Za pasem Wielkanoc – fundament chrześcijaństwa i absolutny „peak” liturgicznego kalendarza. Dzień, w którym zmartwychwstanie powinno rozstawiać wszystkie inne wydarzenia po kątach. Tyle teorii, bo w praktyce metafizyka z roku na rok coraz wyraźniej przegrywa z potrzebą zwykłego odsapnięcia przy sałatce jarzynowej. Zamiast duchowego uniesienia coraz częściej okres ten kojarzy się z „myciem okien dla Jezusa”.
W tramwajach, kolejkach i biurowych kuchniach jak mantrę powtarzamy to samo zdanie: „W ogóle nie czuję tych świąt”. I trudno się dziwić. Wielkanoc ma fatalny marketing. Brakuje jej bożonarodzeniowego lukru, nie ma George’a Michaela w radiu, brakuje brokatu i choinkowej iluminacji, która skutecznie pudruje duchową pustkę.
Jeśli ktoś nie potrafi wykrzesać z siebie entuzjazmu w grudniu, to w surowym marcowym/kwietniowym anturażu tym bardziej poczuje jedynie chłód – i to nie tylko ten za oknem. Tylko czy to właściwie jest problem? Co z tego, że dla większości z nas Wielkanoc staje się jedynie przerwą techniczną w kalendarzu, a „duchowe przeżycie” przegrywa walkę o czas z nadrabianiem zaległości na Netflixie? Czy – abstrahując od kwestii religijnych – społecznie ma to jakiekolwiek znaczenie?
Świat bez sacrum
Warto więc zapytać wprost: czy nasze obawy o rozpad fundamentów to realna groźba, czy tylko narodowa paranoja? Przecież na mapie świata są państwa, które dawno wyłączyły religijne zasilanie, a mimo to funkcjonują i mają się dobrze. Nasi południowi sąsiedzi to światowi czempioni bezwyznaniowości. Dla przeciętnego Czecha kościół to głównie ładny zabytek, który dobrze wygląda na zdjęciach z Pragi. Czy to sprawiło, że stracili grunt pod nogami? Wręcz przeciwnie.
Czechy to jeden z najbardziej spójnych narodów w Europie, bo ich wspólnym mianownikiem nie jest dogmat, ale kultura, język i specyficzny, autoironiczny dystans do świata. Oni nie potrzebują „czuć” zmartwychwstania, bo czują swoją „czeskość” przy kuflu piwa i wspólnych wycieczkach w Karkonosze. Inny przykład – Szwecja.
Szwedzi to naród, który religijność zamienił na głęboką wiarę w państwo opiekuńcze i naturę. Choć kościoły są tam puste, to szwedzkie święta – jak na przykład celebrowane z ogromnym rozmachem Midsommar – mają niemal religijny ciężar gatunkowy. Zdaje się, że nie potrzebują dekoracji wielkanocnych, by czuć więź z sąsiadem, bo tę więź buduje u nich sprawny system i wspólna troska o dobro publiczne.
Natomiast jeśli szukacie miejsca, gdzie święta są zaprojektowane jak szwajcarski zegarek, jedźcie do Singapuru. To państwo-miasto jest gigantycznym tyglem: buddyści, muzułmanie, chrześcijanie i hindusi żyją na jednej małej wyspie. Singapur pokazuje, że państwo może trwać w harmonii nie dzięki jednej wspólnej wierze, ale dzięki szacunkowi do rytuału innego człowieka. To model, w którym święta nie są od zbawiania dusz, ale od cementowania społecznego pokoju.
Czy w takim razie mamy się o co martwić? Skoro Czesi i Szwedzi dają radę bez spowiedzi, a Singapurczycy traktują święta jak precyzyjnie zaprojektowany element społecznej machiny, to może nasze „nieczucie” Wielkanocy jest po prostu objawem „normalnienia”, postępu i nie powinniśmy się o nic martwić?
Historia, która nie pozwala nam odpuścić
Otóż polski przypadek jest inny i – mówiąc wprost – znacznie bardziej skomplikowany. W przeciwieństwie do wcześniej wymienionych przykładów dla nas przez wieki religia stanowiła polisę ubezpieczeniową na przetrwanie.
Prima aprilis po polsku. Żart Sikorskiego wywołał burzę
W polskim kodzie genetycznym chrześcijaństwo to nie tylko zestaw dogmatów, ale przede wszystkim symbol oporu – od rozbiorów, przez powstania, aż po czasy Solidarności. To w kościelnych murach przez pokolenia wywalczaliśmy wolność. Dlatego dzisiejsze „nieczucie świąt” uderza w nas mocniej niż w inne narody. My nie odrzucamy tylko liturgii, ale podświadomie odcinamy się od pępowiny, która trzymała nas przy życiu w najgorszych momentach historii. Pojawia się zgrzyt. Jesteśmy w fazie remontu generalnego bez planu zagospodarowania.
Stare religijne meble przestają już nam pasować, więc wystawiamy je na klatkę schodową, ale w środku zostaje nam puste mieszkanie z gołym betonem. Czechy czy Szwecja nie stały się sprawne dlatego, że „olały” religię, ale dlatego, że stopniowo, przez pokolenia, budowały inne fundamenty: kapitał społeczny, zaufanie do instytucji i świecką etykę, która nie potrzebuje piekła, żeby nie kraść. My natomiast jesteśmy w niebezpiecznym rozkroku.
Społeczeństwo bez spoiwa
Tracimy chrześcijański fundament, który przez wieki był naszym głównym spoiwem społecznym, a w zamian nie budujemy niczego równie silnego poza doraźnym konsumpcjonizmem. Kiedy Polak mówi „nie czuję tych świąt”, zazwyczaj nie ma na myśli: „jestem dumnym racjonalistą, który celebruje naukę i prawa człowieka”. Częściej ma na myśli: „jestem przepracowany, przebodźcowany i zmęczony innymi ludźmi”.
I to jest moment, w którym państwo zaczyna mieć problem. Bo państwo, którego obywatele nie dzielą ze sobą żadnego wspólnego sacrum – nieważne, czy zdefiniowanego przez religię, czy przez świeckie wartości – zmienia się w zwykłe biuro obsługi klienta. Bez tej niewidzialnej nici porozumienia przestajemy być wspólnotą, a stajemy się jedynie grupą interesu.
Przeziębienie to dla wielu mężczyzn prawdziwy wyrok
W kontekście społecznym nasze „nieczucie” świąt to sygnał alarmowy, że stajemy się wspólnotą bez oprogramowania. Kiedy z Wielkanocy wyparowuje sacrum, a w jego miejsce nie wchodzi żaden sensowny świecki obyczaj, lądujemy w niebezpiecznej próżni. A społeczna próżnia bardzo szybko może stać się przyczyną społecznej korozji: polaryzacji, obojętności, cynizmu i wzajemnej niechęci.
Zamiast wspólnoty świętującej fundamenty swojego sacrum dostajemy zbiór jednostek, które łączy już tylko wspólny język i terytorium, a dzieli właściwie wszystko inne.

