Nie trzeba mnie przekonywać, że plastikowe butelki to zło. Może nie śni mi się po nocach płynący w moich żyłach mikroplastik, ale już wymarzony odpoczynek pod palmami na rajskiej plaży, zaburzony przez wypływające co rusz na brzeg śmieci się zdarzy.
Jedyną przewagą, jaką dostrzegam w plastikowych butelkach nad moją wielorazową z filtrem – metalową, bo przecież mikroplastik – jest to, że mogę je w dowolnej chwili wyrzucić. Przewaga to, trzeba przyznać, dość marna. Nigdy nie chciałbym wygrywać z kimś takim atutem.
Z puszkami jest mi trochę łatwiej. Oczywiście, że kiedy mam do wyboru napić się Coca-Coli, Pepsi, czy innego wątpliwie zdrowego napoju ze szklanej butelki lub z puszki, wybieram „szkło”, jeśli jednak wybór waha się między puszką a butelką plastikową, „aluminium” jest górą. No i ten satysfakcjonujący dźwięk kapsla.
Ale bez puszek, tak jak i bez plastikowych butelek, mógłbym żyć.
Problem w tym, że jestem na nie skazany. Nie tak, że ktoś przyszedł i nakazał mi korzystanie z plastikowych butelek. Gorzej – przyszedł, dał mi do spróbowania popularną wodę z Muszyny i się zaczęło. Teraz nie ma, że nie: raz na dwa lub trzy dni choć mała buteleczka musi być.
Przeczytaj: Lobbing biznesu, podróżujące śmieci i palenie butelek. Ujawniamy, jak działa system kaucyjny
Jeśli do tego drobnego uzależnienia dorzucimy pojedyncze puszki pozostałe po wieczorach filmowych z dziewczyną oraz dodatkowe butelki kupione, kiedy zapomniałem swojej „wielorazowej”, robi się dość spora kolekcja.
I niemała fortuna.
Nie należę do osób przesadnie oszczędnych. Owszem, przed pójściem do sklepu sprawdzę, czy mogę skorzystać z jakiejś promocji czy kuponu, ale jak pojawi mi się jakaś fanaberia – na przykład postanowię zaszaleć i kupić bułkę z ziarnami zamiast kajzerki – nie żałuję sobie.
Co innego, jeśli chodzi o wyrzucanie pieniędzy w błoto. Tego nie znoszę. Można sobie więc wyobrazić, co czuję, patrząc na każdą buteleczkę, jak na pięćdziesięciogroszową monetę.
Dlatego, jak przykładny obywatel, z każdą buteleczką i puszeczką grzecznie spacerkiem chodzę do najbliższego kaucjomatu.
Zaraz potem wracam z nimi do domu, bo albo maszyna się zapełniła, albo popsuła, albo kolejka osób z pełnymi zwrotnych opakowań workami jest na tyle długa, że szybciej byłoby mi zdobyć wykształcenie, znaleźć inwestorów, zbudować fabrykę i samemu stworzyć własny kaucjomat.
Czasem te trzy rzeczy dzieją się jedna po drugiej. Idę do sklepu. Kaucjomat nie działa. Wołam obsługę. Obsługa przychodzi, otwiera drzwiczki, macha pojemnikiem na zebrane opakowania, zamyka drzwiczki. Kaucjomat działa. Wrzucam dwie puszki, po czym pojawia się komunikat – automat zapełniony. Wołam obsługę ponownie, tym razem jednak decydując się na oddanie mojego bogactwa już po zakupach. Trudno, magiczny kupon wykorzystam kolejnym razem. Szybkie zakupy i do kaucjomatu. Niestety. Kolejka na pół godziny.
Wierzyłem bardzo w ten system. Czemu miałbym nie. Lubię bycie „eko” – śmieci segreguję, ubrania z drugiej ręki kupuję, naprawiam zamiast wyrzucać. Koleżankę z pracy, która mówiła, że jej się nie chce butelek oddawać, leniwą nazwałem.
Wystarczy chwila korzystania z systemu kaucyjnego, żeby dostrzec jego wady – awaryjność i niewydolność wyrażoną zarówno w liczbie kaucjomatów, jak i w możliwościach przetwarzania przez nie opakowań.
Nie ma się co dziwić, że są tacy, którzy na jego działaniu próbują zrobić własny biznes. Ogłoszeń osób, które są chętne z dojazdami do domów skupować opakowania kaucyjne po 25 gr, jest na pęczki. Choć w efekcie butelki i puszki wracają do producentów – więc system działa – to wątpię, aby lokalni biznesmeni po odbiór podjeżdżali ekologicznymi, elektrycznymi samochodami. Prędzej dieslami, które o wjeździe do Krakowa mogłyby pomarzyć.
Gorzej, że są i takie wady systemu kaucyjnego, których na pierwszy rzut oka nie widać. Według wyliczeń, obsługa jednej butelki PET w systemie kaucyjnym zostawia prawie trzy razy większy ślad węglowy, niż w systemie gminnym. Na tym nie koniec. Niektóre automaty niszczą butelki tak, że nadają się tylko do spalenia, a część operatorów tak zorganizowało działalność, że butelki oddane we Wrocławiu wożone są ciężarówkami do Szczecina.
15-latek królem butelkomatów. Zarobił ponad 1600 zł
Nie jest też tak, że zyski z systemu kaucyjnego – w tym pieniądze za nieodebrane kaucje, które w ciągu najbliższej dekady mogą sięgnąć 8,2 mld zł – trafiają do budżetu państwa. Środki zostaną u operatorów systemu kaucyjnego i będą miały służyć jego rozwojowi. Czyli temu, żeby więcej osób oddawało opakowania zwrotne. Czyli – żeby przychody operatorów były niższe. Nie brzmi to na najbardziej opłacalny dla nich biznes.
A mogło być tak pięknie. Powietrze, co to od oddychania nim płuca nie bolą, i ulice czystsze. Zamiast groźby utraty 50 gr przy każdym zakupie, zachęcenie w postaci drobnego rabatu, a zamiast kaucjomatów uzależnionych od działalności sklepów, całodobowe punkty na ulicach. A wyszło tak po naszemu – za szybko i momentami bez sensu.

