Gdybyśmy usłyszeli historię o młodej dziewczynie, która przestaje pojawiać się w liceum, jej matka mówi o zaginięciu, a po 27 latach okazuje się, że ta dziewczyna jest już dorosłą kobietą i spędziła ponad ćwierć wieku w pokoju rodziców, uznalibyśmy to z jednej strony za skandal, z drugiej – za gotowy scenariusz na przejmujący serial.
Historia pani Mirelli jednak wydarzyła się naprawdę. Tyle że po jej znalezieniu i przewiezieniu skrajnie wycieńczonej do szpitala nie ma napisów końcowych, nie ma happy-endu. Jest ciąg dalszy. Po krótkim leczeniu kobietę spytano, gdzie chce iść. Ona więc wróciła do pokoju. Tego, w którym spędziła większość swojego życia. Czy tak naprawdę chciała? Czy nie miała innego pokoju, do którego mogła iść? A może po prostu nie zna innego życia?
Patent na policję
Monika Krześniak, moja redakcyjna koleżanka, jest supermenką. Samodzielnie (a właściwie przy pomocy naszego kolegi operatora) ustaliła więcej niż prokuratura i ośrodek pomocy społecznej razem wzięci. Obie instytucje bowiem przekonywały publicznie, że choć pani Mirella wróciła do domu, jest bezpieczna, nic jej nie grozi. Śledczy i pracownicy socjalni opowiadali w mediach, jak fantastycznie pomagają kobiecie odnaleźć się w życiu, jak pani Mirella ma prawo decydować samodzielnie o swoim życiu.
Wystarczyło jednak, że Monika nie uwierzyła na słowo. Zrobiła rzecz na pozór oczywistą: po prostu pojechała do kobiety.
I okazało się, że o żadnej swobodzie nie ma mowy. 42-latka nie ma prawa spotkać się z nikim bez zgody rodziców. Ani z naszą dziennikarką, ani z sąsiadkami, które znały panią Mirellę jako młodą dziewczynę. A wystarczyło wejść na klatkę schodową, by usłyszeć krzyki kobiety. Bitej, wyzywanej, tłamszonej.
Monika zrobiła więc to, co powinno się w takiej sytuacji zrobić. Wezwała policję. Ale rodzice pani Mirelli znaleźli sposób na mundurowych. Wystarczyło powiedzieć przez drzwi, że nie wpuści się nikogo do domu, że policja nie była umówiona na wizytę – i już. Policjanci po krótkiej dyskusji odjechali, Monika została z nagraniem udowadniającym tragiczne położenie pani Mirelli, a sama Mirella została w pokoju.
Prokuratorzy pogubili się
Chorzowska prokuratura zajmująca się sprawą pani Mirelli raz kłamie, by po chwili zaprzeczać sama sobie. Kłamie, wskazując, że kobieta jest bezpieczna, że nic jej nie zagraża. To kwestia zerojedynkowa: skoro mamy nagranie, w której pani Mirella krzyczy, że jest bita po brzuchu, a jej ojciec wulgarnie ją wyzywa, ciężko mówić o bezpieczeństwie. Raczej należałoby stwierdzić, że mamy do czynienia z ciągłym zagrożeniem. Oczywistym zadaniem prokuratury, w sprawie tak specyficznej, jest orientować się w sytuacji.
Śledczy też sobie sami zaprzeczają. Okazuje się bowiem, że prokuratura prowadzi sprawę dotyczącą pani Mirelli, ale jeszcze nie przesłuchała jej rodziców. O skierowaniu ich na jakiekolwiek badania nie ma mowy – bo przecież są procedury.
Szefowa chorzowskiej jednostki wyjaśniła Monice Krześniak, że brak przesłuchania wynika z tego, że być może rodzicom zostaną przedstawione zarzuty. A taktyka procesowa co do zasady przewiduje, by potencjalnych podejrzanych przesłuchać na końcu.
Ale chwila, moment! Przecież ta sama szefowa prokuratury jest pewna, że pani Mirella chce mieszkać w pokoju u rodziców, nic jej nie zagraża i po prostu – ot, taka zachcianka – postanowiła nie wyjść przez 27 lat z domu. Do wyjaśnienia pozostaje co najwyżej, dlaczego śpi we własnych odchodach, ale przecież jest dorosła. I, co wyraźnie podkreśla prokurator, jej poziom intelektualny i rozwój psychofizyczny nie odbiegają od normy.
A skoro tak – niby za co rodzice mogliby usłyszeć zarzuty? Raczej należałoby ich przesłuchać w pierwszej kolejności, by ustalić, czy nie potrzebują jakiegoś wsparcia, skoro ich córka postanowiła nie wychodzić od dekad z pokoju.
Prawo Mirelli
Z całą sprawą pani Mirelli mam jeszcze jeden kłopot. Otóż w drugiej połowie zeszłego roku wszyscy poznaliśmy jej wizerunek. Zamazanie twarzy niewiele dało; można kobietę bez trudu rozpoznać. I sam sobie zadawałem pytanie, czy należy pisać w takiej sytuacji o osobie z niezbyt popularnym imieniem, podając miejsce zamieszkania (miejscowość) i ujawniając najintymniejsze szczegóły. To wejście z buciorami w czyjąś prywatność.
Ale, kurczę blade, jaką rolę powinny pełnić media? Czy nie jest tak, że powinny one weryfikować to, czego – jak widać – nie weryfikują państwowe służby? Czy nie powinno być tak, że po publikacji pół prokuratury zerwie się na nogi, śledczy jeden przez drugiego będą wykrzykiwać, że ta Krześniak, ten Stanowski i ten Słowik to głupoty opowiadają, ale jednocześnie zaczną sprawdzać, czy pani Mirelli nie dzieje się krzywda?
A może ktoś wyżej postawiony w prokuraturze stwierdzi: “ej, czy my naprawdę uważamy, że dziewczynka mając 15 lat postanowiła przestać wychodzić z domu, nie wyszła przez 27 lat, znaleziono ją w złym stanie, ale skoro powiedziała, że chce wracać do mamy i taty, którzy ją biją, to ją tam odesłaliśmy?”.

