Kilka dni temu przeczytałam na facebookowej grupie mojego osiedla wpis: „Uwaga, między blokami chodzi dzik. Zgłoszone”. I pomyślałam: zgłaszanie to zabijanie. Bo dziś zgłoszenie obecności dzika nie oznacza ostrzeżenia ludzi, próby zabezpieczenia miejsca czy szukania rozwiązania. Oznacza uruchomienie procedury, na końcu której ktoś przyjedzie i zabije zwierzę.
W mediach głośno było ostatnio o zabijaniu dzików w Warszawie. Na Bemowie, na placu zabaw przy Domu Zakonnym Sióstr Michalitek, dzik, nazwany przez jedną z Warszawianek Heniem, został otoczony przez myśliwych i kilkudziesięciu funkcjonariuszy Policji. Przez kilka godzin aktywistki i aktywiści próbowali nie dopuścić do odstrzału. Ksiądz powiedział, że dzik nie ma duszy. Dzik został zabity.
Upolityczniony Łukasiewicz? Politycy KO, Lewicy, PSL na kluczowych stanowiskach
W Wilanowie, na terenie Instytutu Psychiatrii i Neurologii, zabito lochę z siedmioma młodymi. Jedna z pacjentek zgłosiła obecność zwierząt personelowi. Mówiła, że chciała uprzedzić innych, żeby nie niepokoili zwierząt, i gdyby wiedziała, jak skończy się jej zgłoszenie, nigdy by o dzikach nie informowała szpitala.
Nie trzaskać dzików
Mieszkańcy i mieszkanki Warszawy apelują: nie trzaskać dzików. Prezydent miasta tłumaczy się, że relokacja dzików i ich wywożenie do lasu są niemożliwe z powodu przepisów związanych z ASF i że nie ma alternatywy – inaczej ryzykuje bezpieczeństwem mieszkańców.
Skupiam się na Warszawie, bo to przecież stolica państwa budującego pozycję jednej z najnowocześniejszych i największych gospodarek świata. I tutaj, jak w soczewce, widać najważniejsze problemy związane z obecnością dzików w miastach.
Stawiam kilka pytań, które powinna zadać sobie każda osoba aspirująca do skutecznego i efektywnego rządzenia miastem. Przedstawiam także merytoryczne argumenty podnoszone przez ekspertów i ekspertki, pokazujące, że narracja prezydenta Warszawy: zabijanie zwierząt albo zagrożenie dla ludzi, jest wygodnym uproszczeniem.
Dlaczego dziki w ogóle pojawiają się w miastach? W merytorycznej debacie podkreśla się, że miejska zabudowa coraz częściej rozlewa się na tereny leśne i korytarze migracyjne dzikich zwierząt. Mówi się, że dziki mają dostęp do otwartych śmietników, odpadów, resztek jedzenia. Wspomina się także o szukaniu przez dziki względnie bezpiecznych miejsc – pod presją myśliwych w związku z ASF. W ten sposób miasto, które zajmuje tereny dzikich zwierząt, okazuje się ich schronieniem (tak, często pozornym) i źródłem pożywienia.
Nie tylko nasz problem
Czy Warszawa ma jakiś wyjątkowy problem? Problem dzików w miastach nie jest ani nowy, ani wyłącznie warszawski. Od Berlina przez Barcelonę po Rzym europejskie miasta od lat mierzą się z obecnością dzików w przestrzeni miejskiej. I wiedzą, że obecność dzików w mieście nie jest dowodem „inwazji natury”, ale często konsekwencją decyzji człowieka: rozlewania się zabudowy, niszczenia siedlisk i tworzenia łatwo dostępnych źródeł pożywienia. To oznacza, że skuteczne ograniczanie konfliktów wymaga przede wszystkim zarządzania przestrzenią, gospodarki odpadami oraz edukacji mieszkańców i mieszkanek. Innymi słowy: nowoczesne miasta próbują zarządzać problemem, a nie wyłącznie go odstrzeliwać.
Czyli: można coś z tym zrobić poza zabijaniem dzików. Bo to jest najprostsze rozwiązanie i nie wymaga od rządzącego miastem zbyt wiele refleksji.
Na marginesie tej dyskusji warto podać dwie liczby. Bo można odnieść wrażenie, że Polska tonie w dzikach. Tymczasem dane pokazują coś zupełnie odwrotnego. W 2014 roku populację dzików szacowano na ok. 260 tys. osobników. W 2025 roku – po latach intensywnych odstrzałów i walki z ASF – jest to niecałe 55 tys.
To tylko potwierdza tezę, że za zwiększoną obecność dzików w miastach nie odpowiada wzrost ich populacji, ale działania ludzi. Jeżeli prezydent miasta nie zrobi nic – nie zacznie zarządzać tym problemem – to dzików będzie coraz więcej. Czy prezydent Warszawy biegający po mieście z bronią ma stać się częścią naszej tradycji? Czy w takim mieście i państwie chcemy mieszkać?
Miasto ma obowiązek zapewnić nam bezpieczeństwo. To oczywiste. Badania pokazują, że ludzie też chcą bezpieczeństwa i uważają, że liczba dzików w miastach powinna być kontrolowana. Ale jednocześnie nie popierają odstrzałów jako metody „rozwiązywania problemu”. I trudno się dziwić. Bo czy naprawdę jedyną alternatywą jest: albo człowiek, albo dzik?
I kolejne pytania, które warto zadać. Co władze miasta robią, żeby ograniczać ewentualne konflikty bez zabijania zwierząt? Czy – na przykład – inwestują w szczelne pojemniki na odpady? Czy edukują mieszkańców? Czy odpowiednio projektują zieleń miejską? Czy mają strategie i polityki uwzględniające kwestie dzikich zwierząt? A może: łatwiej po prostu podpisać zgodę na odstrzał?
A odstrzały kosztują. Płaci samorząd, płaci państwo, płacimy wszyscy. Koszty obejmują działania Policji, służb miejskich, wynagrodzenie myśliwych, zabezpieczenia terenu, transport i utylizację zwłok. Płacimy za strzelanie, chociaż systemowo nie rozwiązuje ono w żaden sposób problemu dzików w mieście.
„Nadzwyczajne” zagrożenie
I tu pojawia się kolejny problem. Czy naprawdę o losie dzików powinny (współ)decydować środowiska łowieckie? Czy to nie konflikt interesów? Myśliwi są przecież grupą wykonującą odstrzały, współtworzącą narrację o „konieczności redukcji”. I są często głównym eksperckim głosem słyszanym przez samorządy. W dyskusji słyszymy, że prezydent Warszawy otacza się myśliwymi. Zgłoszenia o obecności dzików w mieście trafiają do Lasów Miejskich, których dyrektorem jest Karol Podgórski, myśliwy, w 2022 r. powołany do Zarządu Głównego Polskiego Związku Łowieckiego.
Pojawiają się także pytania o podejmowane decyzje w związku z kontrowersjami dotyczącymi legalności tych działań. Prawo łowieckie pozwala na odstrzał w przypadku „szczególnego zagrożenia” dla funkcjonowania obiektów użyteczności publicznej, a ustawa o ochronie zwierząt dopuszcza ograniczanie populacji zwierząt, gdy stanowią „nadzwyczajne zagrożenie” dla życia, zdrowia lub gospodarki człowieka.
Przepisy mówią zatem nie o sytuacjach potencjalnego, możliwego zagrożenia ani nawet o „zwykłym” zagrożeniu. Zastrzegają, że to wyjątkowe przypadki. Jak prezydent tłumaczy się z zabicia dzików w dwóch głośnych ostatnio sprawach? Komu lub czemu szczególnie zagrażał dzik Henio lub locha z dziećmi? Nie wiadomo.
Pod naciskiem społecznym (tak, czasami presja ma sens) Rafał Trzaskowski zapowiedział powołanie zespołu do spraw dzikich zwierząt w Warszawie. Czy to oznacza, że decyzje dotyczące dzików nie będą podejmowane wyłącznie przez osoby najbardziej zainteresowane odstrzałami, ale przez ekspertów i ekspertki od ochrony przyrody oraz specjalistów od konfliktów człowiek–zwierzę? Czy w końcu miasto stworzy politykę, w ramach której nie będzie miejsca na tłumaczenie: nie mam alternatyw?
Dzik jest dziki
Na koniec jeszcze jedno. Nie, ten felieton nie jest pisany z perspektywy „bambinizmu”. Dziki są, nomen omen, dzikimi zwierzętami. Potrafią być niebezpieczne. Zagrożone mogą zaatakować. Artykuł nie jest o naiwnej wizji przyrody. Jest o odpowiedzialności państwa i samorządów. O decyzjach opartych na danych naukowych. O racjonalnym i zasadnym wydatkowaniu publicznych pieniędzy. O szukaniu skutecznych rozwiązań zamiast polityki, w której łatwiej jest strzelać niż zarządzać.
Projekt SPARK Sieci Badawczej Łukasiewicz. Dotarliśmy do wewnętrznego dokumentu
Warto wypracować model, który z jednej strony daje mieszkańcom i mieszkankom poczucie bezpieczeństwa, a z drugiej traktuje dziki jako czujące istoty, które w etyczny sposób można i należy zniechęcać do obecności przy ludzkich siedzibach, a nie po prostu do nich strzelać. Obecnie jedyną odpowiedzią „nowoczesnego” miasta, stolicy 20. największej gospodarki świata, na obecność dzikiego zwierzęcia jest myśliwy.

