Ale jakoś tak się składało, że do tej księgarni wpadałem rzadko. Jednak pewnego dnia w witrynie pojawiła się kartka z niepokojącym ogłoszeniem. Wynikało z niego, że księgarnia popadła w tarapaty, bo – i tu większy wywód – wielkie sieci sklepów zjadają takich maluchów, a do tego jeszcze zaczęły się panoszyć bezczelne sklepy internetowe, wbijając kolejny już nóż w plecy takich małych przedsiębiorców. Wywód kończył się apelem: „wchodźcie i kupujcie, bo ledwo zipiemy”.
Czym prędzej ruszyłem na ratunek
Wszedłem energicznie do sklepu, radośnie przywitałem się ze sprzedawcami, a ci odpowiedzieli zimnym milczeniem. Bardzo starałem się zwrócić ich uwagę, gdyż w małych biznesach, które nie są sieciowymi molochami, wielce sobie cenię kontakt, najlepiej ciepły i serdeczny, z drugim człowiekiem.
Niestety, panowie z księgarni zdecydowanie nie gustowali w międzyludzkich relacjach. Patrzyli na mnie spode łba, zdecydowanie niechętnie, jakby widząc we mnie ucieleśnienie durnego Polaka, który nie czyta książek i w związku z tym ich biznes upada.
Z ewidentną satysfakcją negatywnie odpowiedzieli na moje pytania o konkretne pozycje. Nie trzeba było być arcymistrzem empatii, by wyczuć, że z jakiegoś powodu mnie nie lubią. A może i bez powodu. W to już nie wnikałem, bo – choć znalazłem książkę, która mnie zainteresowała – poszedłem sobie. To już dośpiewała moja wyobraźnia, ale wręcz słyszałem złośliwe docinki, które rzucali pod moim adresem. Mieszały się z westchnieniem ulgi, że ten natręt wreszcie sobie poszedł.
Nie zdziwiłem się zatem, gdy kilka dni później zobaczyłem kolejną wywieszkę
Tym razem informowała o likwidacji sklepu, obarczając między wierszami odpowiedzialnością za upadek sklepu tych, którzy akurat czytali ogłoszenie. Przyznam się tutaj do małości, bo odchodząc spod zamkniętej księgarni, pomyślałem sobie ze złośliwą satysfakcją: „a dobrze wam tak”.
Ta, nawet nie historyjka, ale dość błaha sekwencja wydarzeń przypomniała mi się dzisiaj, gdy ujrzałem pierwsze strony głównych polskich gazet.
Z gazetami mam jak z małymi księgarniami: czuję do nich pewną słabość
Moja pierwsza praca to była gazeta. Pamiętam jeszcze czasy, gdy płodzono artykuły przy pomocy maszyn do pisania, a komputery dopiero nadchodziły (acz przy okazji sprostuję plotkę, która ostatnio rozeszła się po redakcji Kanału Zero: nie pamiętam kryzysu kubańskiego, bo nie było mnie wtedy na świecie).
Poza tym lubiłem czytać gazety, ceniłem czas spędzony przy kawie nad jakimś sążnistym wywodem publicystycznym. Kryzysy polskiego rynku prasowego przyjąłem bez entuzjazmu, raczej z żalem, bo sentyment do druku we mnie pozostał.
Ale dzisiaj, gdy jednak popatrzyłem na te jedynki, to ręce mi opadły. Z wyjątkiem „Faktu” (szacunek) nikt nie zauważył niebywałego społecznego fenomenu, jaki stała się zbiórka gościa o ksywie Łatwogang.
„Gazeta Wyborcza” oczywiście tropi kryptowalutowe związki prawicy z Rosją. „Gazeta Polska” labiedzi, że Tusk po raz kolejny uderzył w relacje polsko-amerykańskie. Chociaż „Rzeczpospolita” dała małą zajawkę o „zawrotnym sukcesie internetowej zbiórki na walkę z rakiem”.
Wydawałoby się, że gazety powinny dostarczyć swym czytelnikom zestaw informacji o najważniejszych wydarzeniach w kraju i na świecie. Ale polskie gazety dość zgodnie uznały, że wydarzenie, którym żyła cała Polska, nie zasługuje na większą uwagę.
A ja akurat chętnie dowiedziałbym się czegoś o tym Łatwogangu, o którym w życiu nie słyszałem. Poczytałbym jakąś rozkminę, czy to jednorazowy wystrzał, czy początek czegoś większego. Zapoznałbym się z analizą psychologa społecznego czy medioznawcy. Podumał, czy rośnie konkurencja dla Owsiaka, albo czy to dobrze, że z rakiem w Polsce walczyć muszą raperzy. To był w końcu największy stream na świecie. Jak mawiały ryby z „Sensu Życia według Monty Pythona”, to skłania do myślenia. Dla polskich gazet to nie było jednak wydarzenie, nad którym warto się pochylić.
I kiedy prasa będzie w Polsce umierać, to nie będę płakał. Widać po prostu przyszedł jej czas.

