Matematyka, zwana nieco na wyrost „miarą wszystkiego”, pozostaje marnym kryterium w ocenie sportu. Jego piękno rodzi się na styku tego, co policzalne, czyli rekordów, wyników i statystyk, z tym, co ulotne; z ciałem w ruchu, determinacją sportowca oraz pasją kibica. Podobnie jest z kinem. Nie da się uchwycić magii montażu w matematycznych formułkach, ograniczyć aktorstwa do liczenia kroków, zaś scenografii – do geometrycznych wzorów.
Bywa jednak i tak, że matematyka potrafi wytłumaczyć nam kino, które wymyka się zdrowemu rozsądkowi. „Wspólna pasja: FIFA” (2014) w reżyserii Frédérica Auburtina, film o powstaniu FIFA, nakręcony za pieniądze FIFA i będący laurką dla trzech pokoleń prezydentów FIFA, to właśnie taki przypadek. Jeśli chcecie znać rzeczywistą skalę jego porażki, musicie ją, najzwyczajniej w świecie, obliczyć.
Zero procent pozytywnych recenzji w popularnym serwisie Rotten Tomatoes. Jeden procent w konkurencyjnym portalu Metacritic. 27 mln dol. budżetu, z czego od 80 do 91 proc. (źródła nie są zgodne) pokryte z kieszeni FIFA. I zaledwie 168 tys. dol. wpływów w globalnym box-office. Wreszcie – niesławny rekord weekendu otwarcia w USA: 602 dol.
Powtórzę, żeby usłyszeć echo: 602 dol. Stany Zjednoczone nie są wprawdzie kolebką piłki nożnej, lecz w 2014 r. grały na mundialu, zaś kultura piłkarska rośnie tam w siłę od paru dekad. Kojarzycie żart o filmie, który jest tak amatorski lub nieudany, że „obejrzało go z dziesięć osób”? Ten obejrzało, dosłownie, osiemdziesiąt sześć.
Działacze zamiast sportowców
Na potrzeby prostego intelektualnego ćwiczenia zapomnijmy na chwilę o tym, że FIFA pozostaje jedną z najbardziej skorumpowanych organizacji sportowych w historii; że średnio co kilka lat jak bumerang wraca temat kupczenia mundialami, machlojek przy sprzedaży praw transmisyjnych oraz nepotyzmu; że jej podejrzane relacje z najbogatszymi rządami świata to temat na grubą satyrę. Wyobraźcie sobie po prostu film o determinacji graniczącej z szaleństwem, pragnieniu zwycięstwa, słowem – o prostych sportowych cnotach.
Już? A teraz wyobraźcie sobie, że bohaterami tegoż filmu nie są gryzący trawę piłkarze, klnący przy linii bocznej i składający rodzinę na ołtarzu pracy trenerzy lub dzieciaki marzące o karierze Lewandowskiego. Są nimi… działacze, prezesi i księgowi FIFA.
Z perspektywy spektaklu działacze piłkarscy mają jedną wadę. Nie obronią rzutu karnego w 90. minucie meczu i nie uderzą piłki wolejem po wrzutce ze skrzydła. Co najwyżej walną segregatorem o stół albo krzykną na podwładnego. Oglądanie ich w akcji to przyjemność porównywalna z borowaniem zębów wiertarką udarową. A jednak twórcy filmu robią wszystko, by to właśnie facetów z kalkulatorami uczynić sercem i sumieniem futbolu; udowodnić, że bez nich piłka nożna nie tylko byłaby nudna i mało inspirująca, ale też prawdopodobnie nikogo by nie interesowała.
Trudno w inny sposób tłumaczyć sobie kluczową scenę tzw. montażu treningowego, będącą nawiązaniem do klasyki kina sportowego oraz filmów o hartowaniu mięśni i umysłu. Bokser Rocky Balboa okładał pięściami mięso w ubojni i biegał o poranku po Filadelfii. Karate Kid ćwiczył kopniaki z półobrotu i polerował auto w ramach nauki cierpliwości. Ktoś przerzucał drewniane bale i trzaskał pompki na jednej ręce, a kto inny ćwiczył tai chi przy wschodzie słońca.
Tymczasem Sepp Blatter (Tim Roth), jeden z niesławnych prezydentów FIFA urzędujący w latach 1998-2015, podpisuje umowy, załatwia kontrakty reklamowe, buduje stadiony, pozuje do zdjęć i lata prywatnymi odrzutowcami. A wszystko to przy akompaniamencie szlagieru „Wild Wild Life” autorstwa Talking Heads – piosenki będącej satyrą na konsumpcjonizm, napuszonych celebrytów oraz marketingową blagę.
Oddałbym rękę i nogę, by zajrzeć do salki konferencyjnej, w której uznano tę scenę za dobry pomysł. Na tym samym spotkaniu wpisano „ironię” do indeksu słów zakazanych.
Jak FIFA (nie) zapobiegła II wojnie światowej?
Im dalej w las, tym więcej halucynogennych grzybków. Zwłaszcza, gdy rozpoczyna się wątek II Wojny Światowej.
W 1942 r. na zajętych przez Niemców ukraińskich ziemiach doszło do tzw. „meczu śmierci”. Po jednej stronie stanęli piloci i mechanicy z Luftwaffe, zaś po drugiej – zmuszeni do przymusowej pracy w fabrykach dawni zawodnicy Dynama oraz Lokomotiwu Kijów. To jeden z mniej znanych, lecz niezwykle ważnych symbolicznie epizodów II wojny światowej. Opowieść o pewnej „czystości” sportu, zbrukanej w trybach propagandowej machiny terroru.

Prezydent FIFA Sepp Blatter i aktor Gerard Depardieu na festiwalu w Cannes, maj 2014 (fot. Jaguar PS / Shutterstock)
W filmie Auburtina „mecz śmierci” powraca jako moralna przestroga dla ludzkości oraz estetyczny drogowskaz dla widza. Działacze związku, w tym pierwszy prezydent FIFA, Jules Rimet (Gerard Depardieu) dyskutują o nim w scenie, którą da się określić wyłącznie mianem piramidalnego kiczu. Ich twarze przenikają się z fabularyzowaną inscenizacją meczu w stylu „Sensacji XX wieku”. Na Ukraińców pada snop boskiego światła, aktorzy dukają jak na szkolnym apelu, narracja kojarzy się z „Gwiezdnymi wojnami”: „Po jednej stronie wychudzeni niewolnicy. Po drugiej – siły zła…”
Na koniec Rimet wraca do domu, pada na kolana i modli się do Boga, by historia nigdy nie zatoczyła koła. Wcześniej próbował ostrzec Europę przed widmem globalnego konfliktu – to on jako jedyny poprawnie zinterpretował uścisk dłoni przywódców III Rzeszy i Republiki Saló podczas meczu Niemcy-Włochy. I gdyby tylko wolny świat go wysłuchał, do wojny nigdy by nie doszło.
Siostro, nosze!
Sepp Blatter – ostatni sprawiedliwy
Tego rodzaju „kwiatków” jest w filmie znacznie więcej. Gdybym miał wymienić wszystkie, nie zdążyłbym do czasu triumfu Polaków na mundialu. Z perspektywy historycznej ważniejszy wydaje się natomiast ów podniosły, nieznośny ton oraz konwencja dworskiego portretu, malowanego jednocześnie przez FIFA i na zlecenie FIFA.
W obiektywie scenarzystów Rimet był połączeniem Króla Midasa, Winstona Churchilla i Jezusa Chrystusa. Umarł w 1956 r., zostawiając po sobie sen o świecie zjednoczonym pod banderą wielkiej piłkarskiej korporacji. Kolejnym prezydentem został Brazylijczyk João Havelange. To postać znacznie bardziej kontrowersyjna, choćby dlatego, że po latach afer udowodniono mu łapówkarstwo.
W filmie gra go Nowozelandczyk Sam Neill. Kwadratową angielszczyznę nasyca koszmarnym portugalskim akcentem, o którym zresztą co kilka minut zapomina. I choć Havelange jest jedyną namiastką czarnego charakteru, którą dostajemy w filmie (pomijając wścibskich dziennikarzy i Brytyjczyków – bez wyjątku dystyngowanych głupców, snobów i rasistów), to w gruncie rzeczy „dobry chłop”, który niczego nie robi w złej wierze.
Jak Chuck Norris przeszedł do legendy. Chudy, mały chłopiec stał się postrachem bandytów
Jego protegowanym szybko zostaje Sepp Blatter (Tim Roth). To trzeci z filmowych prezydentów i zarazem zawodnik wagi najcięższej. Przez ostatnie dwie dekady ciągano go po sądach za korupcję. I choć ostatecznie nie został skazany, komisja dyscyplinarna FIFA udowodniła mu m.in. naruszanie zasad etyki oraz niewłaściwe zarządzanie finansami. To zresztą pod jego rządami FBI wyniosło z biur organizacji najwięcej laptopów.

Tim Roth jako Sepp Blatter w filmie „Wspólna pasja: FIFA” (2014) w reżyserii Frédérica Auburtina (fot. materiały prod.)
Film rozrzedza te wątki do tego stopnia, że stają się pojedynczą frazą w balladzie o ostatnim sprawiedliwym. Blatter jest feministą (w rzeczywistości chciał pomóc kobiecej piłce, powiększając bramki i skracając szorty), ekonomicznym rewolucjonistą, no i oczywiście superbohaterem. „Z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność” - powie do niego Havelange, cytując wujka Bena ze „Spider-Mana”.
Gdy w ostatniej scenie, wybrany na kolejną kadencję, Blatter ogłasza gospodarza mundialu z 2010 r., sensory żenady wariują na całego. Mówimy w końcu o imprezie w RPA, która w połowie ubiegłej dekady znalazła się w centrum największej afery korupcyjnej w całej historii FIFA.
Co najciekawsze, scenarzyści rzucają światło na mechanizmy funkcjonowania organizacji już na początku filmu. To chyba przypadek albo niedopatrzenie z ich strony, skoro Jules Rimet mówi do szefa urugwajskiego związku futbolowego tak: „My potrzebujemy imprezy. Wy – pieniędzy. Jakoś się dogadamy”.
Nuda, jakiej wcześniej nie doświadczyliście
Czytając to wszystko, możecie dojść do wniosku, że „Wspólną pasję” da się oglądać bez zastrzyku z kofeiny. Sęk w tym, że poza wywrotką historycznych kłamstw, nieprawdopodobnie kiczowatymi pomysłami na inscenizację oraz tuzinem ścierających zęby aktorów, jest to również film definiujący na nowo pojęcie nudy.
Każda ze scen niby jest perełką niezamierzonej komedii, ale przede wszystkim dla tych, którzy zdają sobie sprawę ze skali cynizmu FIFA. Dla reszty będzie katorgą. Z powodu kalających uszy dialogów, ślamazarnego tempa oraz chaotycznego montażu każda minuta trwa tu 120 sekund.
„Diuna: Część trzecia” na pierwszym zwiastunie. A w nim łysy Chalamet i wściekły Pattinson
Słowo „futbol” jest na ekranie bezustannie odmieniane przez przypadki. Gęby wycierają sobie nim syte, tłustawe i zadowolone z siebie kocury na kierowniczych stanowiskach. Gdy zatem Brazylijczycy grają z Urugwajczykami o mistrzostwo świata (1950 r., 2:1 dla Urugwaju), „Wspólna pasja” łapie na kilka chwil oddech. To 43. minuta filmu – niemal półmetek, gdy dostajemy pierwszą (i w zasadzie jedyną) scenę żywej sportowej pasji.
To też o czymś świadczy. Być może o wszystkim.

