Reklama
Reklama
Moto

Polacy nie wysiadają z samochodu. To nie twój problem, Filipie

Obiecałem polemikę z tekstem Filipa Springera „Jeżdżę, bo muszę. Dlaczego Polacy nie wysiadają z samochodów?” z najnowszego numeru „Tygodnika Powszechnego”. Oto ona.

Tymon Grabowski
Felieton autorstwa: Tymon Grabowski
Dzisiaj 20:00
9 min
Rower cargo. (fot. Pixabay - Amalavaud)

Reklama

  • Czy autor „Tygodnika Powszechnego” Filip Springer ma rację, twierdząc że Polacy mogliby wysiąść z samochodów, gdyby chcieli?
  • Czy potrzebujemy jeszcze miast w średniowiecznym stylu z „grodem” i „podgrodziem”? Co to jest „międzymieście”?
  • Dlaczego używanie samochodu jest takim problemem, a korzystanie z innych dobrodziejstw cywilizacji – już nie?

Reklama

Długi tekst Filipa Springera o tym, dlaczego Polacy jeżdżą autami ukazał się w „Tygodniku Powszechnym”. Pan Filip słynie raczej z chłodnego stosunku do motoryzacji i zamiłowania do roweru cargo, więc jesteśmy na zupełnie różnych biegunach, natomiast jedno nas łączy – obaj nadajemy z pozycji uprzywilejowanego Warszawiaka, któremu niczego w życiu nie brakuje. Ja uważam, że osiągnąłem już wszystko, co chciałem, więc mogę teraz oddać się śmiało „polemice”, czyli wykłócaniu się w internecie.

Wiele ze spostrzeżeń pana Filipa z artykułu jest nadzwyczaj trafnych i świadczy o jego wysokiej inteligencji, w co zresztą nigdy nie wątpiłem. Inne są specjalnie ładnie podaną półprawdą, mającą potwierdzać tezę że „Polaki jeżdżą samochodem, a nie powinni”, co niespecjalnie się w tym artykule (moim zdaniem) udało. 

Uwielbiam jeździć rowerem

Artykuł dobrze się zaczyna, bo pan Filip pisze, że uwielbia jeździć rowerem i że to jego pierwszy wybór. Cóż, ja także. Do pracy jadę 20 minut rowerkiem, wracam 18 bo jest z górki. Mogę sobie na to pozwolić, bo mieszkam blisko pracy, a to dlatego, że było mnie stać na mieszkanie w dzielnicy, z której jest blisko do korporacyjnego centrum Warszawy, czyli tzw. Mordoru. Gdybym musiał mieszkać w miejscowości podwarszawskiej, to już tak miło by nie było.


Reklama

Dalej pan Filip pisze, że samochód jest zawsze jego trzecim wyborem i tu mamy już pierwszy zgrzyt. Zgrzyt polega na tym, że w ogóle istnieje wybór. Jeśli ktoś ma i może sobie pozwolić na codzienny wybór „czym jadę do pracy?” to znaczy, że już jest w niezwykle uprzywilejowanej grupie. Większość osób takiego wyboru nie ma, wybór jest między dojechaniem na czas a niedojechaniem na czas, przy czym to pierwsze zapewnia samochód, a to drugie – parakomunikacja zbiorowa. Podobno coś takiego istnieje, ja z tego nie korzystam, ponieważ rower jest szybszy. 


Reklama

„Tragiczne” dane z Warszawy. Ludzie jeżdżą samochodami z podmiejskich osiedli do miasta

Tysiąc pięćset sto dziewięćset aut na 1000 mieszkańców

Z liczb autorowi wynika, że w Polsce mamy 600 aut na 1000 mieszkańców. Nie znalazłem żadnej wiarygodnej statystyki, która by to potwierdzała. Za najbliższą prawdzie można uznać wartość ok. 520 aut na 1000 osób, czyli podobnie jak w Holandii. Tyle wyszło z CEPiK po usunięciu nieaktywnych rekordów. „Niektóre dane mówią, że w Poznaniu może być nawet 700 aut na 1000 mieszkańców”, pisze pan Filip, tyle że to są dane chyba z Księżyca. Jak się poszuka, to znajdziemy nawet artykuły z 2021 r., które piszą, że w Poznaniu jest 850 aut na 1000 mieszkańców.

Dobrze wiem, czym się posługiwano, opracowując takie statystyki, bo dostałem kiedyś zanonimizowany plik zawierający wszystkie tablice rejestracyjne z danego powiatu z informacją, do jakiego pojazdu należą. Ok. 1/3 całości to były nieaktywne wpisy z autami bez żadnej aktywności od 10 lat, motorowerami, przyczepkami SAM i innymi pojazdami, i potem jakiś geniusz bierze łączną liczbę rekordów (w której są wszystkie typy pojazdów), dzieli ją przez liczbę mieszkańców i wychodzi mu, że w Przemałaszewicach Dolnych-Kolonii jest 1017 samochodów na 1000 osób. 


Reklama

Następnie pan Filip wspomina, że w Polsce nawet 12 mln osób jest objętych wykluczeniem komunikacyjnym, więc nie mają innego wyjścia niż jeździć samochodem. Dobrze, czyli już jakieś 12 mln jest usprawiedliwionych. Pan Filip wam pozwala, możecie jeździć dalej. Zostaje 8-9 mln aut, to są te złe, te z miasta, gdzie przecież jest taki dobry „zbiorkom”. Komunikacja zbiorowa to jest dobra, jak mieszkasz w centrum albo przy samym metrze (a i to często nie pomaga), a jak mieszkasz w odległej od centrum dzielnicy to komunikację zbiorową można traktować jako zło ostateczne.


Reklama

Autobus stojący w korku z samochodami osobowymi to jest najsilniejszy atraktor dla prywatnego auta jaki może być. Każda komunikacja zbiorowa inna niż szynowa nadaje się tylko dla uczniów do dojazdu do szkoły, nikt rozsądny nie będzie jechał do pracy autobusem, a zwłaszcza z przesiadkami – czas oczekiwania, czas jazdy i tłok są tak skutecznie zniechęcające, że wolałbym iść te moje 6,4 km do redakcji niż jechać autobusem – który i tak ode mnie nie jeździ. Nie każdy może sobie pozwolić na dojazd rowerem, więc najczęściej pozostaje samochód. To jest ten „trzeci wybór”, przy czym dwa pierwsze to „jadę 2-2,5 razy dłużej” lub „przyjeżdżam zziajany i często mokry lub ubłocony”. 

Centra miast są po nic

Potem jest o międzymieściu, opisanym jako przestrzeń między miastem a wsią. To „chaotyczny archipelag, gdzie zamknięte osiedla sąsiadują z halami logistycznymi, dyskontami i polami uprawnymi, a obszar ten wymusza na mieszkańcach całkowitą zależność od samochodu”. Tak, to właśnie ta zmiana w sposobie zabudowywania przestrzeni wywołana przez łatwość transportu. Nie potrzebujemy już miast ze ścisłym centrum – można je zostawić turystom do oglądania jako skansen. Mieszkać nikt tam za bardzo nie chce, bo międzymieście jest dużo wygodniejsze, przyjemniejsze, spokojniejsze, niezalane turystami i tańsze. Tak, przydaje się w nim samochód, ale tak samo przydają nam się smartfon, komputer, pralka automatyczna, kuchenka mikrofalowa i zmywarka. Można byłoby porzucić każdą ze zdobyczy cywilizacji, ale jeśli ułatwiają nam życie to właściwie dlaczego? Na to też jest odpowiedź i brzmi ona „katastrofa klimatyczna”. W tej sprawie jednak jestem zupełnie innego zdania niż pan Filip, mianowicie ta katastrofa nijak nam już nie grozi, bo już tu jest i trwa, i wyniszczy nas do cna w jakieś 100 lat, niezależnie od tego czy od jutra przesiądziemy się na rower cargo. 

Czy konserwator zabytków uratuje ulicę Kruczą w Warszawie? Na razie czeka ją koszmar


Reklama

Jest sporo rozważań, całkiem słusznych, o bezcelowości czasu przy braku istnienia wyższych celów – to prawda (inaczej: nie mamy już żadnej motywacji, by cokolwiek robić, poza lajkami w socjalach), czy też o tym, jak samochody są rodzajem kawałka naszej bezpiecznej, prywatnej przestrzeni oddzielającej nas od tego, co publiczne, w trakcie naszej podróży. To niewątpliwie prawda. Ale nie byłby ten artykuł kompletny, gdyby ograniczył się do zreferowania powodów, dla których motoryzacja kształtuje nasze życie i przestrzeń. Gdyby tak było, jego autor mógłby nazywać się felietonistą, może nawet pisarzem. Ale pan Filip jest aktywistą i jako aktywista musi zająć jasne stanowisko. I to stanowisko brzmi:


Reklama

„Tylko uczynienie samochodu skrajnie niewygodnym i nieopłacalnym środkiem transportu w mieście może nas zmusić do masowego pozostawienia aut w domach”. 

Zatem nie ma wątpliwości, jaki jest kierunek (zdanie pana Filipa jest bowiem zwykle przedłużeniem podejścia warszawskiego ratusza): nie ma być wygodnej komunikacji miejskiej ani spójnej sieci dróg rowerowych. Ma być uczynienie samochodu skrajnie niewygodnym i nieopłacalnym. Powiedziałbym, że to freudowska nieostrożność werbalna, niechcący panu Filipowi powiedziało się coś, co naprawdę uważa. W końcu Warszawa przyjęła zobowiązanie C40, w którym do roku 2040 ma być maksymalnie 190 samochodów na 1000 mieszkańców. Postawiłoby to nas w jednym rzędzie z Gwatemalą, Filipinami i Kirgistanem. Zapewniam, że nie chcielibyście mieszkać w mieście, gdzie jest 190 aut na 1000 mieszkańców, bo wówczas codzienny transport nie oznaczałby kombinowania „jak ominąć korek”, tylko „jak mam się w ogóle tam dostać”. To byłaby ta rzeczywistość z cytatu z Barei „ja mam bardzo dobre połączenie”. Nie chcę i sprzeciwiam się uczynieniu samochodu skrajnie niewygodnym i nieopłacalnym, ponieważ to utrudniłoby mi życie, nie dając społeczeństwu nic w zamian – zwłaszcza w dobie istnienia wspomnianego „międzymieścia”. 

Podsumowując

Diagnozy pana Filipa co do tego, dlaczego używamy samochodów, są całkiem trafne. Ostatecznie jednak jest to podszyte podejściem, które czyni z tego jakiś problem – tak, jakby życie z dobrodziejstwami cywilizacji cyfrowo-przemysłowej było w porządku, dopóki nie jeździsz samochodem. To bzdura, której od dawna się sprzeciwiam. Jeżdżenie samochodem jest dokładnie tak samo złe jak używanie prądu pozyskiwanego z węgla, jedzenie mięsa z hodowli przemysłowej, latanie samolotem na wakacje i korzystanie z pożerającej mnóstwo energii sztucznej inteligencji. Każda z tych rzeczy czyni nas odpowiedzialnymi za przyszłość planety, a zarazem nie bardzo możemy się ich wyrzec, chyba że uciekniemy w Bieszczady mieszkać w szałasie. 

Tradycyjnie pojawia się też utyskiwanie na uprzywilejowaną klasę średnią, która „nie tyle nie może, co nie chce i nie zamierza rezygnować z samochodu”. Otóż objaśniam panu Filipowi jako uprzywilejowany przedstawiciel klasy średniej: to nie jest pana sprawa, czy ja mogę, czy nie mogę rezygnować z samochodu. Wolałbym, aby się pan odsunął od moich wyborów życiowych, jeśli są zgodne z prawem. Problem leży w tym, że osoby o mentalności aktywistycznej chciałyby, żebym ja zrezygnował z auta dla dobra ogółu, podczas gdy ja absolutnie nie zabraniam panu Filipowi podróżować, jeść schabowego czy pisać tekstów do czasopisma z użyciem AI. 

Pan Filip niedawno kupił samochód i bardzo lubi nim jeździć.