Stało się. W piątek po południu Sejm dokonał wyboru sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Proces legislacyjny w tej sprawie przypominał rozpędzone pendolino – we środę prezydium Sejmu przedstawiło sześć kandydatur, tego samego dnia skierowano je do komisji, w czwartek komisja wydała opinie, a w piątek przegłosowano na sali plenarnej.
Do TK trafią więc: Magdalena Bentkowska (adwokatka, doktor nauk prawnych; lata temu reprezentowała Mirosława G., kardiochirurga, który procesował się ze Zbigniewem Ziobrą), Marcin Dziurda (radca prawny, były prezes Prokuratorii Generalnej), Anna Korwin-Piotrowska (sędzia, prezeska Stowarzyszenia Sędziów „Themis”), Krystian Markiewicz (sędzia, prof. Uniwersytetu Śląskiego, wieloletni prezes „Iustitii”), Dariusz Szostek (radca prawny, prof. Uniwersytetu Śląskiego, ekspert ds. nowych technologii) oraz Maciej Taborowski (adwokat, prof. Instytutu Nauk Prawnych PAN, ekspert ds. prawa Unii Europejskiej). Wszyscy byli zgłoszeni przez prezydium Sejmu.
Przepadli natomiast kandydaci zgłoszeni przez Prawo i Sprawiedliwość – Artur Kotowski (prof. Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego) oraz Michał Skwarzyński (adwokat, doktor nauk prawnych, wykładowca na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim).
Jeszcze nieco ponad dekadę temu byłoby to wydarzenie z gatunku nieciekawych. Ot – Sejm wywiązał się ze swojego zadania, które warto odnotować co najwyższej w depeszy Polskiej Agencji Prasowej, prawniczych gazetach i branżowych portalach. Nieco bardziej skrupulatni dziennikarze zastanawialiby się, czy danemu sędziemu bliżej do frakcji konserwatywnej, czy progresywnej i jaki to będzie miało to wpływ na kształtowanie się linii orzeczniczej. Jednym słowem? Nuda.
Od ponad 10 lat jest jednak inaczej. TK stał się symbolem bezceremonialnej walki politycznej. Dziś nie mamy w Polsce instytucji, która sprawowałaby realną i rzetelną kontrolę nad konstytucyjnością uchwalanego prawa. I jest to sytuacja bardzo wygodna dla władzy (każdej władzy), dla obywateli – nieco gorzej.
Mało kto już pamięta (albo nie chce pamiętać), że cały problem zapoczątkował nie kto inny, jak Robert Kropiwnicki, wówczas skromny poseł Platformy Obywatelskiej, dziś dumny doktor habilitowany nauk społecznych w dyscyplinie nauki prawne i były wiceminister aktywów państwowych.
To on był autorem poprawki, która w 2015 r. – krótko przed wyborami parlamentarnymi – umożliwiła wybór dwóch sędziów TK „na zapas”. Trybunał Konstytucyjny pod przywództwem prof. Andrzeja Rzeplińskiego uznał niedługo później, że przepisy ustawy o TK, które zaproponował Kropiwnicki, są niezgodne z konstytucją.
Polityczna wojenka wzięła jednak górę. Krótko po przejęciu władzy przez Prawo i Sprawiedliwość Sejm w drodze uchwały stwierdził, że wybór wszystkich pięciu sędziów TK (a nie tylko dwóch) nie ma mocy prawnej. Prezydent nie odebrał od nich ślubowania, a PiS wskazało „swoich” następców.
Dalszą część historii już znamy – ciągnąca się dyskusja o tzw. sędziach-dublerach, coraz bardziej „egzotyczni” kandydaci do TK i stopniowy spadek renomy tej instytucji.
Po przejęciu władzy przez koalicję 15 października TK de facto został uznany za istniejący. Premier Donald Tusk – wbrew obowiązującym przepisom prawa – uznał, że nie będzie publikował orzeczeń Trybunału w Dzienniku Ustaw.
Szef rządu tak się rozpędził, że przy okazji nie opublikował nawet… postanowienia prezydenta. Do dziś bowiem w Monitorze Polskim próżno szukać aktu powołania Bogdana Święczkowskiego na prezesa TK, mimo że zostało wydane przez legalny organ władzy państwowej, którego statusu nikt na scenie politycznej nie podważa.
Historia połykania języka. TK z nowymi sędziami
W ostatnich latach o TK powiedziano wszystko, co tylko można było powiedzieć. Nazywano go „nielegalnym”, przekonywano, że orzeka „mało, wolno, drogo i pod dyktando władzy”. Prym wiedli w tym politycy obecnej większości parlamentarnej. Przez miesiące przekonywali, że bez konkretnych zmian legislacyjnych TK pozostanie potworkiem, z którym nic nie będzie się dało zrobić.
– Dopóki nie nastąpi głęboka reforma opisana w ustawie o TK i w przepisach wprowadzających, to ciało to po prostu nie funkcjonuje. Nie ma więc też przestrzeni na to, aby jednostkowe wakaty obsadzać, skoro cała instytucja skażona jest niekonstytucyjnością – przekonywał półtora roku temu w rozmowie z „Dziennikiem Gazetą Prawną” wiceminister sprawiedliwości Arkadiusz Myrcha z Koalicji Obywatelskiej.
Co zrobił Arkadiusz Myrcha w piątek? Zagłosował za wyborem sędziów TK.
Kolejny przykład, tym razem z Polski 2050. – Fundamentalnie nie zgadzamy się z funkcjonowaniem Trybunału Konstytucyjnego w obecnym kształcie. Jego upolitycznienie nie pozwala nam, abyśmy mogli legitymizować jego działalność. Nie zamierzaliśmy i nie zamierzamy nikogo rekomendować na stanowiska sędziów – mówił „DGP” szef klubu Paweł Śliz, a przy okazji szef sejmowej komisji sprawiedliwości.
Co zrobił Paweł Śliz w piątek? Zagłosował za wyborem sędziów TK.
Pozostajemy w Polsce 2050. Tym razem Szymon Hołownia. – Zastanawiałem się, czy powinniśmy obsadzać miejsca, które za chwilę zwolnią się w Trybunale, i konkluzja jednogłośna wszystkich ekspertów jest taka, że nie powinniśmy – przekonywał w 2024 r. ówczesny marszałek Sejmu. Jak dodawał, należy „nie obsadzać (wakatów – red.), nie wchodzić do tego zatrutego źródła, poczekać, aż będziemy mogli rozwiązać tę sprawę systemowo”.
Co zrobił Szymon Hołownia w piątek? Zagłosował za wyborem sędziów TK.
Anna Maria Żukowska z Nowej Lewicy wychodziła z tego samego założenia. – Lewica nie będzie legitymizowała tego organu. Nie będziemy zgłaszali swoich kandydatur do Trybunału Konstytucyjnego, nie będziemy legalizowali w ten sposób tego, co się z tym Trybunałem Konstytucyjnym przez ostatnią kadencję stało – mówiła na konferencji prasowej w 2019 r. Podobne stanowisko prezentowała pięć lat później: – Nie planujemy zgłaszać kandydatów – mówiła już jako szefowa klubu w rozmowie z „DGP”.
Co zrobiła Anna Maria Żukowska w piątek? Zagłosowała za wyborem sędziów TK.
Podobnych wypowiedzi można znaleźć wiele. Jeszcze w 2024 r. przewodniczący Komitetu Stałego Rady Ministrów Maciej Berek przekonywał, że jeśli nie dojdzie do zmian, „TK nie będzie w stanie prawidłowo funkcjonować”.
– Trybunał przestał wypełniać swoją funkcję. Jego działalność obarczona była bardzo poważnymi wadami prawnymi. Potrzeba kreacji sądu konstytucyjnego na nowo i nowych reguł funkcjonowania TK – tłumaczył Berek na konferencji prasowej w parlamencie. O koniecznej reformie – bez której nie da się ruszyć dalej – w ostatnich latach mówili także wicepremierzy – Krzysztof Gawkowski i Władysław Kosiniak-Kamysz.
Tymczasem stan prawny się nie zmienił. Konstytucja nie była nowelizowana od 2009 r., z kolei w ustawach regulujących organizację TK oraz status sędziów trybunału nie zmieniono nawet przecinka od momentu oddania władzy przez PiS. Co spowodowało więc nagłą woltę polityków koalicji rządzącej? Potrzeba chwili.
Okazało się bowiem, że po niespodziewanej rezygnacji Krystyny Pawłowicz (sędzia ze względów zdrowotnych przeszła w stan spoczynku na początku grudnia 2025 r.) zmieni się układ sił. Przed koalicją rządzącą zarysował się więc scenariusz pt. „dość szybko możemy mieć większość w TK”. Wygrała arytmetyka, a także mądrość płynąca z porzekadła, że darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby.
W piątek wybrano więc sześciu sędziów TK. W drugiej połowie tego roku Sejm obsadzi kolejne dwa wakaty (po Andrzeju Zielonackim i Justynie Piskorskim), a na początku przyszłego roku – jeszcze jeden (po Jarosławie Wyrembaku). I tak – jeszcze przed wyborami parlamentarnymi – w TK ukształtuje się nowa większość. Dziewięciu z 15 sędziów będzie wskazanych przez obecną koalicję.
A że stan prawny się nie zmienił? Że jeszcze niedawno trybunał był „nielegalny” i „nie wolno go było legitymizować”? Cóż, trudno. Nie od dziś przecież polscy politycy w połykaniu własnych języków są mistrzami świata.

