Napięcie pomiędzy Europą i USA eskaluje. Według austriackiego MON, do incydentów doszło w dwa dni z rzędu. Chodziło o maszyny typu Pilatus PC-12, produkowane między innymi w Świdniku przez polską zbrojeniówkę, a używane przez amerykańskie siły specjalne głównie do rozpoznania i obserwacji. Loty miały odbyć się bez wymaganej zgody na przelot nad Austrią. Gdy Austriacy wysłali Eurofightery, amerykańskie maszyny zawróciły w stronę Monachium.
Czego boi się Austria?
Austria nie należy formalnie do NATO, choć ściśle współpracuje z Sojuszem w ramach programu Partnerstwo dla Pokoju. W Wiedniu trwają też debaty nad przyłączeniem się do paktu Północnoatlantyckiego. Jednak w kwestii amerykańskiej polityki Austriacy prezentują jednoznaczne stanowisko — szczególnie po napięciach wokół konfliktu USA–Iran.
Część tamtejszych polityków mówi wręcz o „testowaniu cierpliwości Austrii” przez Waszyngton. Wicekanclerz Andreas Babler dolał na początku kwietnia oliwy do ognia, pisząc, że Austriacy nie chcą mieć „nic wspólnego z polityką chaosu Trumpa i jego wojną”.
Europa bierze rozwód z USA?
Działania Austrii wpisują się w szerszy, europejski trend. Pod koniec marca, podczas wizyty w Atenach prezydent Francji, Emanuel Macron wymienił Donalda Trumpa w w jednym szeregu z przywódcami Chin i Rosji, Xi Jinpingiem i Władimirem Putinem. – Nie powinniśmy lekceważyć faktu, że to wyjątkowy moment, w którym prezydent USA, prezydent Rosji i prezydent Chin są zdecydowanie przeciwni Europejczykom – mówił Macron podczas rozmowy z premierem Grecji, Kyriakosem Mitsotakisem.
Francja od dłuższego czasu ostro krytykuje USA i akcentuje potrzebę usamodzielnienia się Europy. W podobne tony uderzała Hiszpania i Wielka Brytania. Oba kraje odmówiły USA pomocy i dostępu do baz wojskowych (Brytyjczycy później nieco swoje stanowisko złagodzili). Minister spraw zagranicznych Hiszpanii, Jose Manuel Albares, mówił przy okazji odmowy Amerykanom między innymi o „jednostronnej wojnie”, o której „żaden z sojuszników z NATO nie został skonsultowany ani nawet poinformowany”.
Medialna histeria i niechęć do sojusznika
Światowe media coraz częściej zdają się wtórować Europie w kontekście niechęci do USA. Politico zatytułowało jeden z tekstów „Hiszpania pokazała Europie, że bunt wobec USA jest możliwy. I chyba już się zaczyna”.
Można wręcz odnieść wrażenie, że duża część europejskiej opinii publicznej przyjęłaby z zadowoleniem informację o porażce USA i Izraela w starciu z Iranem (niechęć do Benjamina Netanjahu to kolejny, odrębny temat). I to pomimo tego, że Ameryka i Izrael to nasz krąg kulturowy. A walczy on z reżimem ajatollahów, który z kolei tylko w ostatnich miesiącach utopił kraj we krwi swoich protestujących obywateli.
Reżimy zacierają ręce
Pytanie, kto zyskuje na takiej optyce? Ta, sprowadza się do tego, że niemal każde potknięcie znienawidzonego gospodarza Białego Domu, jest w Europie fetowane. Odpowiedź brzmi - zyskują wszyscy przeciwnicy Zachodu. I tego na Starym Kontynencie, i tego za wielką wodą.
Naturalnie, nie trzeba być fanem Donalda Trumpa. Zarówno kierunek polityczny, który narzuca, jak i sposób w jaki się komunikuje, mogą budzić opór i konsternację. Niemniej na widok skaczących sobie do gardeł wieloletnich i strategicznych sojuszników, Putin i Xi zacierają ręce. Europa w dalszym ciągu potrzebuje USA, bez względu na to, czy rządzą demokraci, czy republikanie. USA są militarnie bardziej niezależne i bezpieczne, ale osamotnieni Amerykanie bez europejskiego partnera i stronnika, też w długiej perspektywie stracą.
Dlatego zamiast eskalować, wyolbrzymiać i robić polityczną awanturę (która powinna skończyć się co najwyżej oszczędną notą agencyjną), partnerzy mogliby wreszcie zrobić krok do tyłu. I wylać kubeł zimnej wody. Na swoje, nie partnerów głowy.
