Reklama
Kraj

Weto w sprawie e-dziennika to zła decyzja

Prezydent Karol Nawrocki zawetował ustawę, która pozwalała rozpocząć pilotaż państwowego elektronicznego dziennika. Tymczasem miała ona pomóc, bo dwie prywatne firmy, zarządzane przez kapitał z USA i Finlandii, podzieliły między siebie rynek e-dzienników. Oligopol ten doprowadził do szeregu patologii, z którymi po latach niemocy próbował rozprawić się polski rząd.

Anna Wittenberg
Opinia autorstwa: Anna Wittenberg
Dzisiaj 09:36
6 min
Aktualizacja: Dzisiaj 10:12
Prezydent zawetował ustawę wprowadzającą państwowy e-dziennik. (fot. Leszek Szymański / PAP)

O patologii związanej z elektronicznymi dziennikami piszę od lat. Czytelnicy, którzy mają dzieci w szkołach, śmiało mogą przewinąć do kolejnego akapitu. Tym, którym sprawdzanie ocen w Librusie czy Vulcanie jest obce – pokrótce wyjaśnię, o co chodzi.

 Elektroniczne dzienniki to systemy umożliwiające między innymi komunikację na linii nauczyciel–uczeń–rodzic. Są w nich wpisywane oceny, obecności, można napisać w nich usprawiedliwienie czy wiadomość. Szkoła może, ale nie musi korzystać z e-dziennika. W praktyce jednak większość decyduje się na takie rozwiązanie. Zwłaszcza że firmy dostarczają nie tylko dziennik, ale całe oprogramowanie do zarządzania szkołami, np. układania planów lekcji.

Patologie e-dzienników

Za elektroniczne dzienniki płaci polskie państwo – samorządy i szkoły. Jako pierwsza na łamach „Dziennika Gazety Prawnej” podjęłam się wyliczenia, jaka jest skala tych wydatków. Na podstawie danych uzyskanych od samorządów w 2024 roku wyszło ok. 40 mln zł rocznie. Podobnych danych nie zbiera Ministerstwo Edukacji Narodowej – przyznało to w odpowiedzi na interpelację posła Konfederacji Grzegorza Płaczka.

Choć przepisy mówią o tym, że dziennik powinien być bezpłatny dla rodziców, firmy znajdują sposób, by także oni dorzucali się do biznesu. Przeglądarkowe wersje aplikacji są darmowe. Podobnie jak podstawowa wersja aplikacji na smartfon. W Librusie i Vulcanie – dwóch najpopularniejszych dziennikach – zapłacić trzeba za funkcje premium. Premium to w tym wypadku usprawiedliwienia i wiadomości.

Reklama
Reklama

W Librusie to także brak reklam. Tak, może to dziwić, ale użytkownikom edukacyjnej aplikacji wyświetlane są reklamy. Dokładnie tak jak na każdej innej stronie internetowej. Firma zapewnia, że są one filtrowane i dostosowane do tematyki, ale jednak. W materiałach rozsyłanych potencjalnym reklamodawcom firma chwaliła się, jak świetnie ma sprofilowane grupy docelowe.  

Tak przy okazji – Fundacja Panoptykon alarmowała, że model ten jest nieetyczny i może naruszać unijne prawo ze względu na to, że profilowana reklama trafia do dzieci poniżej 13. roku życia. Firma zaprzeczała.

Czytaj także: Józefaciuk dla Zero.pl "Szkoła jest łakomym kąskiem dla kolejnych rządów, które przy jej pomocy chcą wyhodować sobie wyborców"

Kapitan państwo chciał dobrze

Ekipie zarządzającej Centralnym Ośrodkiem Informatyki (robią m.in. mObywatela) można wiele zarzucić. Jednak przyznać trzeba, że tuż po objęciu sterów po zmianie władzy postawili sobie za cel, żeby e-dziennikowy oligopol przełamać. To dyrektor COI przekonał MEN, by stworzyć państwową alternatywę.

Z tego, co wiem, przekonywanie było zresztą trudniejsze, niż będzie napisanie apki. Wśród urzędników resortu panować miała ogólna niechęć do tego projektu. Finalnie jednak pomysł zyskał poparcie minister Barbary Nowackiej i prace nad nim ruszyły.

Reklama
Reklama

Projekt miał wystartować jako pilotaż. Nauczyciele – słusznie – zwracali uwagę, że za testy nie przewidywano wynagrodzenia, że w szkołach prowadzących pilotaż konieczne byłoby działanie dwóch dzienników równolegle, co dokładałoby pracy. Te niedoskonałości można byłoby poprawić lub wynagrodzić. Ale w mojej ocenie nie stanowiły podstawy, by ustawę odrzucić.

Nie ma ideałów

Oczywiście budowa państwowej alternatywy dla e-dziennika nie jest idealna. Z wielu powodów, m.in. takiego, że te aplikacje są tylko częścią dużo szerszego ekosystemu do zarządzania szkołami, o którym pisałam wyżej. Państwo nie zrobiło takich narzędzi 20 lat temu, więc potrzebę wypełniły prywatne firmy. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie wspomniana wcześniej oligopolizacja i jej konsekwencje.

Ruch MEN byłby w tych warunkach mocnym sygnałem, że rynek należy poukładać inaczej. Przypomnijmy, że mówimy o rządowej alternatywie, a nie o obowiązkowym przechodzeniu na ten system.

Zresztą w poprzednim rozdaniu także była świadomość, że na rynku elektronicznych dzienników coś poszło nie tak. Nikt nie rzucił rękawicy otwarcie, ale resort Przemysława Czarnka pracował nad projektem Moje Indywidualne Konto Edukacyjne, które miałoby gromadzić nasze dyplomy i świadectwa, a w przyszłości dałoby podwaliny pod e-dziennik. Nie został on jednak dokończony (dlaczego – to oddzielna saga, możecie przeczytać o tym więcej tutaj: NIK miażdży państwowy instytut. Jedna decyzja rządu zmarnowała 18,7 mln zł).

Reklama
Reklama

Co można zrobić dziś?

MEN jest w trudnej sytuacji. Z powodu weta prezydenta, pilotaż e-dziennika zostanie  zapewne znacznie opóźniony. Znacznie, czyli już poza kadencję obecnej ekipy. A co będzie dalej, nikt dziś nie wie.

To, co należy i można zrobić jak najszybciej, to przedstawienie ustawy, która wprowadzi chociaż obowiązkowe standardy dla aplikacji do zarządzania szkołami. Powinny obejmować po pierwsze kwestie bezpieczeństwa. Na przykład obowiązkowe logowanie dwuskładnikowe, które zminimalizuje ryzyko przejęcia konta nauczyciela czy administratora. Wiemy, że do takich incydentów dochodziło. Opisał je m.in. serwis Niebezpiecznik.pl. To szczególnie ważna lekcja po tym, jak do sieci wyciekły dane 19 milionów obywateli z serwisu MyDr. W przypadku aplikacji do zarządzania placówkami ochrony zdrowia takich twardych standardów też nie ma.

Ważne byłoby też pochylenie się nad kwestią etyki, np. wolności od reklam czy skutecznego egzekwowania zakazu pobierania opłat za użytkowanie aplikacji.

A jeszcze bardziej należy się zastanowić, po co w ogóle szkołom te aplikacje. Może naprawdę dalibyśmy radę zaufać dziecku, że zanotuje sobie, co ma zadane, dowiedzieć się o ocenach na zebraniu, a do nauczyciela zadzwonić lub pofatygować się osobiście, zamiast pisać o 23:30 i liczyć na natychmiastową odpowiedź.

Reklama
Reklama

Czytaj także: Przedstawiciel Mety doradza i Gawkowskiemu, i Nawrockiemu. Tak tłumaczy to wicepremier

Źródło: Zero.pl
Anna Wittenberg
Anna WittenbergRedaktor naczelna