- Trzy lata po wyborach warto sprawdzić, czy obiecywana przez koalicję rządzącą „odbudowa służby cywilnej” rzeczywiście nastąpiła i czy urzędnicy w KPRM oraz ministerstwach mają dziś warunki do sprawnego i profesjonalnego zarządzania państwem.
- Za decyzjami premiera i ministrów stoi ok. 15,7 tys. urzędników służby cywilnej, którzy przygotowują analizy, wdrażają polityki i zapewniają ciągłość działania administracji.
- Pensje na start nie zachęcają najlepszych. Specjaliści odpowiadający za prawo, bezpieczeństwo czy politykę gospodarczą mogą liczyć na 6,5-7,5 tys. zł netto, co utrudnia przyciąganie młodych talentów do ministerstw.
- Administracja szybko się starzeje. Osoby do 29. roku życia stanowią zaledwie 5,7 proc. pracowników ministerstw, a w części resortów dominują kadry po pięćdziesiątce, co ogranicza dopływ nowych kompetencji i innowacyjnych pomysłów.
- Wysoka rotacja i resortowe silosy osłabiają państwo. Częste zmiany na stanowiskach dyrektorskich oraz słaba współpraca między ministerstwami utrudniają tworzenie stabilnego, skutecznego i przewidywalnego prawa.
Rządzenie współczesnym, dość dużym, europejskim krajem jest znacznie bardziej skomplikowane niż obraz suflowany nam przez media, a tym bardziej niż to, co chcą nam wmówić politycy. Trzeba sobie powiedzieć wprost: premier, ministrowie i ludzie z ich namaszczenia kierujący licznymi rządowymi instytucjami są tylko czubkiem góry lodowej, są interfejsem wielkiej maszynerii państwa, złożonej z licznych instytucji, procedur i (przede wszystkim) urzędników.
Pogłębiająca się polaryzacja polityczna w Polsce spowodowała, że od wielu już lat poważni (zdawałoby się) ludzie drastycznie spłycają debatę publiczną o polityce w ogóle. A przecież polityka to nie tylko partyjne rozgrywki, to nie tylko sztuka zdobywania i utrzymywania się przy władzy. Polityka to także sztuka rządzenia, sterowania rozwojem kraju poprzez rzetelne analizy, trafne decyzje, skuteczne wykonanie i ciągłą ewaluację. A za analizami, wykonaniem i ewaluacją stoją właśnie urzędnicy pracujący w korpusie służby cywilnej, a w szczególności w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i w kilkunastu ministerstwach. Mało się o nich mówi, a ich rola w całym systemie jest często kluczowa.
„Instytucje powinny to sprawdzić”. Marszałek Senatu reaguje w sprawie RPD
Kto stoi za politykami?
Mimo coraz mocniej „rozpychającego się” prezydenta Nawrockiego to Rada Ministrów prowadzi politykę wewnętrzną i zagraniczną. To fakt, nie opinia, mówi o tym wprost Konstytucja RP. Rada Ministrów to aktualnie premier i 20 ministrów (w tym trzech wicepremierów, szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i koordynator służb specjalnych). Każdy z nich w mniejszym lub większym stopniu zna się na swoim zakresie obowiązków, ale nawet ten najbardziej kompetentny bazuje przede wszystkim na wiedzy i doświadczeniu profesjonalnych i politycznie neutralnych urzędników zatrudnionych w jego urzędzie. W 2025 roku, zgodnie z danymi przekazanymi Fundacji Sprawne Państwo przez Kancelarię Premiera, łącznie było takich urzędników w resortach ok. 15 700 (najwięcej, ponad 2 500, w Ministerstwie Finansów, a najmniej w Ministerstwie Sportu i Turystyki, ok. 200 osób).
Niespełna 8 proc. tej kadry to tzw. wyższe stanowiska, a więc dyrektorzy i ich zastępcy, których (od zmian wprowadzonych w pierwszych miesiącach rządów premier Szydło) łatwiej jest wyrzucić z pracy niż znaleźć odpowiednich następców. Politycy obecnie rządzący, choć 10 lat temu rwali włosy z głowy, komentując wprowadzane zmiany prawne, obejmując władzę, chętnie skorzystali z pozostawionych im przez poprzedników możliwości i dokonali niemałej czystki na stanowiskach dyrektorskich (w 2024 roku z pracą pożegnało się 338 dyrektorów, w tym przykładowo w MSWiA 49 z ogółem 55 pracujących, a w KPRM 40 z 83).
Pokaz mody w Ministerstwie Rolnictwa. „Godna odpowiedź na potrzeby rolników”
Reszta członków korpusu służby cywilnej cieszy się znacznie większą stabilnością pracy. Często są to ludzie, którzy zaczynali swoją karierę za czasów Jerzego Buzka albo Leszka Millera i kontynuują ją nieprzerwanie aż do dzisiaj. Dlatego właśnie mówi się o politycznej neutralności członków korpusu: pracują dla kolejnych, demokratycznie wybranych rządów, a nie dla partii. Są żywą pamięcią instytucjonalną naszego państwa. To często wybitni fachowcy w swoich dziedzinach, którzy w niekoniecznie sprzyjających warunkach służą radą kolejnym dyrektorom i ministrom.
Jakiś czas temu, wówczas jeszcze minister, Maciej Berek powiedział wprost: bez urzędników przy biurkach ministrowie, wojewodowie i wszyscy inni polityczni szefowie urzędów stają się kompletnie bezradni, wszystko staje. Powiedział słusznie, bo samo tylko podjęcie decyzji to krótka chwila. Czym innym jest cała praca, której celem jest przygotowanie możliwych kierunków działania, a jeszcze czym innym operacjonalizacja podjętych decyzji, nadanie sprawom określonej dynamiki.
Właśnie dlatego korpus służby cywilnej działa w urzędach administracji rządowej w celu zapewnienia „zawodowego, rzetelnego, bezstronnego i politycznie neutralnego wykonywania zadań państwa” (to znowu cytat z Konstytucji). Pora przyjrzeć się, w jakich warunkach realizuje swoje zadania to grono urzędników, które w największym stopniu wpływa na naszą rzeczywistość. Zapraszam na wycieczkę po nieznanych zakamarkach „mózgu państwa”.
Na ile wyceniamy pracę fachowców?
Choć dżentelmeni o pieniądzach nie rozmawiają, proponuję zacząć właśnie od nich. W zeszłym roku najlepiej swoim urzędnikom płaciła Kancelaria Prezesa Rady Ministrów. Przeciętne wynagrodzenie całkowite (a więc uwzględniające nie tylko gołą pensję zapisaną w umowie, ale też wszelkie możliwe dodatki i nagrody) wynosiło tam 17 854 zł. Na podium znalazły się też resorty finansów (17 788 zł) i spraw zagranicznych (17 756 zł). Z drugiej strony tego ministerialnego rankingu uplasowały się: Ministerstwo Infrastruktury (14 145 zł), Ministerstwo Sportu i Turystyki (13 844 zł) i Ministerstwo Sprawiedliwości (13 565 zł). Nie ma racjonalnego wytłumaczenia dla tak dużych różnic między resortami zajmującymi się zazwyczaj bardzo istotnymi dla całego kraju zagadnieniami. Jeszcze większe zaskoczenia pojawiają się jednak, gdy wejdziemy głębiej w szczegóły.
Jak każda organizacja, nieważne, czy prywatna, czy publiczna, ministerstwa mają kilka szczebli w hierarchii. W tym miejscu nie zajmujemy się samymi ministrami i ich zastępcami, ale tuż pod nimi umocowane są najwyższe stanowiska niepolityczne: dyrektor generalny i dyrektorzy departamentów (tzw. wyższe stanowiska). Dalej mamy tzw. stanowiska koordynujące, a więc „team leaderów”, bezpośrednich przełożonych pracowników szeregowych, a na końcu właśnie „szeregowców”, ludzi od roboty, którzy nikim sami nie zarządzają, ale mają świadczyć najwyższej jakości pracę dla swoich przełożonych.
Europoseł KO komentuje sprawę rzeczniczki praw dziecka. Mówi o „kolejnych krokach” w Sejmie
Jak wyglądają średnie wynagrodzenia w podziale na te właśnie szczeble pracownicze? Najwięcej zarabiają oczywiście dyrektorzy. Przy średniej na poziomie 27 tysięcy najwięcej, bo powyżej 30 tysięcy, zarabiają szefowie departamentów w MSZ (32 501 zł), w Ministerstwie Funduszy i Polityki Regionalnej (32 420 zł), w MF (31 426 zł) i w KPRM (31 365 zł). A ile w tych resortach dostają szeregowcy? Odpowiednio: 14 350 zł, 15 278 zł, 16 067 zł i 15 699 zł.
Przypominam, że to kwoty przeciętnego wynagrodzenia całkowitego, uwzględniającego składniki płac, których niektórzy nigdy nie zobaczą (bo przykładowo nie mają statusu urzędnika mianowanego, bo nie należy im się nagroda jubileuszowa, bo nie dostali dodatku zadaniowego). To ważne, bo wszystkie te „ponadstandardowe” bonusy są zazwyczaj zupełną abstrakcją dla tych, którzy swoją przygodę w ministerstwach dopiero zaczynają. Sytuacja urzędników „na starcie” jest o tyle istotna, że dla kolejnych roczników absolwentów polskich uczelni jest argumentem rozstrzygającym, czy w ogóle brać pod uwagę pracę dla państwa.
Akcja CBA w Warszawie. „Zatrzymano naszego dziennikarza”
Z tej perspektywy warto przyjrzeć się kilku aktualnym ogłoszeniom o pracę. Taki na przykład MON poszukuje starszego specjalisty ds. polityki bezpieczeństwa UE. Proponowane wynagrodzenie zasadnicze to 8 244 zł. Gdyby chcieć to urealnić i uwzględnić wypłacaną bez dodatkowych warunków „trzynastkę”, otrzymamy niecałe 9 000 zł na miesiąc. A jeśli następnie odejmiemy od tego przybliżoną stawkę wszystkich odprowadzanych co miesiąc podatków i składek (ok. 25 proc. wypłaty brutto), dostaniemy kwotę rzędu 6 700 zł na rękę. Mówimy o wynagrodzeniu dla osoby pracującej w nie najtańszej do życia stolicy, która ma przygotowywać merytoryczne materiały dla ministra obrony, dla członków rządu i dla Sztabu Generalnego Wojska Polskiego.
Ministerstwo Rozwoju i Technologii szuka głównego specjalisty ds. sankcji i wsparcia obszaru umów inwestycyjnych. Osoba, która przejdzie przez proces rekrutacyjny, będzie odpowiadać między innymi za „prowadzenie spraw związanych z umowami o popieraniu i wzajemnej ochronie inwestycji zawieranymi między Polską i UE a krajami trzecimi”. Proponowane wynagrodzenie zasadnicze to maksymalnie 9 100 zł, a doliczając trzynastkę i odliczając podatki, ok. 7 400 zł netto.
Ministerstwo Infrastruktury szuka starszego specjalisty w Wydziale Zarządzania Ruchem. Będzie on odpowiadać na przykład za tworzenie i zmianę przepisów dotyczących oceny ryzyka wypadków i bezpieczeństwa dróg. Wynagrodzenie zasadnicze – od ok. 8 000 zł (ok. 6 500 zł na rękę).
To są realia pracy w polskich ministerstwach. To są stawki „na dzień dobry” dla ludzi, którzy odpowiadają za jakość polskiego prawa (bo większość przepisów projektowana jest właśnie tam). O ile sytuacja płacowa urzędników zatrudnionych w ministerstwach poprawia się wraz z kolejnymi przepracowanymi latami (głównie dzięki dodatkowi stażowemu), to, po pierwsze, w dalszym ciągu nie licuje z ciężarem gatunkowym wykonywanych zadań, a po drugie – śmieszne pieniądze dla „świeżaków” skutecznie zniechęcają do wyboru tej właśnie drogi zawodowej w oczekiwaniu na poprawę sytuacji po 5–10 latach.
Gdzie ci piękni i młodzi?
Skoro „na dzień dobry” warunki płacowe są, jakie są, warto sprawdzić, na ile młodzi pracownicy w ogóle garną się do pracy w tych najbardziej topowych z polskich urzędów. Okazuje się, że o ile w całej gospodarce narodowej pracownicy do 29. roku życia stanowią 14,6 proc. ogółu, o tyle w 2025 roku analogiczna grupa wiekowa w ministerstwach i KPRM to tylko 5,7 proc. Jasne, można założyć, że w innych branżach ludzie młodzi startują na rynku pracy znacznie wcześniej (szczególnie w tych, w których wykształcenie wyższe nie jest wymagane), więc ten udział może być faktycznie wyższy.
Umowa na ćwierć wieku i tajemniczy wyjazd do Malezji. Orlen zawiadomił prokuraturę
W przypadku omawianych urzędów jak magnes powinny działać jednak inne czynniki – stabilne zatrudnienie, prestiż, waga wykonywanych zadań, a może też to, że hasło „ministerstwo” wpisane w CV może zwiększyć szanse na zatrudnienie u innych pracodawców w przyszłości (gdzie płace są już znacznie wyższe). Okazuje się, że to wszystko za mało, żeby zrekompensować niekiedy śmiesznie niskie pensje.
Struktura wiekowa poszczególnych ministerstw różni się diametralnie, co – podobnie jak w przypadku wynagrodzeń – może i dziwić, i niepokoić. Weźmy do porównania Kancelarię Premiera i MSWiA. W tej pierwszej pracownicy poniżej 40. roku życia to 45 proc. ogółu, a ci powyżej 50. roku życia to zaledwie 21 proc. Tymczasem resort kierowany obecnie przez Marcina Kierwińskiego to właściwie lustrzane odbicie KPRM. Osoby względnie młode to 19 proc. ogółu, a ci po pięćdziesiątce to aż 45 proc.
Korona goni Konfederację i PiS. Zmiany w najnowszym sondażu
Co to oznacza w praktyce? Ano to, że w MSWiA i innych resortach o podobnej strukturze wiekowej (na przykład w MSZ i w Ministerstwie Zdrowia) doświadczenie bierze górę nad idealizmem. I to nie jest żaden „ageizm” w moim wykonaniu, ale zwykła proza życia. Skłonność do wychylania się maleje wraz z kolejnymi przepracowanymi latami i względną życiową stabilizacją. Ludzie przed 40. rokiem życia (a tym bardziej przed 30. rokiem życia!) są bardziej skłonni do innowacji, do eksperymentowania, a w ostateczności – do zmiany pracy (wiem coś o tym, bo sam do tej pory pracowałem w trzech różnych resortach i dwóch innych urzędach rządowych…). Ludziom po 30. roku życia zaczynają pojawiać się inne priorytety (dzieci, kredyty), a wraz z nimi maleje „apetyt na ryzyko”, także to zawodowe.
Różne ministerstwa organizują wprawdzie programy stażowe i „ambasadorskie”, ale najwyraźniej nie są to narzędzia dość skuteczne, aby przeważyć pokutującą opinię o pracy w sektorze publicznym jako o pracy nudnej i uwikłanej w polityczne układy. W dobie przyspieszającej rewolucji technologicznej i narastających napięć geopolitycznych w kluczowych polskich instytucjach zatrudniamy więc w większości ludzi mniej elastycznych i wolniej adaptujących się do tych wszystkich zmian. Skutki nie będą odczuwalne bezpośrednio i w sposób drastyczny, ale w dłuższej perspektywie będzie to miało wpływ na „zwinność” i skuteczność całego państwa polskiego.
Rząd przyjął ustawy: limit zarobków lekarzy i jawne konkursy w szpitalach
Urzędnik przychodzi, urzędnik odchodzi…
Zarządzanie wiedzą to duża bolączka „mózgu państwa”, jakim są polskie ministerstwa. Silosowość to przyczyna wielu niepowodzeń naszych polityków i urzędników, a jej konsekwencje odczuwamy my wszyscy, obywatele (choć także i w tym przypadku – nie wprost). Śledząc stronę internetową Rządowego Procesu Legislacyjnego, na której publikowane są wszystkie rządowe projekty ustaw i rozporządzeń, możemy przekonać się, z jak wielkim rozgardiaszem mamy często do czynienia, jeśli idzie o proces wykuwania się nowych przepisów. Resort X opracowuje swój projekt i kieruje go do tzw. uzgodnień międzyresortowych.
W ich trakcie pozostałe ministerstwa koncentrują się na zgłoszeniu tak wielu uwag, jak tylko są w stanie wyprodukować, co skutecznie spowalnia dalsze prace nad projektem, bo jego autorzy, zamiast nanosić już tylko kosmetyczne korekty, muszą odpierać zmasowany atak koleżanek i kolegów po fachu. Uruchamia się klasyczny efekt „oblężonej twierdzy”, ludzie, którzy powinni jak najlepiej współpracować, zaczynają toczyć swoje wojenki, a w rezultacie prace legislacyjne mocno zwalniają. Projekt aktu prawnego trzeba później nerwowo przepychać dalej, bo problem coraz bardziej nabrzmiewa, bo media zaczynają naciskać, bo nie ma czasu na dalszą korespondencję.
Tej właśnie legislacyjnej, ale też wielu innych silosowych patologii w naszym kraju moglibyśmy uniknąć, gdyby ludzie na urzędniczych stanowiskach mogli rozwijać swoją karierę w sprzyjających warunkach (nawet przy zmieniających się rządach) i budować siatkę kontaktów w innych instytucjach. Wskaźniki odejść w niektórych resortach wskazują jednak, że na stabilizację i konsekwentną poprawę pamięci instytucjonalnej nie mamy co liczyć.
Przy ogólnym, dosyć przyzwoitym wskaźniku fluktuacji kadr w ministerstwach na poziomie 8,6 proc. sytuacja prezentuje się gorzej w konkretnych resortach. Przykładowo w Ministerstwie Rozwoju i Technologii – które odpowiada za jakość prawa gospodarczego – w ubiegłym roku odeszło ok. 15 proc. załogi, a w przypadku grupy stanowisk dyrektorskich – aż 37 proc. (27 z 72 dyrektorów!). Na stanowiskach specjalistycznych (prawie najniższych w hierarchii, ale już merytorycznych) fluktuacja była też niemała i sięgnęła 17 proc. Nie będzie przesadą, jeśli powiem, że przy tak niestabilnej sytuacji kadrowej naprawdę trudno liczyć na najwyższej klasy regulacje gospodarcze, a przecież to właśnie dobre regulacje, a nie kolejne PR-owe akcje deregulacyjne, powinny w największym stopniu ułatwiać prowadzenie biznesu.
Tusk apeluje do Nawrockiego ws. akcyzy. „Nawet jeśli ktoś zaoferuje 200 tys. dolarów”
W kontekście kadr dyrektorskich z problemem częstej rotacji zmaga się właściwie większość polskich resortów (znowu: zaczął PiS, a dzieło kontynuuje Koalicja Obywatelska z koalicjantami). Rekordzistą jest tutaj resort zdrowia, w którym w ubiegłym roku na 43 stanowiska dyrektorskie z pracą pożegnało się 18 osób (42 proc.!), ale niewiele lepiej sytuacja wyglądała w Ministerstwie Energii (39 proc.) i w Ministerstwie Sprawiedliwości (32 proc.). Nie byle jakie to resorty, o ich pracy słyszymy i czytamy często w mediach, ale zazwyczaj oceniamy je przez pryzmat stojących na ich czele ministrów. Ci jednak polegają przede wszystkim na bardziej lub mniej fachowej ekspertyzie swoich dyrektorów i ich departamentów.
Zarządzanie publiczne potrzebne na wczoraj
Statystykami można oczywiście dowolnie manipulować i każdy może mi zarzucić, że sytuacja nie jest wcale tak zła, bo tu lepiej płacą, a tam mniej ludzi ucieka do firm prywatnych. Prawda jest jednak taka, że kolejni politycy w chwili objęcia kluczowych stanowisk państwowych, otrzymują do rąk mocno zardzewiałe narzędzia. Nie chodzi tylko o skostniałe przepisy i procedury, ale o sposób organizacji dużych zespołów eksperckich, które powinny lewarować działania demokratycznie wybranych polityków, a nie je spowalniać.
Atak w podstawówce na Podlasiu. 11-latek zaatakował dziewczynkę toporkiem
„Do kogo mam zadzwonić, jeśli chcę rozmawiać z Europą?”, miał ponoć zapytać Henry Kissinger, gdy nie było jak ustalić wspólnego stanowiska z europejskimi sojusznikami USA. Ja pytam o coś znacznie bardziej prozaicznego: kto w Polsce odpowiada za całokształt zarządzania administracją rządową? Pod czyje okna mogliby (hipotetycznie) udać się polscy urzędnicy, aby zapalić opony i wymusić wyższe pensje i lepsze traktowanie? Nie ma takiego ministra, nie ma takiej instytucji. Może ze względu na tę przeklętą resortowość, a może z racji ogólnonarodowej niechęci do urzędników. Nie ma odpowiedzialnego, więc nikt nie podejmuje działań naprawczych.
Bartłomiej Sienkiewicz, nagrany kiedyś nielegalnie, wypowiedział słynne zdanie, że „państwo polskie istnieje teoretycznie”. Mało kto jednak wie, że zaraz potem swą myśl rozwinął: „Praktycznie nie istnieje – dlatego, że działa poszczególnymi swoimi fragmentami, nie rozumiejąc, że państwo jest całością. Tam, gdzie państwo działa jako całość, ma zdumiewającą skuteczność”. Teraz, gdy frakcja pana Sienkiewicza rządzi krajem, można byłoby oczekiwać konkretnych działań na rzecz poprawy funkcjonowania państwa jako całości i poprawy warunków pracy dla ludzi, którzy dla tego państwa pracują. Cóż, pozostaje czekać dalej, choć kolejna kadencja szybko zbliża się do swojego końca.


