert ds. polityki rodzinnej, migracyjnej i demograficznej: Nie, absolutnie nie znika. Jesteśmy jednym z najliczniejszych europejskich krajów. Chcielibyśmy ten status zachować.

Chcielibyśmy, ale czy jesteśmy w stanie?

Reklama
Reklama

I tu zaczyna się problem. Przyzwyczailiśmy się, że po II wojnie światowej w Polsce rosła liczba ludności. Lata 50. XX wieku były dla nas czasem wzmożonej reprodukcji. Ludzie odczuwali potrzebę tworzenia rodzin – odbudowywania tego, co zostało zniszczone przez wojnę. Przez ponad 30 lat z krótkimi przerwami – mniej więcej od lat 50. do połowy lat 80. – mieliśmy wysoki wskaźnik dzietności i dodatnie saldo przyrostu naturalnego. Krótko mówiąc: Polaków z roku na rok znacznie przybywało.

I nagle coś się popsuło.

Zaczynaliśmy dekadę lat 80. ze współczynnikiem dzietności na poziomie 2,28, czyli optymistycznym wskaźnikiem gwarantującym nieznacznie rozszerzoną zastępowalność pokoleń, a kończyliśmy już z jego wartością 1,99, czyli wartością niezapewniającą prostej zastępowalności pokoleń.

I to już powinien być sygnał alarmowy dla polityki publicznej państwa polskiego wstępującego w erę transformacji systemu politycznego i ekonomicznego – wiele elementów tej polityki powinno być ukierunkowane na wspieranie rozwoju rodziny i kształtowanie polityki społeczno-gospodarczej poprawiającej stabilność ekonomiczną Polaków po trudnych latach życia w gospodarce niedoborów w latach 80. XX wieku.

Reklama
Reklama

Wchodziliśmy w etap wolnej Polski.

Wstępowaliśmy w nowy etap z nadzieją na wolność, poprawę trudnej sytuacji ekonomicznej kraju i gospodarstw domowych, prorodzinną politykę społeczną.

Tymczasem proces transformacji systemu politycznego i ekonomicznego w Polsce w latach 90. został podporządkowany skrajnie liberalnej koncepcji przebudowy państwa, która przyniosła kilkumilionowe bezrobocie i marginalizację społecznej funkcji państwa.

Pewność pracy jako gwarant socjalistycznego państwa przeszła do historii, zaś osłonowe wsparcie publiczne państwa daleko odbiegało od standardów bezpieczeństwa socjalnego. Państwo wycofało się lub ograniczyło swoją obecność w organizowaniu i finansowaniu usług związanych z opieką nad dzieckiem, ochroną zdrowia, a wiele usług socjalnych uległo komercjalizacji.

Reklama
Reklama

Te czynniki miały ogromny wpływ na decyzje o założeniu czy rozwoju rodziny i posiadaniu dzieci. W latach 90. współczynnik dzietności – czyli przeciętna liczba dzieci, które średnio rodzi kobieta w ciągu całego okresu rozrodczego – obniżył się do 1,37. Ten trend spadkowy – przy niewielkich wahaniach – utrzymuje się przez ćwierć XXI wieku. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w 2025 r. współczynnik spadł do rekordowo niskiego poziomu – 1,07.

O 38-milionowym kraju możemy zapomnieć?

Oczywiście, to nie ulega wątpliwości. Pokazują to prognozy GUS. Gdybyśmy wzięli pod uwagę nawet najbardziej optymistyczny wariant zakładający, że współczynnik dzietności wzrośnie w Polsce do poziomu 1,7, to i tak liczba ludności spadnie w 2060 r. do 34,8 mln osób. I to pod warunkiem, że wydłuży się średnia długość życia i będziemy mieli do czynienia z wysoką imigracją do Polski oraz minimalną emigracją z naszego kraju.

Pozostałe dwa scenariusze prognozują o wiele głębszą dynamikę depopulacji ludności Polski. Scenariusz średnich wskaźników dzietności na poziomie 1,3 zakłada, że w 2060 r. liczba ludności w naszym kraju zmniejszy się do 30,9 mln osób.

Reklama
Reklama

Z kolei gdyby współczynnik dzietności utrzymał się na obecnym poziomie – w okolicach 1,1–1,2 – to do 2060 r. liczba ludności Polski spadłaby do ok. 26,7 mln osób.

Ale powiem panu, że to i tak nie są najgorsze prognozy. Według znanych mi szacunków Banku Światowego dotyczących zmian w rozwoju ludności całego świata, Polska jest sytuowana jako jeden z najbardziej wyludniających się krajów. W 2100 r. nasz kraj – biorąc pod uwagę utrzymanie obecnych wskaźników – liczyć ma tylko 19 mln osób. To także realna perspektywa na przyszłość potencjału ludnościowego Polski.

Na grafice współczynnik dzietności w Polsce na przestrzeni lat. Pokazuje średnią liczbę dzieci, które średnio rodzi kobieta w ciągu całego okresu rozrodczego. (fot. GUS)

Znamy diagnozę, pora na receptę. Ma pani poczucie, że nasz rząd robi cokolwiek, by tej katastrofie zapobiec?

Reklama
Reklama

Absolutnie nie. Wydaje mi się, że od lat problemy demograficzne są głównie przedmiotem zainteresowania ekspertów, czasem dziennikarzy, ale nie polityków. To trudny temat, nie widać sukcesów od razu, nie jest tak łatwo się wykazać. Po co więc marnować na to czas, skoro katastrofy nie będzie widać z dnia na dzień?

Od lat działa przy premierze Rządowa Rada Ludnościowa, której historia sięga jeszcze 1974 r., kiedy było widać już pierwsze delikatne symptomy zahamowania powojennego tempa wzrostu ludności. W 2025 r. Rada Ludnościowa opublikowała raport, który szeroko diagnozuje naszą sytuację – od życia rodzinnego, przez ochronę zdrowia, migrację, warunki życia osób starszych, aż po rynek pracy. Znamy więc bardzo dobrze sytuację. Co więcej, eksperci sformułowali wiele propozycji przeciwdziałania tej sytuacji. I co? I nic.

Żyjemy w kraju o niestabilnej strukturze politycznej. W ciągu 35 lat mieliśmy 21 rządów i każdy z nich miał inną koncepcję na prowadzenie polityki społecznej, gospodarczej, a nawet stricte polityki rodzinnej. Nie ma programów długofalowych, wszystko, co zrobili poprzednicy, ich następcy chętnie wyrzucają do kosza, marnując czas i publiczne pieniądze na konstruowanie nowych programów i strategii, które w większości nie zdążą być zrealizowane w krótkiej kadencji danego rządu. A tak się nie da osiągnąć sukcesu w polityce demograficznej.

Programy pronatalistyczne muszą obejmować działania długofalowe, międzyresortowe, z kilkoma wariantami strategii działania uwzględniającymi wiele zmiennych o charakterze ekonomicznym, politycznym, kulturowym.

Reklama
Reklama

Program „Rodzina 500 plus” ostał się po rządach Prawa i Sprawiedliwości. Tylko na demografię nie wpłynął.

To prawda, trudno go uznać za program demograficzny, choć wskaźnik dzietności na samym początku jego realizacji nieco poszedł w górę. Niemniej był to bardzo dobry pomysł, który zwrócił uwagę na sedno problemu – wsparcie dla rodzin musi istnieć, musi być systematyczne i skierowane do wszystkich rodziców w wieku prokreacyjnym. To jest coś, czego przed 2016 r. nie było.

Jeśli spojrzymy na kraje, w których wskaźniki dzietności są na lepszym poziomie – Francję, Wielką Brytanię i niektóre państwa skandynawskie – to zobaczymy cały wachlarz świadczeń społecznych. Musimy mieć więc świadomość, że obecny system wsparcia dla rodzin w Polsce jest dalece niewystarczający.


Czytaj więcej materiałów z cyklu „Polska 2049 – kraj naszych dzieci”:

Reklama
Reklama

Ktoś by powiedział: 35 lat temu system wsparcia był słabszy, a ludzie na dzieci jednak decydowali się częściej.

Tak, ale nasze myślenie było też inne, mieliśmy mniejsze oczekiwania. Dziś mamy bardziej holistyczne podejście do życia – chcemy mieć czas na rodzinę, na pracę zawodową, na własny rozwój, na pasje. Część par nie decyduje się na dzieci, bo wie, że byłoby to dla nich zbyt duże wyzwanie pod względem finansowym lub logistycznym. Obawiają się, że mogliby nie sprostać tzw. standardom rodzicielskim pod względem finansowym i emocjonalnym. W zależności od orientacji politycznej rządzących państwem zmienna jest także narracja o wartości rodziny jako wspólnoty pełniącej uniwersalną rolę i zadania wobec jednostki i społeczeństwa.

Na grafice liczba urodzeń dzieci w Polsce na przestrzeni lat. (fot. GUS)

Reklama
Reklama

W jednej z książek zwraca pani uwagę, że w ostatnich 20 latach dwa czynniki wpłynęły znacząco na naszą demografię. Jednym z nich jest emigracja ok. 2 mln osób po wejściu Polski do UE. Drugim – „zburzenie konceptu rodziny”. Pisze pani: „W ten sposób nasz kraj utracił kilkaset tysięcy kobiet w wieku rozrodczym, uszczuplając znacząco potencjał prokreacyjny. Tych strat być może nigdy nie uda się już odrobić”.

Bo tak jest. Jeszcze jakiś czas temu nie ulegało wątpliwości, że to rodzina jest podstawową jednostką, „komórką” życia społecznego. W ostatnich dwóch dekadach nastąpiła deprecjacja tej wartości – w dużej mierze pod wpływem neoliberalnej koncepcji wyzwolenia jednostki z ograniczających jej prawo do wolności zależności rodzinnych.

Filozofia społeczna uznająca prymat praw jednostki nad prawem wspólnoty rodzinnej wywarła ogromny wpływ na marginalizowanie roli i znaczenia rodziny w porządku społecznym i w trajektorii życia ludzkiego. W tym scenariuszu ładu politycznego i społecznego relacje między rodziną a porządkiem społecznym zostały sprowadzone do wspierania jednostki w jej dążeniu do budowania i organizowania życia prywatnego zgodnie ze swoimi indywidualnymi aspiracjami.

Jesteśmy świadkami ogromnej transformacji życia rodzinnego we współczesnym świecie tzw. zachodniej cywilizacji, znajdującej odzwierciedlenie w zróżnicowaniu postaw wobec małżeństwa, posiadania dzieci, ról płci, sposobów realizacji zadań i funkcji rodziny.

Reklama
Reklama

To, co pani mówi, brzmi jakby wyjęte żywcem z przemówienia prawicowego polityka.

Pana opinia pokazuje, jak bardzo daliśmy sobie wmówić, że interpretacja rodziny w kategoriach wartości uniwersalnej jest zależna od polityki. A tak nie jest – a przynajmniej być nie powinno. Rodzina jako taka nie ma barw politycznych. Posiadanie trojga czy czworga dzieci nie jest ani lewicowe, ani prawicowe.

Rolą rodziny jest przede wszystkim wsparcie materialne, emocjonalne czy intelektualne jej członków na wielu etapach życia, budowanie poczucia przynależności, solidarności, odpowiedzialności, bezpieczeństwa. Oczywiście – nie wszystkie rodziny spełniają swoją rolę. Nie chcę tutaj także w żaden sposób ubarwiać życia rodzinnego, bo ma ono różne odcienie i nie bywa tylko sielanką.

Niemniej znakomita większość rodzin pełni funkcjonalną i służebną rolę nie tylko wobec jednostki, ale także wobec społeczeństwa i państwa w każdym czasie, co przypomniał światu nieodległy czas pandemii COVID-19, kiedy to środowisko rodzinne pozostało najpewniejszym i najlepszym wsparciem nie tylko dla jednostki, ale także władz publicznych w organizowaniu działań ochronnych w sytuacji zagrożenia, pokazało wysokie zdolności rodziny do pragmatycznych reakcji na trudne do przewidzenia ryzyka.

Reklama
Reklama

To porozmawiajmy o tym wsparciu państwa dla rodzin. Wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej Aleksandra Gajewska – odpowiedzialna w rządzie za politykę demograficzną – na pewno wymieniłaby teraz na jednym tchu szereg programów: „Aktywny Maluch”, „Aktywny Rodzic”, „Dobry Start”, urlopy dla rodziców wcześniaków.

To ważne formy wsparcia, które w różnych fazach rozwoju rodziny mogą odegrać istotną rolę. Nie deprecjonuję ich – podobnie jak programów związanych z polityką senioralną – choć pewnie można byłoby wymienić szereg zastrzeżeń co do wysokości wsparcia, braku corocznej waloryzacji niektórych świadczeń i ograniczonej dostępności.

Niemniej to tylko odpowiedź na ułamek problemów, z którymi mamy dziś do czynienia. Polityka demograficzna obejmuje bowiem o wiele więcej obszarów działania niż same transfery wsparcia materialnego.

Reklama
Reklama

Na zdjęciu wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej Aleksandra Gajewska, która odpowiada w rządzie za politykę demograficzną. (fot. Albert Zawada / PAP)

Kluczowe znaczenie ma tutaj dostęp do godnej pracy, czyli pracy właściwie wynagradzanej, objętej stabilną ochroną praw pracowniczych. Od wielu lat umowy cywilnoprawne czy praca na kontrakcie stały się w Polsce popularną wśród pracodawców formą zatrudnienia, nie dając gwarancji ochrony praw pracowniczych i pewności stałych dochodów z pracy, co przekłada się bezpośrednio na plany rodzinne i prokreacyjne.

Ważną sprawą jest też praca w niepełnym wymiarze, czyli coś, co w Polsce praktycznie nie jest dostępne dla mężczyzn. Jest pan młodym mężczyzną, chciałby pan mieć pracę na pół etatu, aby zająć się dzieckiem. W znakomitej części zawodów w ogóle nie znajdzie pan zatrudnienia w tym systemie. Albo osiem godzin, czasem nadgodziny, albo nic. Tymczasem w Holandii nie ma z tym najmniejszego problemu. Mężczyźni i kobiety od lat pracują tam na pół czy ćwierć etatu. Co więcej, półetatowcy bardzo często piastują stanowiska kierownicze. Nie ma nic dziwnego w tym, że dyrektor pracuje na pół etatu.

U nas to nie do pomyślenia.

Reklama
Reklama

A my właśnie potrzebujemy takich rozwiązań. Musimy uelastycznić rynek pracy – ale nie tak, jak robiono to do tej pory. Nie poprzez ograniczanie gwarancji pracowniczych, ale poprzez formy zatrudnienia ułatwiające godzenie życia rodzinnego z pracą zawodową.

Tyle się mówi o urlopach wychowawczych, a to jest coś, na co nadal ojcowie bardzo rzadko się decydują. Statystyki pokazują, że tylko 1 proc. mężczyzn posiadających dzieci w wieku do czterech lat korzysta z tego prawa. Wynika to m.in. z tzw. luki płacowej. Branże i zawody zdominowane przez mężczyzn są lepiej opłacane, co generuje wyższe zarobki ojców. Gdy na świat przychodzą dzieci, naturalnym wyborem staje się więc pozostanie mężczyzny na rynku pracy, ponieważ jego pensja gwarantuje rodzinie lepszą sytuację materialną.

Tym samym przejście matek na urlop wychowawczy wynika z prostej kalkulacji ekonomicznej tego, co bardziej jest opłacalne dla dochodów danego gospodarstwa domowego.

Reklama
Reklama

Mam jednak wrażenie, że cały czas diagnozujemy sytuację. Pytanie, jakie jest rozwiązanie tych wszystkich problemów, o których pani mówi.

W okresie intensywnej transformacji politycznej w Europie w późnych latach 90. uczestniczyłam w konferencji w Monachium zajmującej się przemianami rodziny na wschodzie i zachodzie Europy. Wielu badaczy z ogromną troską zwracało uwagę na wiele niepokojących symptomów osłabienia uwarunkowań ekonomicznych i kulturowych rozwoju rodziny, ewolucji sposobów pełnienia funkcji i zadań rodziny, prób deprecjacji w dyskursie publicznym jej roli jako filaru triady opiekuńczej – rodzina, państwo, rynek. Jednym z głównych wniosków, do których wówczas doszliśmy, był postulat włączenia rodziny do wszystkich nurtów życia społecznego i gospodarczego.

 To znaczy?

Chodzi o tzw. family mainstreaming, czyli strategię działania integrującą politykę publiczną państwa i samorządów, działalność podmiotów gospodarczych, organizacji społecznych w działaniach wspierających rozwój i trwanie rodziny.

Reklama
Reklama

Decyzje w każdej dziedzinie polityki publicznej państwa – edukacja, ochrona zdrowia, zabezpieczenie społeczne, mieszkalnictwo, infrastruktura czy finanse publiczne – powinny być podejmowane z perspektywy ich znaczenia i wpływu na rozwój i funkcjonowanie rodziny, w tym także czas i liczbę posiadanych dzieci. Czyli odpowiedzi na pytanie, czy dana decyzja może wpłynąć pozytywnie czy negatywnie, ewentualnie pozostać neutralną na wybór modelu rodziny, a w szerszym wymiarze na procesy reprodukcji ludności gwarantujące stabilność potencjału ludnościowego danego kraju.

Nikt tego obecnie nie robi?

W polityce wciąż mamy do czynienia w Polsce z „Rzeczpospolitą Resortową”. Każde z ministerstw patrzy przez pryzmat wąskiego wycinka swoich kompetencji, nie bacząc na wyzwania innych resortów. A przecież nie zachęcimy Polek do rodzenia dzieci, jeśli Ministerstwo Zdrowia będzie przyzwalało na likwidację porodówek, Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej nie zadba o adekwatną do poziomu inflacji waloryzację świadczeń socjalnych, a oprocentowanie kredytów mieszkaniowych będzie przekraczało możliwości zakupu mieszkania większości zarabiających średnią krajową pensję Polaków.

Reklama
Reklama

To, co pani proponuje, to w zasadzie rewolucja w podejmowaniu decyzji i myśleniu o polityce. Zapytam więc przewrotnie: czy to realnie ma jeszcze sens? Może dawno przekroczyliśmy punkt krytyczny i trendu wymierania już nie zahamujemy?

Niektórych rzeczy już nie zmienimy, to prawda. Niemniej nie wiem, czy istnieje jakiś jeden punkt krytyczny, po którego przekroczeniu powinniśmy załamać ręce i nie robić nic. Mamy jeszcze parę możliwości, których nie wykorzystujemy wystarczająco dobrze.

Myślę tu chociażby o naszych emigrantach. Faktycznie, ok. 2 mln osób wyjechało z Polski mniej więcej 20 lat temu, głównie ze względów zarobkowych. Jak wynika z moich badań, w tej grupie znajdowało się ok. 700 tys. kobiet w wieku rozrodczym. Te kobiety urodziły dzieci gdzie indziej, a my straciliśmy ogromny kapitał reprodukcyjny.

Dziś obserwujemy jednak trend reemigracji. Część z tych osób wraca do Polski, bo na zachodzie Europy nie żyje się już tak dobrze, jak kiedyś. W Polsce mamy stosunkowo dobrą koniunkturę, jest bezpiecznie, nie popełniliśmy wielu błędów w polityce imigracyjnej.

Reklama
Reklama

To nasza szansa?

Tak, trend powrotów widać zwłaszcza po brexicie. Ale trzeba uczciwie powiedzieć, że to nie są jeszcze oszałamiające liczby, które by nas satysfakcjonowały. Należy wspierać reemigrantów nie tylko w ich integracji zawodowej na polskim rynku pracy, ale także stwarzać korzystne warunki do rozwoju własnej działalności gospodarczej. Istotna jest także pozytywna narracja wokół powrotów i wartości kapitału społecznego reemigrantów.

Mówi o tym strategia migracyjna na lata 2025-2030, którą rząd przyjął półtora roku temu. Zakłada wsparcie w postaci programów powrotowych dla Polaków za granicą, ale jednocześnie stanowi, że imigracja obywateli z krajów spoza UE powinna być ściśle ograniczana i kontrolowana. Dokument mówi wprost, że polityka imigracyjna nie może być odpowiedzią na problemy demograficzne. To słuszny kierunek?

Reklama
Reklama

Jak najbardziej. Rządzący nie mogą pochopnie podejmować decyzji w kwestii polityki imigracyjnej. Doświadczenia przyjęcia w 2011 r. nieprzemyślanej pod wieloma względami pierwszej strategii migracyjnej pokazały, jak łatwo jest utracić kontrolę nad wieloma obszarami napływów imigracyjnych.

Realna poprawa sytuacji demograficznej Polski i ponowne wejście na drogę wzmacniania, a nie stałej utraty potencjału ludnościowego w naszym kraju, wymaga wysokiego poczucia odpowiedzialności klasy rządzącej za każdą decyzję polityczną w tych dziedzinach polityki publicznej, które bezpośrednio lub pośrednio są powiązane z kształtowaniem warunków społecznych, ekonomicznych i kulturowych oddziałujących na tworzenie i rozwój rodziny. Ciągle aktualne pozostaje art. 16 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka ONZ z 1948 r. „Rodzina jest naturalną i podstawową komórką społeczeństwa i jest uprawniona do ochrony ze strony państwa i społeczeństwa”.

Wszystkie teksty w ramach cyklu „Polska 2049 – kraj naszych dzieci” dostępne są tutaj.

Źródło: Zero.pl
Reklama
Reklama