Bez trudu znajdziecie multum moich tekstów, w których wskazuję, że Polska potrzebuje silnego publicznego systemu ochrony zdrowia. Pisałem dziesiątki razy, że na zdrowie jako państwo wydajemy za mało, więc nie powinniśmy mieć też nie wiadomo jak wygórowanych oczekiwań.
Ale pisałem też, że dofinansowanie publicznej ochrony zdrowia wymaga społecznej zgody. A ta rodzi się z poczucia, że pieniądze idą na leczenie, nie na układy. Pacjent łatwiej zaakceptuje wyższe nakłady, jeśli zobaczy krótszą kolejkę, lepiej wyposażony oddział, zaangażowaną kadrę, dostęp do diagnostyki i sprawnie działającą rejestrację. Trudniej mu zaakceptować kolejne miliardy wkładane w system, gdy czyta, że w szpitalu znów pojawił się ktoś ze świata polityki.
Nasza frustracja bowiem skierowana jest wtedy nie tyle w konkretną partię, ile w ideę publicznej ochrony zdrowia. I to groźne, bo system ten zniszczyć można nie tylko brakiem pieniędzy, lecz także brakiem zaufania.
Polityczne pajęczyny
Opisałem właśnie sytuację szpitala w Lipnie. Szpital jak szpital, można by rzec. Powiatowy, duży, bez długów, co wcale nie jest oczywiste. Zatrudniono w nim niedawno Jacka Protasiewicza, doświadczonego polityka, od kilku lat sympatyka Polskiego Stronnictwa Ludowego. Akurat zaangażowanego w wiele spraw, ale w system ochrony zdrowia nigdy. I gdy tak przyglądałem się kadrom zarządzającym szpitala, okazało się, że legitymacja ludowców była najistotniejszym kryterium przy naborze. Do rady nadzorczej szpitala wszedł nawet syn posła PSL Zbigniewa Sosnowskiego. I gdy spytałem posła o to, czy rozmawiał w sprawie powołania swojego dziecka do rady ze starostą kontrolującym szpital, też działaczem PSL-u, parlamentarzysta odpowiedział, że nie pamięta.
Wiecie, co to znaczy? Ano tyle, że głupio powiedzieć, że rozmawiał. Ciężko też zaprzeczyć, bo poseł nie wie, jakie dziennikarz ma dowody. Najbezpieczniej więc nie pamiętać.
Ale przecież nie chodzi o jeden szpital w Lipnie. W kwietniu 2026 r. mój redakcyjny kolega Jakub Styczyński opisał absurdalną historię: działacz Koalicji Obywatelskiej i jeden z dyrektorów szpitala w Knurowie wykorzystał publiczny ambulans do przewiezienia krewnej posłanki Koalicji Obywatelskiej Krystyny Szumilas.
„Dyrektor ds. administracyjnych szpitala w Knurowie wparował na izbę przyjęć i zabrał aparat EKG z jednego z oddziałów. Następnie wsiadł ze sprzętem do karetki pogotowia i odjechał nią, nie informując o niczym personelu medycznego. Po pewnym czasie wrócił z pacjentką oraz dwoma członkami jej rodziny. Tak wynika z zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa, które szpital w Knurowie złożył na swojego pracownika” – opisywał Jakub.
Dyrektor ds. administracyjnych szpitala, który prowadził karetkę, to 31-letni Kamil Krzysiński. Mężczyzna ma powiązania polityczne – w 2021 r. wszedł w skład rady powiatu Koalicji Obywatelskiej w Gliwicach, a w 2024 r. był kandydatem do Sejmiku Województwa Śląskiego z listy KO. Jest znajomym posłanki Szumilas. Często promuje jej działalność w mediach społecznościowych.
Każdy z nas może sam odpowiedzieć sobie na pytanie, ilu 31-latków zostaje dyrektorami w szpitalach. I czy legitymacja partyjna, zbieżna z legitymacją osób nadzorujących szpital, pomaga, przeszkadza, czy jest bez znaczenia.
Były minister doradcą
Na początku 2025 r. TVN24 opisał desant działaczy Prawa i Sprawiedliwości na szpital w Tomaszowie Mazowieckim. Prezesem został płk Marek Utracki. Nie miał co prawda doświadczenia w zarządzaniu w ochronie zdrowia, ale przez 20 lat pracował w Służbie Kontrwywiadu Wojskowego. Lokalni politycy PiS-u, którzy decydowali o obsadzie dyrektorskiego stanowiska, uznali, że to idealne kompetencje. Utracki dostał zresztą do pomocy równie świetnych fachowców: niedoszłego posła PiS-u oraz powiatową radną PiS-u.
Szpitalna przygoda jednak nie trwała długo. Zmienił się polityczny układ sił w powiecie i pułkownik z ekipą zostali odwołani.
Onet z kolei opisał sytuację z Mińska Mazowieckiego. Tamtejszy szpital zatrudnił za 18,5 tys. zł miesięcznie doradcę: byłego ministra zdrowia w rządzie PiS Adama Niedzielskiego, prawomocnie skazanego za nieuprawnione udostępnienie danych o pacjencie. A dokładniej firmę: Adam Niedzielski Doradztwo i szkolenia.
Mówimy o szpitalu, który za 2024 r. wykazał stratę netto w wysokości 16,7 mln zł, a kapitał własny na koniec 2024 r. wynosił minus 38 mln zł. Zobowiązania i rezerwy na zobowiązania zaś to skromne 97,9 mln zł.
Pewnie niebawem sytuacja znacząco się poprawi. Przy takim doradcy jak Adam Niedzielski musi, prawda?
Brakuje mi argumentów
Mógłbym tak długo wymieniać, bo przypadków, w których politycy trafiali do pracy w publicznych szpitalach, jest bez liku. I oczywiście będą mówić, że mają doświadczenie w zarządzaniu, że znają się na wszystkim najlepiej, ale bądźmy poważni – po prostu szpitale to zazwyczaj duże organizmy zatrudniające po kilkaset osób, z wielomilionowymi budżetami, więc łatwiej wcisnąć politycznego znajomka do szpitala niż do powiatowej biblioteki.
Szkopuł w tym, że tak jak zawsze było to paskudne, tak przy obecnej sytuacji publicznego systemu ochrony zdrowia jest najzwyczajniej w świecie obrzydliwe. Nie tylko dlatego, że ktoś dostaje pracę po znajomości, lecz także dlatego, że w ten sposób wytrąca argumenty z rąk tych, którzy chcą możliwie najlepiej funkcjonującego i dofinansowanego systemu ochrony zdrowia.
Wielokrotnie przekonywałem, że Polska musi płacić więcej na ochronę zdrowia. I wielokrotnie otrzymywałem kontrę o przeciekającym wiadrze, o tym, że najpierw należy zreformować system, a potem dopiero można więcej płacić. I choć nie zgadzam się z tym argumentem (bo nawet jeśli z wiadra wycieka, to uważam, że mamy o wiele za małe wiadro), to jestem bezbronny, gdy ktoś wyciąga przykłady politycznych nominatów w szpitalach.
Co mogę powiedzieć, gdy ktoś twierdzi, że nie chce płacić wyższej składki zdrowotnej, bo pieniądze te trafią do polityków, pójdą na zatrudnienie kolejnych prezesów i dyrektorów? Naprawdę, nie mam uczciwego kontrargumentu. Bo wierzę w to, że im więcej publicznych pieniędzy przeznaczamy na leczenie, tym mniej powinniśmy tolerować polityczne rozdawnictwo stanowisk.
Fikcja nadzoru
Poprzez polityczne harce w szpitalach ginie nam też to, że cały model zarządzania staje się niewydolny. Zadaniem rady nadzorczej jest bowiem, jak sama nazwa wskazuje, nadzorować. Jeżeli jednak do zarządów i rad trafiają osoby głównie dlatego, że są „nasze”, to cały nadzór staje się fikcją.
Przecież jeśli zarząd i rada pochodzą z tego samego politycznego rozdania, kontrola staje się iluzją. Rada powinna pytać o ryzyka i problemy, ale jeśli jej członkowie zawdzięczają nominację lokalnemu liderowi, będzie raczej pytać, czy lider jest zadowolony.
Rada musi pilnować interesu szpitala, ale polityczny nominat pilnuje często przede wszystkim tego, żeby nie narazić się temu, kto go powołał. Wreszcie, gdy w zarządzie znajduje się znajomy starosty wyznaczającego członków rady nadzorczej, o jakim nadzorze rady nad zarządem mowa? W razie konfliktu prędzej wymienieni zostaną członkowie rady nadzorczej niż zarządu. Lepiej więc żadnych nieprawidłowości ani rzeczy do poprawy nie znaleźć.
W ten oto sposób niszczymy publiczny system ochrony zdrowia. Przez dysfunkcję działania i przez pogłębianie braku zaufania. Wszystko po to, by kilka(set) osób przechować, aż nadejdą dla nich lepsze czasy i znów powiatowe szpitale zastąpią Sejmem, Senatem lub kierowniczymi stanowiskami w państwowych służbach.

