Wojny w Iranie można było uniknąć – głosił nagłówek w ostatnim wydaniu „The Guardian”. Brytyjski dziennik ujawnił, że w negocjacje między USA a Iranem zaangażowany był Jonathan Powell – wieloletni współpracownik Tony’ego Blaira, a obecnie doradca ds. bezpieczeństwa narodowego premiera Keira Starmera. Ostatnia runda rozmów w Genewie przebiegła (według doniesień medialnych) obiecująco, a porozumienie było w zasięgu ręki. Londyn był przekonany, że Teheran nie stanowi bezpośredniego zagrożenia dla Waszyngtonu. Dwa dni później Izrael i USA uderzyły na Iran.
Ponad trzy tygodnie od rozpoczęcia „Epickiej Furii” międzynarodowa opinia publiczna wciąż nie poznała żadnych przekonujących powodów wzniecenia kolejnej wojny na Bliskim Wschodzie. Codziennie jesteśmy zalewani falą doniesień o kolejnych uderzeniach. Za głowę łapią się eksperci od regionu, którzy czytają o licznych popisach niekompetencji specjalnych wysłanników Białego Domu ds. wszelakich. Pękać zaczyna także trumpowski front MAGA.
Pierwsza dymisja po wybuchu wojny w Iranie
Pierwszemu „ulało się” dyrektorowi amerykańskiego Narodowego Centrum Zwalczania Terroryzmu. Joe Kent podał się do dymisji sugerując – podobnie jak „Guardian” – że Iran nie stanowi bezpośredniego zagrożenia dla USA.
„Jako weteran, który 11 razy brał udział w misjach bojowych, oraz mąż, który stracił ukochaną żonę Shannon (odznaczoną Złotą Gwiazdą) w wojnie wywołanej przez Izrael, nie mogę poprzeć wysyłania kolejnego pokolenia na wojnę” – przekonywał.
Niewykluczone, że za kilka godzin z funkcją szefowej wywiadu (jedna z kluczowych ról w systemie bezpieczeństwa administracji USA) pożegna się Tulsi Gabbard. Urzędniczka między słowami zasugerowała, że wywiad dostarczył wiedzę prezydentowi USA, ale to on uznał Teheran za zagrożenie i jest odpowiedzialny za ostateczną decyzję o ataku. Trudno o większe wotum nieufności wobec własnego szefa.
Czujnik dymu nad głową. O człowieku między Bogiem a algorytmem
Prezydent USA znalazł się na zakręcie, nie mogąc skorzystać ze swojej podstawowej broni: intuicji i improwizacji. Kuszony szybkimi sukcesami w Wenezueli (porwanie Nicolasa Maduro) czy wcześniejszej wojnie 12-dniowej z Iranem zatracił instynkt samozachowawczy i postanowił wejść „all in”. I niewykluczone, że tym razem przelicytował.
Sytuacji nie ratują też „zabawne” filmiki Białego Domu pokazujące bombardowanie kolejnych celów na Bliskim Wschodzie. Według jednego ze współpracowników, w Gabinecie Owalnym odczuwany jest syndrom „żalu po zakupie”, co sprowadza się do prostej konkluzji: narastającej obawy, że atak na Iran był błędem.
Lekcja dla NATO
Trump wpadł w typową bushowską pułapkę, powielając tezy o rychłym zdobyciu broni masowego rażenia. Dla 79-latka Iran może być tym, czym dla jego republikańskiego kolegi Irak. Tym razem cena, jaką przyjdzie za to zapłacić, będzie o wiele wyższa.
Po pierwsze w listopadzie Amerykanie wybiorą nowy skład parlamentu, a według pierwszych sondaży, istnieje spora szansa na „niebieską falę”. Zwycięstwo demokratów zwiąże ręce Białemu Domowi i trudno będzie podejmować już decyzje bez szerszych konsultacji na Kapitolu.
Po drugie zagrożona jest także finansowa emerytura Trumpa. Siedmiokrotnie bankrutujący miliarder (w tym także słynne kasyno w Atlancie) nawiązał bliskie stosunki z Mohammedem bin Salmanem, następcą tronu Arabii Saudyjskiej. Ich biznesowa zażyłość została wystawiona na próbę, szczególnie gdy w krajach Zatoki Perskiej toczy się regularna bitwa powietrzna. Zainwestowane oraz zdeponowane prywatne środki klanu Trumpów w Rijadzie mogą szybko wyparować.
„No quarter”. Kolejny „zmierzch cywilizacji zachodu”
Wyraźnie przytłoczony sytuacją Donald Trump zaczyna wygłaszać kolejne nieracjonalne sądy, raz po raz atakując sojuszników z NATO za brak pomocy przy odblokowaniu żeglugi w Cieśninie Ormuz. Republikanin znów wyciąga tę samą kartę z talii grożąc, że USA wystąpią z Sojuszu Północnoatlantyckiego, co jest tak samo skuteczne jak sankcje nakładane przez Waszyngton na pojedyncze kraje UE. Nikt też nie pamięta już gróźb przejęcia Grenlandii, jednak wszystkie sygnały płynące z Waszyngtonu do europejskich stolic powinny być brane na serio.
Skończył się czas wyłącznego polegania na Ameryce, a zaklinanie rzeczywistości tylko osłabia nasze bezpieczeństwo. Im wcześniej pobierzemy tę lekcję realizmu politycznego, tym lepiej.

