W marcu odwiedziłem salon Denza w Zhongshan na południu Chin, odbyłem nawet jazdę próbną luksusowym SUV-em tej marki. Nie sądziłem, że tak szybko zobaczę te samochody w Polsce. Cena modelu Z9 GT jest jedynie 3,7 raza wyższa niż w Chinach.

- Chińska marka Denza jest już dobrze znana na rodzimym rynku. To luksusowy oddział marki BYD.
- W tym tygodniu oficjalnie pojawiła się w Polsce, na razie tylko z dwoma modelami.
- Wśród nich tylko jeden ma podane ceny. Są one z innej planety, ale może właśnie o to chodzi?
Po niewątpliwym sukcesie chińskich samochodów w segmencie aut tanich przyszła pora na coś droższego. Całkowicie bez echa przeszły dwie poprzednie próby wejścia do klasy premium w postaci aut marki HongQi i Exlantix. Choć od polskiego debiutu tych marek minęło już trochę czasu, nie widziałem w ruchu jeszcze ani jednego egzemplarza, poza tym HongQi H9, którym jeździłem sam.
Wtedy wydawało mi się, że chiński samochód za 285 tys. zł to absurd, ale nie doceniłem potęgi marki Denza. To odpowiednik Lexusa w gamie Toyoty, tyle że koncernem-matką jest tu BYD. W Chinach Denza oferuje gamę pięciu modeli, w tym trzech SUV-ów, osobowego auta typu gran turismo i minivana. Wydawałoby się, że do Europy wejdą z SUV-ami? Nic bardziej mylnego. SUV-y zupełnie pominięto i Europejczykom zaoferowano auto osobowe Z9 GT oraz minivana D9.
Znamy tylko ceny Z9 GT
Są dwie:
- wariant hybrydowy plug-in kosztuje od 458 tys. zł
- wariant w pełni elektryczny – od 522 tys. zł

Cena Denzy na oficjalnej polskiej stronie.
Cena elektrycznej Denzy Z9 GT w Chinach to ok. 142 tys. zł, więc w Polsce mamy do czynienia z prawie czterokrotnie wyższą wartością. Przeważnie różnica w cenach aut chińskich to od 2 do 2,5 raza więcej w Europie niż w Chinach (przy tym samym modelu), więc tu ktoś naprawdę dał ognia. Może to udział Daniela Craiga w reklamie tak wywindował tę wartość, a może uznano, że skoro w Polsce nie ma już Tesli Model S, to trzeba czymś wypełnić rynkowy brak elektrycznego samochodu za pół miliona złotych.
Może zapatrzyli się na Porsche Taycan, które bazowo kosztuje od 474 tys. zł za wersję z napędem na jedną oś i uznali, że muszą być lepsi? Na oficjalnej stronie Denzy nie znajdziemy danych technicznych modelu Z9 GT, ani elektrycznego, ani hybrydy – wyszukałem, że wariant elektryczny ma osiągać 100 km/h w 2,7 sekundy, co stawiałoby go na równi z Taycanem Turbo, kosztującym 815 tys. zł. Może to jednak okazja?

Denza Z9 - tył. Zwracam uwagę, że postawili to auto na drodze dla rowerów do zdjęcia prasowego. W tle Porta Nuova w Mediolanie. (fot. haakon maeland mlandpictures / Denza)
Chińczycy lubią się chwalić, nie zawsze zgodnie z prawdą
Na przykład w oficjalnej prezentacji znalazła się informacja, że model Z9 GT obsługuje superszybkie ładowanie „Flash charging” z mocą nawet do 1,5 MW (megawata – red.). Tyle że najmocniejsze stacje ładowania w Europie osiągają 1/4 tej mocy. To i tak bardzo dużo, ale po co chwalić się czymś, co nie zadziała? Trochę to przypomina podawanie prędkości maksymalnych w supersamochodach na poziomie ponad 300 km/h, to czysta teoria. Denza chwali się też największym zasięgiem wśród samochodów elektrycznych – akumulator główny może mieć 100 lub 122 kWh, co przekłada się na realne 500-600 km bez ładowania nawet w zimie. Oficjalnie podają „do 1068 km”, ale według nierealistycznej normy chińskiej CLTC, czyli znów mamy naciąganie rzeczywistości.
Ponadto Z9 GT będzie wyposażony w takie gadżety jak „chód kraba” czyli tylne koła skrętne łącznie lub przeciwnie do przednich, znacząco podnosząc zwrotność i łatwość wyjeżdżania z ciasnych miejsc, komplet systemów wspomagania kierowcy ADAS i za dopłatą (prawie 7000 zł) – kamero-lusterka. Możliwości konfiguracji na oficjalnej stronie są nadzwyczaj ubogie jak na samochód za ponad 500 tys. zł, ale nie to jest problemem.

Denza Z9 GT - wnętrze (fot. haakon maeland mlandpictures / Denza)
Prawdziwy problem polega jednak na czym innym
Ta bardzo wąska grupa klientów marzących o chińskim samochodzie premium, o technologicznym cudzie dalekowschodniej inżynierii, może go kupić bezpośrednio z rynku chińskiego za o wiele mniejsze pieniądze. W ogłoszeniach mamy auta używane z 2025 r. z przebiegami kilku tysięcy km za 220-280 tys. zł. Każe to zadać pytanie: czy to polska cena nowej Denzy jest odrealniona, czy może jej utrata wartości postępuje tak szybko? Oczywiście importowane z Chin auta w ogłoszeniach żadnej gwarancji nie mają, wymagają również przejściówki do ich naładowania – to jednak drobiazgi przy różnicy w cenie przekraczającej 200 tys. zł. Za cenę jednej nowej Denzy Z9 GT można mieć Denzę z Chin i jeszcze Xiaomi SU7.
Zapewne gdyby ustalono wartość w cenniku na 300-320 tys. zł, reakcja byłaby „no, drogo, ale rzeczywiście jest to coś nowego i świeżego”, a tak – na naszych oczach kolejny debiut chińskiej marki z wysokiej półki potyka się o własne nogi, podczas gdy Audi, BMW, Mercedes i Porsche mogą patrzeć z wyższością. Mercedes śmieje się szczególnie głośno, bo w pierwotnym założeniu marka Denza stanowiła wspólny projekt Niemców i BYD, Mercedes wycofał się z niego po krótkim czasie – a teraz pewnie widzi, że w Europie Denza niespecjalnie mu zagraża.
Nie można już mówić że „chińskie samochody są tanie”
Te z niskiej półki nadal rzeczywiście mają atrakcyjne ceny, ale im wyżej, tym bardziej nierealnie. Chińczycy z jakiegoś powodu uwielbiają wprowadzać na rynek modele wzorowane na Tesli, tylko znacznie od niej droższe. To przykład choćby XPenga G6, GAC-a Hyptec czy BYD-a Sealion. A teraz mamy jeszcze Denzę: najdroższy chiński samochód w Polsce. Ależ oni to wymyślili.
