- Jak podaje serwis BRD24, w planach jest istotna zmiana zasad egzaminów na prawo jazdy.
- Trzeci z rzędu negatywny wynik egzaminu ma skutkować powrotem na kurs i koniecznością wykupienia dodatkowych jazd.
- Zaskakujące, że za tymi zmianami stoją akurat przedstawiciele właścicieli szkół jazdy. A to nie koniec niespodzianek.
W Polsce mamy drugą w Unii Europejskiej najniższą zdawalność egzaminów na prawo jazdy. To wcale nie jest dobra wiadomość, bo kursanci wydają dużo pieniędzy, tracą mnóstwo czasu i doznają zbytecznej frustracji w celu uzyskania powszechnie przydatnej umiejętności. Nie każdy musi i chce mieć samochód, ale brak prawa jazdy to istotne ograniczenie choćby w poszukiwaniu pracy.
Szkoły jazdy chcą, żeby było trudniej
Według portalu BRD24.pl szykowane są zmiany ze strony Ministerstwa Infrastruktury, niewątpliwie inspirowane naciskiem właścicieli szkół jazdy. Jeśli kursant nie zda egzaminu trzykrotnie, będzie musiał wrócić na kurs i wykupić kolejnych pięć godzin jazdy – lub jakąś inną ich liczbę, w każdym razie skutkiem nowych przepisów będzie wydłużenie czasu uzyskania uprawnień oraz wzrost kosztów przedsięwzięcia, oczywiście pod warunkiem, że ktoś nie zda.
Nie zdać jest natomiast nadzwyczaj łatwo, w przeciwieństwie do dostania się na egzamin. Po ostatnich zmianach w zasadach egzaminowania kierowców, egzaminatorzy stracili część uprawnień do oceny danego manewru lub zachowania na drodze i w razie jego wykonania kursant oblewa „z mocy prawa”. Wcześniej egzaminator mógł uznać, że manewr był uzasadniony albo nie powodował niebezpieczeństwa, jednak w zeszłym roku brzmienie rozporządzenia zmieniło się z „może przerwać egzamin” na „przerywa egzamin”.
Najlepszym przykładem jest tu najechanie na linię ciągłą – kiedyś był to błąd podlegający ocenie egzaminatora, a obecnie oznacza to niezaliczony egzamin. Chodzi o zmianę w artykule 28. rozporządzenia, które weszło w życie 1 lipca ub.r. W tej sprawie po medialnej awanturze wypowiadał się minister Dariusz Klimczak, który twierdził niezgodnie z prawdą, że „nic się nie zmieni”. Zmieniło się całkiem sporo.
Plac manewrowy ma zniknąć, czy od tego będzie łatwiej i szybciej?
Niedawno pisaliśmy o planach zmian w egzaminie na prawo jazdy – zniknie konieczność wykonywania manewrów na placu egzaminacyjnym, całość egzaminu będzie odbywać się w ruchu drogowym. Będzie więc łatwiej, ale trudniej, jeśli można użyć takiego skrótu myślowego. Łatwiej – bo już nie będzie możliwości niezdania z powodu najechania na linię podczas wyimaginowanego parkowania (nierealistycznie odwzorowanego, dodajmy), trudniej – bo od razu będziemy rzucani na głęboką wodę.
Zapewne WORD-y o bardzo niskiej zdawalności na poziomie poniżej 30 proc. (jak np. w Koszalinie) tym sposobem swoich wyników nie poprawią. Zresztą przykład koszalińskiego WORD jest tu trafny, bo jeśli mniej niż 1/3 kursantów zdaje tam za pierwszym razem, to znaczy że bardzo duży będzie odsetek osób, które z musu trafią na kurs doszkalający. Po trzeciej wpadce nie będzie można zapisać się od razu na kolejny egzamin, a między nimi wykupić jazdy doszkalające, tylko trzeba będzie wszystko zrobić po kolei. I oczywiście zdać egzamin wewnętrzny w szkole jazdy. BRD24 pisze: „wszyscy wiedzą, że takie egzaminy często odbywają się tylko na papierze, a nie w rzeczywistości”.
Dlatego egzaminy wewnętrzne mają być nagrywane
Ciekawe po co i kto będzie przechowywał te nagrania oraz czemu mogą one posłużyć. Wygląda to jak kolejne wymyślanie przepisów dla samego ich wymyślania, żeby budziło reakcję „ależ my intensywnie pracujemy nad zmianami”.
Kolejną zmianą ma być ustalenie czasu ważności kursu – czyli jeśli kurs zrobiliśmy na przykład rok temu, to już nie możemy przystąpić do egzaminu, bo nasze umiejętności przez ten czas zanikły.
W czyim to jest interesie?
Fascynujące jest istnienie przedstawicieli szkół jazdy wpływających na kształt przepisów w taki sposób, aby zapewniały im one maksymalne zyski. Zupełnie przypadkiem ten sam interes mają kierownicy ośrodków egzaminacyjnych. W obu sytuacjach jest to sprzeczne z interesami samych kursantów.
To, że wydrenujemy kandydata na kierowcę do ostatniej złotówki, a z czegoś, co powinno być proste i szybkie zrobimy celebrację na minimum rok, nie sprawi że ten kandydat będzie jeździł bezpiecznie. Podobno nawet mężczyzna, który spowodował ostatnio śmiertelny wypadek w Łomiankach, kiedyś miał prawo jazdy, czyli zdał państwowy egzamin.
Być może znowu wywołam zbyteczną kontrowersję, ale ośrodkami nauki jazdy powinny być same WORD-y (Wojewódzkie Ośrodki Egzaminowania Kierowców), kurs powinien odbywać się w ramach szkoły średniej, trwać maksymalnie do miesiąca i kończyć się egzaminem, a całą resztę nauki kierowca mógłby pobierać już w ruchu drogowym, nabierając doświadczenia – jedynie pod warunkiem odpowiedniego oznakowania samochodu.
To już nie są lata 30., że „powożenie automobilem” to umiejętność dla wyselekcjonowanej garstki bogatych pasjonatów. Paradoks: im łatwiej jeździć samochodem, tym trudniej zdać w Polsce prawo jazdy, a teraz chcą to jeszcze utrudnić.

