Starodawnym tekściarzom maj rymował się z rajem. Trochę mało. Maj obfituje w skojarzenia, odniesienia, aromaty, barwy i rocznice. Najważniejsza jest majówka. Bywa wielka, lecz w tym roku wyjątkowo krótka, więc warto zacząć ją możliwie szybko. I powspominać, jak drzewiej bywało.
Co i kiedy majówkujemy
Nawet królów i arystokratów cieszyło wiosenne ocieplenie, jak i potem niższe warstwy, również piknikowali w przyrodzie. Szczególnie sprzyjała temu aura rozerotyzowanego wieku XVIII. Słynne obrazy Antoine’a Watteau „Wyjazd na Cyterę” to nic innego jak ilustracje majowych wypadów na miłosne roszady gdzieś na ówczesnej Ibizie. Nasz elegancki król Staś, wraz z dworem, też kultywował ten obyczaj. A skąd wziął się pomysł?
Majówkowanie, jak większość masowo-symbolicznych obrządków, stare jest jak świat. Ten pogański, z którym chrześcijaństwo weszło w komeraże. Jednak abstrahując od świąt religijnych, maj obfituje w obchody świeckie.
Wiadomo, pierwszy dzień miesiąca to międzynarodowe święto klasy robotniczej, obchodzone od 136 lat. W tym – w Królestwie Polskim. W Warszawie 1 maja 1890 r. strajkowało 8 tys. robotników. We Lwowie wielu robotników porzucało pracę, udając się na zgromadzenie ludowe na podwórku ratuszowym. Za PRL było to najważniejsze święto w kalendarzu. O wiele skromniej fetowane było zakończenie II wojny światowej, zgodnie z rosyjskim kalendarzem wyznaczone na 8 maja, zaś obecnie opóźnione o dzień.
„Michael” – film biograficzny o Michaelu Jacksonie bije rekordy box office. Ile zarobił?
No i jeszcze ustanowione w 1919 r. święto 3 Maja, ważna data w czasach międzywojennych, skreślona za komuny, wznowiona w 1990 r. A potem już tylko czekać na Zielone Świątki.
Majowe wciery
Jak świętowano maj? Największy ruch był na początku miesiąca. Gdzieś tam piękni ludzie wyprawiali się na wyspę miłości Cyterę, a u nas Amor rywalizował z Marksem. Ta brodata podobizna, obok fizjonomii innych zasłużonych dla świata pracy, patronowała wiadomemu świętu. Z tego powodu przed pierwszym dniem maja plastycy nie mogli zaznać snu, bo na akord tłukli wciery.
Tak nazywano gigantyczne banery z portretami komunistycznych przywódców, z cieniowaniem uzyskanym przy pomocy nasyconych farbą gąbek. Te o największych gabarytach zdobiły fronty Domów Centrum, zlokalizowane vis-à-vis trybuny honorowej na Placu Defilad. Prestiżowa robota, ekstra płatna. Zawalisz kilka nocy, odjeżdżasz wielkim autem, znaczy maluchem.
Czerwona władza umiała nagrodzić spolegliwość i manualną sprawność. Bo te wciery wymagały logistyki. Żeby brew trzymała linię, źrenica trafiała pod powiekę, ucho nie wypadało za kadr. Chodziło o naniesienie z rzutnika na płócienne ekrany konterfektów – wiadomo kogo – w kawałkach. Takie puzzle, które dopiero scalone dawały należyty obraz. Jeśli zdarzył się jakikolwiek błąd w urodzie, to sprawa polityczna. Sabotaż.
Autostrada do raju
Niecały rok temu odrestaurowano nam trybunę honorową pod Pałacem Kultury i Nauki. Komuś zebrało się na sentymenty? Może. Bo zanim „nasz kolega maj” pozwalał baraszkować na łonie natury, trzeba było odfajkować pochód. A z trybuny machała ludowi władza, co komentowały wszystkie ówczesne media. Wiecie, Wola maszeruje, Ochota już przeszła. Dla wzmożenia tych obydwu w przededniu Święta Pracy rzucano do sklepów smakołyk – kiełbasę.
Mogła być zwyczajna, ale przypieczona na patyku w ognisku smakowała lepiej niż szynka. I wtedy, po pochodzie, zaczynała się prawdziwa majówka. Szczęśliwi posiadacze dwuśladów kierowali je w stronę ich prywatnego raju – na działkę, nad wodę, do lasu. Kto nie dysponował nawet rowerem, mógł skorzystać z oferty biur turystycznych, organizujących wycieczki krajoznawcze.
Kronika zdarzeń pominiętych. Nie będę płakał po prasie [OPINIA]
Albo jeszcze łatwiej – zakłady pracy wychodziły naprzeciw potrzebom zatrudnionych i zapraszały na rekreację we własnych ośrodkach, zlokalizowanych nieopodal firmy. Żadne luksusy – domki kempingowe lub pole namiotowe, za to niemal darmo, dojazd zakładowymi autokarami. Dwa w jednym, oddychasz świeżym powietrzem i poznajesz piękno ziemi ojczystej.
A pięknu nie zaszkodzi troszkę ideolo serwowanego przed wieczorną zabawą w świetlicy. A gdy dodać do tego krzynkę kultury, to już więcej nie trzeba. No, może pół litra, żeby ułatwić trawienie zwyczajnej. Bo to wiadomo, co do niej dodano?

