Nauka

Będzie bolało bardziej, czyli dlaczego żadna reforma nauki się w Polsce nie uda

W tekście „Będzie bolało” zaproponowałem zwiększenie wynagrodzeń najmłodszych polskich naukowców z 60 proc. wynagrodzenia kierowcy autobusu w Warszawie do poziomu 100 proc. wynagrodzenia kierowcy autobusu w Berlinie, żeby rozwiązać problem braku następstwa pokoleń, który wkrótce zabije polską naukę. Wydawało mi się to małym krokiem w dobrym kierunku. I miałem rację – wydawało mi się.

Andrzej Dybczyński
Felieton autorstwa: Andrzej Dybczyński
19 lutego
13 minut
Laboratorium naukowe (zdjęcie ilustracyjne). (fot. Gorodenkoff / Shutterstock)

Reklama

TYLKO NA

Propozycja wynagradzania polskich naukowców tak, jak na to zasługują, została w atmosferze ponadpartyjnej zgody przemilczana. Wzajemne aresztowania, groźby aresztowań odwetowych, sensacyjne ucieczki za granicę, poszukiwanie posłów żywych lub martwych – wszystko to, tak ważne dla przyszłości naszego państwa i społeczeństwa, nie zostało przez wiejską elitę wstrzymane nawet na chwilę. Dzięki zgodnie niepodjętym decyzjom nasze wnuki ciągle mają szansę zarabiać na godne życie, zamiatając chodniki przed amerykańskimi lub chińskimi centrami sztucznej inteligencji zbudowanymi w Polsce.


Reklama

Zamiatacz chodnika z doktoratem z biologii molekularnej będzie u nas tańszy niż na Białorusi lub w Tatarstanie, co naszemu państwu da przewagę konkurencyjną w rywalizacji z Wybrzeżem Kości Słoniowej, a my będziemy rodzicami dumnymi z tego, jak świetnie wykształciliśmy nasze dzieci. Krok pierwszy, najtrudniejszy, właśnie zrobiliśmy. Pora na krok drugi.

 

Skończyć z tytułomanią

Największą przeszkodą w reformie polskiej nauki będą nie czynniki zewnętrzne – politycy, ograniczenia budżetowe, priorytety państwa – tylko instytucjonalnie zabetonowane, patogenne mechanizmy funkcjonowania polskiego środowiska naukowego. Dowody widzimy na co dzień. Przerażające jest to, że określając niektórych rektorów polskich uczelni mianem seksualnych dewiantów lub finansowych cwaniaczków, wcale nie posługujemy się publicystyczną przesadą, tylko chłodno opisujemy rzeczywistość.


Reklama

Rzeczywistość tym straszniejszą, że ludzi, których każda normalnie funkcjonująca firma, nieroszcząca sobie wcale pretensji do ustanawiania etycznych standardów, wyrzuciłaby dyscyplinarnie na bruk – wybiera na te stanowiska samo środowisko naukowe. Tytułuje „Ich Wspaniałościami” i podpisuje listy w ich obronie. A Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego woli się nie wtrącać.


Reklama

Jak to zmienić? Zgodnie z proponowaną przeze mnie doktryną reform punktowych (nie mylić z tym tańcem świętego Wita uprawianym cyklicznie przez środowisko naukowe wokół systemu punktacji czasopism naukowych) zmiana powinna być prosta i likwidująca źródłową przyczynę patologii systemu.

A źródłową przyczyną patologii w polskim systemie nauki oraz jego odporności na jakiekolwiek zmiany jest jego stratyfikacja – niespotykany w świecie cywilizowanym podział stopni i tytułów naukowych oraz nakładający się na to system stanowisk na uczelniach. Czasem sobie myślę, że to właśnie dzięki złożoności tego systemu polscy naukowcy stanowią światową czołówkę w fizyce kwantowej i sztucznej inteligencji – gdzie dwoistość stanów materii i współbezmyślność użytkowników są warunkiem istnienia.

Mamy zatem w polskim systemie nauki profesorów uczelnianych, profesorów belwederskich, profesorów instytutowych, doktorów, doktorów habilitowanych, adiunktów z habilitacją, adiunktów bez habilitacji, docentów przedmarcowych, marcowych i pomarcowych, a ich wszystkich w trójpodziale na naukowców naukowych, naukowców dydaktycznych i naukowców naukowo-dydaktycznych. I to wszystko pięknie nam wzrasta na gnojówce z asystentów (a jakże – z doktoratem lub bez), którzy prą do blasku wyższego tytułu z tempem i determinacją bambusa w wietnamskiej dżungli, nieświadomi, że właśnie są systemowo robieni w bambusa w dżungli polskiej. Zorientują się po swoich czterdziestych urodzinach, obchodzonych wspólnie z czterdziestoleciem kierowania katedrą przez ich szefa – ale wówczas sami staną się obrońcami tego absurdalnego systemu.


Reklama

Możemy być dumni. Zbudowaliśmy i utrzymujemy sobie w Polsce system stratyfikacji naukowej, znacznie fajniejszy niż ten, który brytyjska arystokracja budowała dla siebie przez tysiąc lat. Taki na przykład jaśnie wielmożny Sir Archibald Percival Montgomery-Hawthorne, trzeci markiz Ashbourne, siódmy wicehrabia Wexford i baron St. Edmund’s Reach może czuć się jak biedny krewny przy przeciętnym polskim profesorze doktorze habilitowanym, przewodniczącym XIV zespołu ministra ds. reewaluacji ewaluacji. Ale naszej profesurze i tego mało. Na pierwszym oficjalnym spotkaniu z ministrem Wieczorkiem z grona Polskiej Akademii Nauk wypłynął pomysł utworzenia tytułu profesora w stanie spoczynku. W ramach likwidacji pisowskich patologii oczywiście. Nie żartuję, byłem przy tym. Wieczorek z wdziękiem polityka obiecał to rozważyć, przytomnie ignorując fakt, że połowa tego gremium jest już od dawna w stanie spoczynku, a niektórzy sprawiają nawet wrażenie spoczynku wiecznego.


Reklama

Jakie są skutki systemu, w którym tytuły i osobiste relacje zastępują rzeczywiste osiągnięcia? Dokładnie takie jak w każdym innym przesadnie sformalizowanym i hermetycznym systemie stratyfikacji zawodowej czy społecznej. Zamrożenie mobilności poziomej i pionowej. Blokada awansu będącego efektem ciężkiej pracy i talentu, a nie stażu i dostosowania się do systemu. Konformizm każący przymykać oczy na oczywiste patologie. Utrwalanie feudalnej zależności chamów przed habilitacją od szlachty po habilitacji, z barbarzyńskim „prawem pierwszej nocy”, czyli dopisywaniem swojego nazwiska do publikacji uzależnionych podwładnych – i tak dalej.

Dobrze wykształcony menadżer nauki zna takich negatywnych skutków 19, więc ten akapit mógłbym rozwinąć w książkę, ale obiecałem Słowikowi, że nie będę już w swoich tekstach przeklinał. Skonstatuję jedynie, że nie powinien nikogo dziwić fakt, że w takiej systemowej zupie na powierzchnię dość często wypływają zwykłe szumowiny, bo prawdziwi naukowcy wolą zajmować się nauką, a nie walką o władzę z najtwardszymi cynglami akademickiego półświatka.

Prezydent Karol Nawrocki wręcza nominacje profesorskie

Prezydent Karol Nawrocki wręcza nominacje profesorskie.


Reklama

Konieczny jeden ruch

Jednak z perspektywy społeczeństwa problem jest znacznie poważniejszy niż wewnętrzne środowiskowe piekiełko. Po co wydajemy ponad 40 mld zł rocznie na system nauki, skoro najlepsza nasza uczelnia jest w szóstej setce na świecie, a jej rektor otwarcie stwierdza, że „strategią umiędzynarodowienia się nie przejmuje”? Taniej by nam wyszło fundować naszym dzieciakom stypendia na dobrych uczelniach za granicą – tak robiły Chiny, gdy podbijały świat produkcją rakotwórczych tenisówek.


Reklama

Zmienić ten stan rzeczy można jednym ruchem – prostym legislacyjnie, ale rewolucyjnym systemowo. Po prostu należy zlikwidować habilitacje i profesury tytularne. Tych anachronizmów zwyczajnie nie ma w przodującym naukowo świecie, a Europa Środkowa jest tutaj niechlubnym i coraz węższym wyjątkiem – habilitacji pozbyła się już między innymi Dania, Estonia czy Łotwa. Zaś nadawana przez państwo profesura tytularna jest zjawiskiem jeszcze rzadszym, charakterystycznym przede wszystkim dla krajów postsowieckich. I bez względu na to, jakiego wrzasku ta propozycja nie wywoła w naszym akademickim zaścianku, nie będzie on w stanie zaprzeczyć prostej obserwacji – tylko dwóch z ok. 700 noblistów w ciągu ostatnich 50 lat miało habilitację, a żaden polski naukowiec po habilitacji jakoś Nobla nie dostał. Przed habilitacją zresztą też nie. Przypadek?

Oto propozycja legislacyjnej zmiany:

W ustawie z dnia 20 lipca 2018 r. – Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce (Dz.U. z 2024 r. poz. 1571, 1871, 1897, z 2025 r. poz. 619, 620, 621, 622, 1162) art. 177 otrzymuje brzmienie:
Art. 177.
1. W Rzeczypospolitej Polskiej jedynym stopniem naukowym jest stopień doktora.
2. Stopień doktora potwierdza zdolność do samodzielnego prowadzenia działalności naukowej.
3. Osoby, które przed dniem wejścia w życie niniejszej ustawy uzyskały stopień doktora habilitowanego albo otrzymały tytuł profesora, zachowują wszystkie wynikające z tego faktu prawa, w szczególności prawo do:
a) zajmowanego stanowiska,
b) wynagrodzenia,
c) uprawnień promotorskich i recenzenckich.
4. Postępowania habilitacyjne oraz postępowania o nadanie tytułu profesora, wszczęte i niezakończone przed dniem wejścia w życie niniejszej ustawy, umarza się z mocy prawa.
5. Wymagania kwalifikacyjne oraz uprawnienia do:
a) kierowania zespołami badawczymi,
b) pełnienia funkcji promotora,
c) promowania doktorów,
d) recenzowania rozpraw doktorskich,
e) kierowania szkołami doktorskimi,
f) zajmowania stanowisk profesora uczelni
– określa statut uczelni oraz przepisy wykonawcze, bez odwołania do stopni i tytułów naukowych innych niż stopień doktora.
Ponadto dodaje się art. 177a w brzmieniu:
Art. 177a.
1. Przepisy odrębne odwołujące się do stopnia doktora habilitowanego albo tytułu profesora w zakresie kwalifikacyjnym i kompetencyjnym stosuje się odpowiednio do stopnia doktora, o którym mowa w art. 177 ust. 1.
2. Minister właściwy do spraw szkolnictwa wyższego i nauki wyda, w terminie 6 miesięcy od dnia wejścia w życie ustawy, przepisy wykonawcze określające:
a) minimalne kryteria dorobku naukowego doktora,
b) zasady oceny jakości działalności naukowej niezależnie od stopni i tytułów.


Reklama

Tylko tyle i aż tyle. Takim jednym ruchem można usunąć źródłową przyczynę wielu patologii polskiego systemu nauki. Wyeliminowanie systemu awansów naukowych, który w żaden sposób nie przekłada się na jakość uprawianej nauki, odblokuje fundamentalny dla jej rozwoju mechanizm: ocenę naukowców na podstawie ich rzeczywistego dorobku, a nie skostniałej hierarchii i korupcjogennych mechanizmów ewaluacji. Co ciekawe – mechanizmów wymyślanych przecież przez samych polskich naukowców, o czym nikt głośno nie chce powiedzieć. Przecież ani Czarnek po głębszej flaszce z Czarzastym, ani Tusk z Kaczyńskim w żoliborskiej piwnicy spiskujący przeciwko polskiej nauce, tego, co tak bezwzględnie krytykują za każdym razem polscy naukowcy, sami nie wymyślają. Dostają te potworki od nich.


Reklama

Powiedzmy sobie wprost – skoro korelacja między uzyskanym w polskim systemie nauki stopniem naukowym a poziomem prowadzonych badań jest mniej więcej taka jak korelacja między liczbą polityków Lewicy i PSL wsadzanych do Sieci Badawczej Łukasiewicz a liczbą deklaracji ministra Kulaska o jej odpolitycznianiu, to po co nam te habilitacje i profesury?

Wystarczy doktorat

Na całym zdobywającym Noble i prowadzącym przełomowe badania świecie ostatnim możliwym do uzyskania stopniem naukowym jest po prostu stopień doktora. Potem liczą się realne, obiektywnie weryfikowane osiągniecia, a nie kolesiowskie certyfikaty przyznawane sobie nawzajem przez cesarsko-królewskie towarzystwo wzajemnej adoracji, służące jedynie betonowaniu skrajnie nieefektywnego systemu.  A na uczelniach funkcjonuje prosty, najczęściej 4-5 poziomowy, linearny system stanowisk, a nie kakofonia tytułów. I nikt nie ma problemu ze zrozumieniem różnicy między profesorem Georgetown University w Waszyngtonie, a profesorem Kentucky Fried Chicken University w Nowhere, Wisconsin.

Pamiętam, że gdy w 2014 r. opublikowałem swoją rozprawę habilitacyjną i w naiwnym sprzeciwie wobec patologii systemu nie chciałem przystępować do jej obrony, choć podobno była nienajgorsza, koledzy postrzegali mnie, jakbym był niespełna rozumu. Rzekoma konieczność posiadania tego certyfikatu była tak nieodłącznie związana z potwierdzeniem intelektualnej samodzielności naukowca, że nie przeczyła temu nawet powszechna wiedza o tym, jak często certyfikaty te nadawane są osobom, które w cywilizowanym systemie awansów naukowych nie uzyskałyby nigdy nawet stopnia doktora. I nikogo nie przekonywały moje argumenty, że procedura habilitacyjna ma prawdopodobnie jakiś utajniony etap, podczas którego habilitant jest poddawany poważnej operacji mózgu – tak głęboko i szybko zmienia swoje poglądy na polski system nauki po dodrapaniu się wymarzonej habilitacji.


Reklama

Czy taki ruch, likwidacja pustych form podtrzymujących chory system, byłby bezprecedensową rewolucją grożącą tym, że tenże system się rozleci? Dokładnie tak będą krzyczeli jego obrońcy – niezwykle utytułowani, doświadczeni, poważani i tak dalej. Tyle że kiedyś nasze państwo podobną decyzję już podjęło. Jednym ruchem unieważniło budowany przez setki lat system hierarchizacji całego społeczeństwa – a nie tylko jednego zawodowego środowiska.


Reklama

Oto artykuł 96 Konstytucji marcowej z 1921 r. stanowił, że „Rzeczpospolita Polska nie uznaje przywilejów rodowych ani stanowych”. I wiecie, co się stało, gdy ten przepis wszedł w życie? Nic się nie stało. Polacy nie stali się ani głupsi (mądrzejsi też nie), ani mniej uczciwi (bardziej też nie), ani mniej szanowani w świecie (bardziej – tak). A ci, którzy sami chcieli się tak dalej tytułować, do dzisiaj się tytułują i nikomu specjalnie to nie przeszkadza.

Oczywiście usłyszymy też argumenty o tradycji, uniwersyteckich formach i innych kocopołach opowiadanych tym, którzy życia uczelni nie znają od środka i nigdy nie widzieli, jak sprawna pani z dziekanatu pomiata bezradnym profesorem jak, nie przymierzając, Tusk ministrami nauki. Odpowiem na to pewną obserwacją. Poznałem w swoim życiu setki utytułowanych profesorów. Jak w każdym środowisku zawodowym, byli oni różni. Niektórzy z nich każdym swoim słowem przypominali mi o tym, dlaczego zrezygnowałem z akademickiej kariery i dlaczego większość prostych chłopów ze swojej wsi uważam za mądrzejszych, uczciwszych i godnych znacznie większego szacunku.

Inni z kolei każdym swoim zachowaniem i argumentem sprawiali, że do dzisiaj w mojej głowie słowo „profesor” to najszlachetniejsze z określeń, jakim potrafię nazwać drugą osobę. I wiecie co? Każdy z tej pierwszej grupy miał kompletnego fioła na punkcie swoich tytułów i instytucjonalnego szacunku do siebie. A każdy z grupy drugiej błyskawicznie przechodził z rozmówcą na „Ty” i chciał rozmawiać o tym, co naprawdę ma znaczenie. Pojedźcie na Harvard, do Oxfordu czy Berkeley, spotkajcie w Warszawie, Poznaniu czy Krakowie profesorów, z których Polska może być dumna, a jest ich tam niemało – i zrozumiecie, o czym piszę. Oni tych tytułów do niczego nie potrzebują. A pozostałym – jak napisałem w propozycji przepisu powyżej – po prostu ich nie odbierajmy. Niech je sobie bałwochwalą. Za dwadzieścia lat problem i tak rozwiąże Matka Natura.


Reklama

Andrzej Dybczyński: Należy zlikwidować habilitacje i profesury tytularne. Tych anachronizmów zwyczajnie nie ma w przodującym naukowo świecie./fot. Shutterstock/


Reklama

Podczas jednej z rozmów z Jarosławem Gowinem, byłym już wówczas ministrem, zapytałem go o to, co zrobiłby inaczej, gdyby jeszcze raz miał szansę podjąć się tak potrzebnej i tak trudnej reformy, jak reforma polskiej nauki. Odpowiedział, że zamiast opracowywania całej „Konstytucji dla nauki”, walki o nią w środowisku naukowym, w Sejmie, w koalicyjnych przepychankach, zawierania kolejnych zgniłych kompromisów coraz bardziej kastrujących ideę reformy, skupiłby się na jednej tylko rzeczy – zniesieniu w Polsce habilitacji. Pouczające. Ale i prorocze jak polityczny los samego Gowina.

I to ciągle nie jest ten tekst, którym wkurzę was najbardziej.


Reklama

Źródło: Zero.pl
Andrzej Dybczyński
Andrzej DybczyńskiDoktor nauk humanistycznych, były prezes Sieci Badawczej Łukasiewicz – autor zewnętrzny