Nagranie z kamer monitoringu w Bardzie w Dolnośląskiem trudno obejrzeć. Centrum miasta, brukowana ulica Główna. Kierowcom wolno jechać przez to ciasne miejsce zaledwie 20 km/h (tak przynajmniej wynika z zapisu Google Maps z 2024 r.). Na chodniku tuż przed kościołem tata z dziewiecioletnim synkiem, Natanem. Przyjechali tam na wycieczkę.
Tuż przed tragedią ojciec zauważa, że zbliża się niebezpieczeństwo, że jakiś kierowca rozpędził auto do zbyt dużej prędkości. I widać, jak łapie syna za barki i odciąga go od ulicy. Ciemne auto wbiło się w nich i uderzyło w ścianę. Ojciec zginął na miejscu. O życie jego syna długo walczyli lekarze, ale nie udało się go ocalić. Obaj nie żyją.
Czytaj także: Tragiczny wypadek. Ojciec i syn zginęli w Bardzie
Trzy razy za szybko
Odtwarzaniem prędkości, z jaką pojechał tam kierowca, zajmą się biegli na zlecenie prokuratury. Z pewnością jednak było to znacznie szybciej niż 20 km/h. Na podstawie oszacowania odległości z map satelitarnych i trochę niedoskonałego pomiaru czasu z filmu można oszacować, że samochód w chwili zderzenia jechał ok. 64 km/h. Dużo za dużo. Przy takiej prędkości wąska droga, śliski bruk, utrata panowania nad zachowaniem się pojazdu – są czymś oczywistym.
Znaki w strefach Tempo 30 lub takich jak strefy zamieszkania (dozwolone 20 km/h) nie stanowią bariery. Niektórzy ludzie za kierownicą je po prostu ignorują. Wiadomo – bo sprawdzano to na świecie – że pewność w tej sytuacji dale jedynie takie ukształtowanie drogi, iż kierowca fizycznie nie może się rozpędzić. Tyle, że ulica Główna w Bardzie już właściwie taka jest – wąska, brukowana. Podświadomie kierowcy nie powinni chcieć tam jechać szybko. Nie wiem, co jeszcze – może oprócz wyniesień – można by dołożyć, by zabezpieczyć się przed rozwijaniem tam dużych prędkości.
Czytaj także: Przemysław Czarnek miał kolizję drogową. Wracał z konwencji PiS
Z pewnością natomiast należałoby – tak, jak się to robi w Szwecji – przyjrzeć się temu miejscu z drogowcami. I to oni powinni znaleźć rozwiazanie infrastrukturalne. Takich audytów po wypadkach zdecdydowanie nam w Polsce brakuje. Nikt nie miał odwagi wprowadzić ich obowiązku.
Czytaj także: Zwrot w sprawie adwokata od „trumny na kółkach”. Sąd w Olsztynie podjął decyzję
Omdlenie. Taktyczne?
Wiadomo, że 52-letni kierowca był trzeźwy. Trafił do szpitala. Już tam miał adwokata, który przekonywał, że stan kierowcy nie pozwala na jego przesłuchanie.
Przy tych relacjach Prokuratura Okręgowa w Świdnicy podawała, iż ma otrzymać dokumentację medyczną kierowcy „z uwagi na podejrzenie choroby układu nerwowego”. To dało pole do natychmiastowych spekulacji w mediach. Pisano o tym, że kierowca nie pamięta wypadku, nie wie co się stało, a „Gazeta Wrocławska” podała: „Nieoficjalnie mówi się, że 52-letni kierowca mógł dostać ataku padaczki”.
Czytaj także: Adwokat od „trumny na kółkach” już w więzieniu
Prokuratura postawiła jednak kierowcy zarzuty za spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym. Widocznie jego pełnomocnik nie potrafił przedstawić dowodów, które przekonałyby śledczych o tym, że człowiek ten był tak chory, iż w zasadzie nie może odpowiedać za wypadek. Prokuratura zresztą sama dała znak w mediach, że opowiadanie o omdleniu czy ataku padaczki może być właśnie przygotowywaną linią obrony. Przypomnę, że dokładnie tak samo twierdził kierowca, który wjechał w jadącego rowerem posła Łukasza Litewkę. On też nie wiedział, jak to się stało. W jego przypadku – inaczej niż w sprawie z Barda – zastosowano trzymiesięczny areszt.
Jeśli 52-latek po prostu jechał trzykrotnie przekraczając dopuszczalną prędkość, nie powinien odpowiadać za „wypadek”. Nie jest zwykłym wypadkiem, drobnym przeoczeniem, rozpędzanie się do takich prędkości w miejscu, w którym należy jechać maksymalnie 20 km/h i zabicie ojca z dzieckiem na chodniku. Niestety, w Polsce nie udało się wprowadzić w Kodeksie karnym podwyższonej odpowiedzialności za spowodowanie takich wypadków jak ten w Bardzie, czy takich jak spowodował Sebastian M. na autostradzie A1.
Nikt nie weryfikuje uprawnień
Nawet przyjęcie najlepszej dla kierowcy wersji o „kłopotach zdrowotnych” uwydatni skrywany polski problem. Prawo jazdy uzyskane w wieku 18 czy 17 lat ma się bezterminowo do końca życia. Nikt nigdy nie weryfikuje, czy nabywane z wiekiem schorzenia, powinny wpłynąć na ograniczenie uprawnień lub np. obowiązek cyklicznych badań, by te uprawnienia utrzymać. Każdy lekarz POZ dobrze wie, czy jego pacjent miał atak epipepsji lub choruje na cukrzycę i wiele innych schorzeń. Jednocześnie w Polsce lekarz jest związany tajemnicą lekarską i nie ma żadnego obowiązku o zgłoszeniu staroście, że jego pacjent powinien w jakiś sposób mieć ograniczone uprawnienia do kierowania pojazdami, czy uzależnione od regularnych badań. Lekarz może jedynie namawiać pacjenta, by np. zaprzestał kierowania pojazdami. Wystarczy, że odnotuje to we własnej dokumentacji i pod względem prawnym wypełnia swój obowiązek. A czy pacjent się zastosuje? To nikogo już nie obchodzi.
Kontrola zdrowotna pod względem posiadanych uprawnień jest w Polsce nie systemowa a przypadkowa. Zdarza się zazwyczaj wówczas, gdy kierowca doprowadzi już do groźnej sytuacji na drodze. Wtedy policjanci, u których pojawią się podejrzenia co do jego stanu zdrowia, mogą zawnioskować do starosty o skierowanie takiego człowieka na kontrolne badania lekarskie.
To wszystko można zmienić bardzo łatwo. Wystarczy, że zmienimy prawo tak, iż lekarz będzie miał obowiązek informować starostę o tym, że jego pacjent – posiadający prawo jazdy – powinien np. przechodzić okresowe badania, bo wykrył u niego przypadłość, która nieleczona może stwarzać zagrożenie podczas prowadzenia pojazdów.
Czy będzie to „inwigilacja” i „opresja” ze strony państwa, czy po prostu rozwiązanie w przypadkach ludzi, których przed prowadzeniem pojazdów nie powstrzymuje własny kręgosłup moralny?

