Każdego roku 1 września Westerplatte w Gdańsku staje się areną najbardziej płomiennych i stanowczych przemówień osób sprawujących urząd prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej.
Wszyscy pamiętamy głośne obchody z 2009 r., upamiętniające 70. rocznicę wybuchu II wojny światowej. Ówczesny prezydent Lech Kaczyński, zwracając się do obecnych na uroczystościach kanclerz Niemiec Angeli Merkel oraz premiera Federacji Rosyjskiej Władimira Putina, stanowczo przypomniał o odpowiedzialności Niemiec i Rosji za wybuch wojny. Przestrzegał przed odradzającym się rosyjskim imperializmem, który po wojnie gruzińskiej w 2008 r. nadal się rozwijał, równolegle z zacieśnianiem relacji gospodarczych Rosji z państwami Europy Zachodniej. Tendencja ta utrzymywała się do 2022 r.
Od momentu objęcia urzędu prezydenta RP przez Andrzeja Dudę przemówienia rocznicowe na Westerplatte stały się okazją nie tylko do pouczania zachodnioeuropejskich polityków o błędnej – w przekonaniu Warszawy – zbyt miękkiej polityce wobec Moskwy, ale również do formułowania apeli o rozliczenie się Niemiec z wojenną przeszłością i wypłatę Polsce reparacji wojennych. Tak było również w tym roku. Prezydent Karol Nawrocki podtrzymał to żądanie.
Reparacje
Problem reparacji, wbrew przekazowi dominującemu na prawej stronie polskiej sceny politycznej, jest znacznie bardziej skomplikowany niż samo stwierdzenie, że skoro Niemcy wyrządziły Polsce ogromne straty, to muszą je zrekompensować.
Moralna odpowiedzialność Niemiec za zbrodnie, zniszczenia i straty poniesione przez Polskę podczas II wojny światowej nie budzi żadnych wątpliwości. Problem pojawia się w momencie przejścia od odpowiedzialności historyczno-moralnej do możliwości skutecznego dochodzenia konkretnych roszczeń.
3 października 2022 r. Polska oficjalnie rozpoczęła działania zmierzające do kompleksowego uregulowania kwestii następstw niemieckiej agresji i okupacji. Przypomnijmy, że zgodnie z „Raportem o stratach poniesionych przez Polskę w wyniku agresji i okupacji niemieckiej w czasie II wojny światowej”, obejmującym lata 1939–1945, Polska określiła wysokość swoich roszczeń na 6 bilionów 220 miliardów 609 milionów złotych. Strona niemiecka odpowiedziała, że w jej ocenie kwestia reparacji pozostaje zamknięta i nie zamierza rozpoczynać negocjacji w tej sprawie.
Sprawdź również: Nawrocki grzmiał w sprawie reparacji. „Zaćmiona wizja”
Jeżeli negocjacje dyplomatyczne nie przynoszą rezultatu, rozwiązaniem mogłoby być skierowanie sporu do międzynarodowego sądu lub trybunału. Jednak właśnie w tym miejscu pojawia się podstawowa przeszkoda prawna. Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze, który mógłby rozpatrzyć taki spór, nie posiada automatycznej kompetencji do rozstrzygania sporu między państwami. Jego jurysdykcja opiera się na zgodzie zainteresowanych państw. Oznacza to, że samo przekonanie Polski o zasadności roszczeń nie wystarcza, aby Trybunał mógł nakazać Niemcom zapłatę.
Teoretycznie oba państwa mogłyby zawrzeć specjalne porozumienie i wspólnie przekazać spór Trybunałowi albo uzgodnić inną formę arbitrażu międzynarodowego. Jednak jedyną w zasadzie przeszkodą pozostaje fakt, że takie rozwiązanie wymagałoby zgody Niemiec.
Tymczasem na całej niemieckiej scenie politycznej konsekwentnie podtrzymywane jest stanowisko, że Polska w 1953 r. zrzekła się dalszych reparacji. Z perspektywy Niemiec sprawa została więc ostatecznie uregulowana. W sierpniu 2024 roku rząd federalny – na wniosek interpelacji poselskiej frakcji AfD – oficjalnie stwierdził: „Z punktu widzenia rządu federalnego nie ma żadnych zobowiązań wynikających z prawa międzynarodowego ani żadnych innych zobowiązań prawnych, aby zapewnić Polsce reparacje po II wojnie światowej. Kwestia zadośćuczynienia została zamknięta”.
Cała ta złożona rzeczywistość prawno-moralna sprawia, że spór o reparacje wykracza poza płaszczyznę prawną. Staje się szerokim sporem politycznym, rzucającym cień na całe relacje między Polską a Niemcami. Stosunki, które dzisiaj mają charakter sojuszniczy w ramach NATO oraz Unii Europejskiej.
Partnerstwo zamiast podległości
I właśnie w tym miejscu dochodzimy do właściwego sensu tegorocznego wystąpienia Karola Nawrockiego. W odróżnieniu od tępej propagandy części polityków, która koncentruje się na podkreślaniu poczucia niesprawiedliwości wobec naszego zachodniego sąsiada, prezydent nie ograniczył się jedynie do ponowienia żądania reparacji ani do kolejnego przypomnienia Niemcom o ich historycznej odpowiedzialności.
W jego przemówieniu pojawił się element znacznie bardziej interesujący z punktu widzenia bieżącej polityki państwa. Było nim bezpośrednie wezwanie do rzeczywistej realizacji partnerstwa polsko-niemieckiego.
Czytaj także: Ponad miliard dla Sejmu, dla kancelarii premiera też niemało. Najmniej dla prezydenta
Sedno tej wypowiedzi zawiera się w jednym zdaniu: „Potrzebujemy realizacji naszego układu o dobrym sąsiedztwie sprzed 35 lat”. Chwilę później prezydent doprecyzował, że jeżeli Europa ma pozostać zjednoczona, sojusz ma być realny, a dobre sąsiedztwo rzeczywiście ma coś znaczyć, potrzebne są „czyny, a nie tylko piękne i okrągłe słowa”. Na marginesie można się domagać od prezydenta, że podobne słowa mógłby skierować również do naszego głównego gwaranta bezpieczeństwa, Stanów Zjednoczonych.
Pomijając uszczypliwości wobec rządu Donalda Tuska, które były determinowane polityką wewnętrzną, ten fragment wystąpienia wydaje się najistotniejszy, ponieważ zmienia perspektywę całego przemówienia. Nawrocki nie wzywa tutaj do zerwania stosunków z Berlinem. Nie nawołuje również do politycznej izolacji gospodarczej od Niemiec. Wręcz przeciwnie. Domaga się realizacji istniejącego partnerstwa. Chodzi jednak o partnerstwo rozumiane nie jako relacja pomiędzy centrum gospodarczym a jego wschodnim zapleczem produkcyjnym, lecz jako relacja dwóch państw, które mają wobec siebie konkretne zobowiązania polityczne.
Można oczywiście dyskutować z językiem, którym prezydent opisuje Niemcy, z jego historycznymi analogiami oraz z szeregiem powtarzających się politycznych wycieczek pod adresem rządu. Nie zmienia to jednak zasadniczej treści jego propozycji. Nawrocki próbuje przenieść kwestię reparacji ze sfery czysto historyczno-moralnej do sfery współczesnej polityki bezpieczeństwa.
Prezydent stwierdza, że reparacje i zadośćuczynienie powinny zostać wypłacone nie ze względu na przeszłość, lecz „dla przyszłości”. Wyjaśnia, na co miałyby zostać przeznaczone te środki: „na polskie siły zbrojne, na polski przemysł zbrojeniowy” – tak, aby Polska nie musiała finansować rozbudowy własnego potencjału militarnego za pomocą zachodnich kredytów, w ramach programu SAFE.
Nie jest to klasyczne wezwanie do wypisania przez Berlin czeku za zniszczenia sprzed ponad 80 lat. W przedstawionej przez Nawrockiego koncepcji historyczne zadośćuczynienie zostaje bezpośrednio powiązane ze współczesnym interesem strategicznym zarówno Polski, jak i Niemiec. Prezydent argumentuje bowiem, że Polska jest obecnie „twierdzą Sojuszu Północnoatlantyckiego na wschodzie”, a środki pochodzące z niemieckiego zadośćuczynienia mogłyby służyć bezpieczeństwu całej Europy.
Niemieccy politycy: kierunek wart rozważenia
I właśnie tutaj pojawia się najciekawszy paradoks całej sprawy. Pomysł połączenia historycznego rozliczenia Niemiec ze zwiększeniem zdolności obronnych Polski nie jest wyłącznie osobistą koncepcją Karola Nawrockiego. Temat, jako propozycję wartą poważnego rozważenia, podchwyciła bowiem znacząca postać niemieckiego środowiska bezpieczeństwa, Wolfgang Ischinger, niemiecki dyplomata oraz przewodniczący Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa.
W lutym tego roku Ischinger stwierdził: „Polska jest państwem frontowym. Z polskiej perspektywy wciąż pozostaje nierozwiązana kwestia reparacji”. Na tej podstawie postawił pytanie: a gdyby Niemcy, uznając rolę Polski jako państwa frontowego, mogły dołożyć się do modernizacji Polskich Sił Zbrojnych?
Można uznać taki gest za niewystarczający. Można również zgodzić się z krytykami Ischingera, że przekazanie kilku systemów uzbrojenia miałoby przede wszystkim charakter symboliczny. Nie można jednak twierdzić, że samo połączenie problemu historycznego z kwestią bezpieczeństwa Polski jest pomysłem funkcjonującym wyłącznie na marginesie polskiej debaty.
Co więcej, nawet wśród niemieckich polityków sceptycznych wobec koncepcji prostego przekazania Polsce kilku czołgów pojawiły się głosy wskazujące, że sam kierunek jest wart poważnego rozważenia. Roderich Kiesewetter z CDU uznał propozycję za interesującą, choć niewystarczającą. Jego najważniejsza uwaga brzmiała: „Nie możemy wykupić się z odpowiedzialności za obronę Europy, po prostu oddając kilka czołgów”. Jest to krytyka przede wszystkim skali propozycji, a nie jej zasadniczego założenia.
Sprawdź też: Występ Skolima u prezydenta. Jest film ze sceny, reaguje komisja ds. pedofilii
To zupełnie inna odpowiedź niż proste stwierdzenie, że problem reparacji nie istnieje i nie ma o czym rozmawiać. Kiesewetter w istocie przyjmuje bowiem punkt wyjścia bardzo podobny do tego, który kilka miesięcy później pojawił się w przemówieniu Nawrockiego. Niemiecka odpowiedzialność za bezpieczeństwo wschodniej części Europy nie powinna kończyć się na deklaracjach. Musi posiadać swój materialny wymiar.
W tym miejscu spór staje się więc znacznie ciekawszy niż kolejne rytualne pytanie o to, czy Niemcy „zapłacą Polsce reparacje”. Bardziej zasadne staje się pytanie, czy Berlin jest gotowy ponieść większą część rzeczywistych kosztów zapewnienia bezpieczeństwa państwu, które w przypadku konfliktu z Rosją znajdzie się na pierwszej linii wojny.
Dlatego można postawić polskiemu rządowi pytanie: skoro w debacie o reparacjach pojawiła się nowa perspektywa dotycząca formy zadośćuczynienia, a temat został podjęty również w niemieckiej debacie publicznej, dlaczego polski rząd nie może pójść tym tropem?


