Reklama
Kraj

Dziki problem Warszawy. Niechciani lokatorzy znów wyszli na ulice

„Gdzie Ci myśliwi, prawdziwi tacy?” – chciałoby się zaśpiewać w rytm hitu Danuty Rinn. Dziki problem w Warszawie powrócił – zwierzęta znów hasają po Wawrze, nie ma też dnia, aby na lokalnej wolskiej grupce nie pojawił się post z aktualną lokalizacją lochy z małymi. Pytam zatem: czy musi dojść do tragedii zanim władze w końcu rozwiążą ten dziki problem?

Piotr Białczyk
Opinia autorstwa: Piotr Białczyk
Dzisiaj 16:32
8 min
Dziki problem Warszawy. Niechciani lokatorzy coraz częściej na ulicach. (fot. Adam Burakowski / East News)

Na wstępie musimy sobie wyjaśnić parę spraw: nie jestem krwiożerczym myśliwym, który nie zmarnuje okazji, aby wykraść się do lasu i mordować zwierzęta (a takie skojarzenia po powyższym wstępie może mieć strona pro-zwięrzęca). 

Dla drugiej strony sporu: nie jestem też – w waszym mniemaniu – lewackim aktywiszczem, dodatkowo wege-cyklistą. Co prawda lubię las, staram się także dbać o formę (z różnymi efektami), a spożycie mięsa staram się ograniczać – nie ze względów światopoglądowych, ale głównie zdrowotnych. Z dziczyzny już dawno zrezygnowałem. 

Teraz ustalmy fakty: w ostatni deszczowy weekend mieszkaniec warszawskiego Wawra poszedł wyrzucić  śmieci. Na prywatnej posesji – ni stąd ni zowąd – zaatakował go dzik, gryząc go w nogę. Zrobiła się afera – bynajmniej nie rodzinna, dlaczego mężczyzna akurat wyrzuca odpady pod koniec tygodnia, a nie codziennie. Nie dlatego, że było już późno, a kto o tej porze zapuszcza się do śmietnika. Afera zrobiła się gdzie indziej – w sieci.

Internauci dopytywali, kiedy miasto stołeczne Warszawa w końcu, na poważnie, weźmie się za dziki problem stolicy. Po ostatnich szumnych przemarszach lochy z młodymi przez Bielany, Wolę, część Bemowa, a także Mokotów ratusz postanowił powołać specjalny zespół, który zajmie się humanitarnym rozwiązaniem sprawy.

Reklama
Reklama

Polska się rozwija, przybywa nam dzików. Czas na dzika+

Jednocześnie ten sam urząd przyznaje: jest problem. W 2020 r. służby otrzymały 423 zgłoszenia o dzikich zwierzętach panoszących się po stolicy. Pięć lat później liczba ta wzrosła 20-krotnie (8 804 zgłoszenia). Myślicie pewnie, że od powołania zespołu coś się zmieniło, prawda?

Niestety takie sytuacje zdarzają się coraz częściej. W tym roku ponad 11 tysięcy samych zgłoszeń dotyczących obecności dzików i ich aktywności dostaliśmy od mieszkańców Warszawy. I to wiąże się z naszymi interwencjami, których było, takich terenowych, gdzie pojechaliśmy do konkretnego przypadku, ponad 2,5 tysiąca – poinformował TVN24 Łukasz Karabowicz, kierownik działu ds. promocji i dydaktyki w Lasach Miejskich.

Czyli stabilnie – skoro polska gospodarka się rozwija to i zwiększa się populacja dzików. Szybka propozycja na nowy program społeczny: dzik+, dzielnica z największą populacją dzików dostanie nowy paśnik. 

Zaśmialiście się, prawda? To zepsuję wam w takim razie humor (który – jak wiadomo – ratuje sytuację w kryzysowych sytuacjach). Otóż w Krakowie – królewskiego stołecznego miasta, z którego pochodzę – niedawno miała miejsce jeszcze groźniejsza sytuacja

Reklama
Reklama

Rozpędzony dzik uderzył w wózek dziecięcy, z którego wypadło 13-miesięczne dziecko. Dziewczynka wypadła, uderzyła głową o chodnik i z urazem głowy trafiła do szpitala na badania. Zdarzenie miało miejsce podczas spaceru matki z dzieckiem, a dzik był częścią stada przemieszczającego się w okolicy bloków na Klinach. 

Standardowe pytanie: „co się musi jeszcze stać, żeby doszło tragedii?” błyskawicznie straciło na znaczeniu. Wypadło dziecko (na szczęście nic poważnego się nie stało), a nie zmieniło się nic. Znaczy w samym Krakowie stało się referendum, ale to przed tym wypadkiem, a prezydent miasta – podobnie jak p.o. włodarza Grodu Kraka Stanisław Kracik nie zrobili absolutnie nic poza zwołaniem sztabu kryzysowego

Problem połączył dwie (wrogie do siebie nastawione) stolice kraju i autor tego tekstu. Obie strony nie wiedzą, jak poradzić sobie z tą kwestią.

Odpowiadam: rozwiązać problem!

Reklama
Reklama

Zaraz, zaraz – ale na przeszkodzie stoją przepisy unijne i krajowe. To prawda: obowiązujące przepisy wynikają z zagrożenia chorobą ASF – co wyklucza np. odłowienie i relokację dzikich zwierząt, czyli metody powszechnie stosowanej do 2018 r. przed pojawieniem się afrykańskiego pomoru świń. Rozwiązanie obowiązuje wszystkie państwa członkowskie Unii Europejskiej – także te, na których ASF nie występuje. Jego celem jest ograniczenie rozprzestrzeniania się wirusa, którego naturalnym nosicielem mogą być dziki. 

Czy nie sądzicie jednak, że to pokrętne tłumaczenie, aby umyć ręce od sprawy? Brakuje palców obu dłoni rąk i nóg, aby wyliczyć ilu z unijnych przepisów – czy to rozporządzeń, czy to aktów wyższej rangi wychodzących z brukselskich gabinetów – nie realizuje Polska. I to zarówno Polska za rządów PiS, czy to za rządów Polski koalicji 15 października. 

Skoro nie działa argument bezpieczeństwa – atak na dziecko, atak na mężczyznę wychodzącego wyrzucić śmieci – zostaje jeszcze inny, koronny: kasa, misiu, kasa!

Reklama
Reklama

Kasowy problem z dzikiem i apele Sylwii Spurek

Na konkretnym przykładzie: niespełna dwa tygodnie temu przechodząc ul. Górczewską w Warszawie, na wysokości estakady kolejowej, widziałem lochę z młodymi – prawdopodobnie tę samą, która codziennie pojawia się na znanej, lokalnej Facebookowej grupce. Pod tunelem przebiega ruchliwa trasa – dwa pasy w stronę Bemowa, dwa pasy w stronę centrum. Akurat na wysokości tunelu zmotoryzowani mają szansę „dogonić” sygnalizację świetlną zanim zapali się czerwony kolor (nie pochwalam, wyłącznie obserwuję).

Zastanawiam się, co w sytuacji, gdy – nawet prawidłowo jadący samochód – uderzy z prędkością 50 km/h w dzika? Jak będzie wyglądała sprawa z ubezpieczeniem – wszak w mieście, zgodnie z nazwą, nie występuje dzika zwierzyna? Czy Ogólne Warunki Ubezpieczenia (ciąg wielu przepisów, które przeklikujecie bez czytania), a zatem sam ubezpieczyciel, nie będzie szukał okazji, aby „przyciąć” na waszej polisie? 

Zdaję sobie sprawę, że aktywiści pro-zwierzęcy, o ile dotrwali do tego miejsca tekstu, dostali już palpitacji serca i rzucili mięsem (znaczy przekleństwem, nie martwym truchłem). Ostatnio na łamach naszego portalu o sytuacji warszawskich dzików pisała Sylwia Spurek apelując, aby nie zgłaszać dzikich (dzikowatych?) interwencji. Gdyby ktoś zapomniał: to była europosłanka z Lewicy, ale – co więcej – dawna zastępczyni Rzecznika Praw Obywatelskich.

Pani mecenas, naprawdę? Mając w pamięci Pani zasługi na urzędzie, czy w taki sam sposób obywatel ma nie zgłaszać np. pomocy domowej, gdy pijany mąż znęca się nad żoną? 

Reklama
Reklama

Żeby było jasne: nie nawołuję do linczu, namawiam jedynie do rozwiązania problemu. W skomplikowanym systemie, jaki jest miasto, nie trudno o spłoszenie psa czy kota, a co dopiero rozpędzonego kilkudziesięciokilogramowego dzika? (matematykę zostawiam Państwu).

Myśliwi, do broni (ale najpierw badania)

Zastanawiam się tylko, gdzie w tej całej sprawie są myśliwi? Według szacunków jest ich w całym kraju nawet 130 tys., niewiele mniej niż polskich żołnierzy. To w ogóle osobna sprawa: dwa lata temu MON – także pod auspicjami ówczesnego prezydenta – podpisało porozumienie na rzecz obronności z Polskim Związkiem Łowieckim. 

Nie chodzi o strach, lecz o odpowiedzialność. Kto naprawi skutki złego prawa łowieckiego?

– Chcemy zagospodarować potencjał środowiska łowieckiego, myśliwi mają broń, umiejętności i często dziesiątki lat doświadczenia – mówił wówczas Władysław Kosiniak-Kamysz. 

Reklama
Reklama

I ja się z gruntu rzeczy z tym zgadzam: dużo lepiej wykorzystać myśliwych do odławiania (nie zabijania!) dzikiej zwierzyny w miastach niż do – jak przekonują za każdym medialnym razem – przypadkowego postrzelenia żołnierza, dziecka czy osoby otwierającej bramę. 

Warunkiem koniecznym byłyby jednak badania lekarskie – a patrząc na powyższe – sprawdzenie wzroku oraz kondycji psychotechnicznej – bezwarunkowe. Widzę tu też szansę na porozumienie ponad podziałami: organizacje zwierzęce mogłyby tu razem z myśliwymi w końcu usiąść do stołu, nawet takiego okrągłego, żeby za blisko się nie spotkać, i wypracować humanitarne, bezpieczne i zgodne z prawem rozwiązanie. 

W przeciwnym razie wrócimy do punktu wyjścia, zastanawiając się: CO JESZCZE MUSI SIĘ STAĆ, ABY DOSZŁO DO TRAGEDII?

Źródło: Zero.pl
Piotr Białczyk
Piotr BiałczykDziennikarz