Papier wszystko zniesie, nawet papier, na którym pisze się sejmowe przemowy. Z podanych przez wiceszefową MON danych wynika, że „na 20 października br. Agencja Uzbrojenia zawarła już 39 umów i 12 aneksów na łączną kwotę 120 mld zł, a udział polskiego przemysłu w tych zamówieniach to 99,5 proc”.
Brzmi to świetnie, ale dosłownie w czwartek opinia publiczna w Polsce dowiedziała się, że norweska spółka Kongsberg Defence & Aerospace dostarczy do spolonizowanych południowo-koreańskich czołgów K2PL Zdalnie Sterowane Moduły Uzbrojenia (ZSMU) Protector RS4.
Czytaj także: Wielka armia bez etatów. Kulisy budowy wojska w czasach populizmu
Rząd będzie się bronił, że to nie SAFE, więc się nie liczy. Mało tego, zbiegiem okoliczności jest to umowa między koreańskim producentem K2 a norweską firmą. Polscy politycy zazwyczaj garną się z ogłaszaniem takich nowin i siadaniem za stołem z flagami różnych państw z długopisem w ręku, a tymczasem ogłosił to Kongsberg, nie polski rząd.
Sęk w tym, że to już druga kontrowersja związana z norweską firmą zbrojeniową Kongsberg w kluczowym dla Polski projekcie obronnym. Kolejny raz chodzi o te środki, które można zostawić w polskim przemyśle obronnym. I nie przekonuje mnie powstanie fabryki Kongsberga na Pomorzu, bo mamy już gotowe zakłady zbrojeniowe w kraju oferujące podobne rozwiązania.
Nasz przemysł czy obcy?
Może nie oblatujemy polskiego myśliwca 5. generacji, ale akurat ZSMU z karabinem maszynowym 12,7 mm oraz wieżę automatyczną kal. 30 mm jesteśmy w stanie zaoferować i to w lepszej konfiguracji. Zwłaszcza gdy to polski przemysł obronny dostanie to zamówienie i będzie miał środki na dalsze prace koncepcyjno-rozwojowe. Oczywiście rządzący mogą się tłumaczyć, że projekt K2PL nie wchodzi do wspomnianych „99 proc.”, bo SAFE jest europejski, a K2 azjatycki. Ale antydronowy program SAN już do programu SAFE wszedł.
Z dostępnych informacji wynika, że koszt SAN-u to 15 mld zł, z czego prawie 6 mld zł (prawie 40 proc. wydatków) pochłonęła umowa z Kongsbergiem na wieże automatyczne kal. 30 mm, które są archaiczną bronią do walki z turbo-odrzutowymi Geran-4 i Geran-5, a ponadto polski przemysł ma podobne produkty do zaoferowania. Jak prezentuje się „Potwór z Norwegii” pisałem w materiale z Międzynarodowego Salonu Przemysłu Obronnego w Kielcach.
Można się wszędzie obkleić brandem z napisem „SAFE” i mówić, jaki to cudowny program. Widzieliśmy to choćby na defiladzie 15 sierpnia, gdzie z uniwersalnego święta żołnierzy Wojska Polskiego postanowiono zrobić szyld propagandowy z napisem „SAFE”. I dobrze, że Polska dostała dodatkowe środki na zakup broni, ale nie udawajmy, że to jest prezent od Świętego Mikołaja.
To kredyt i to obwarowany regułami, które zaowocowały tym, że program SAN – ze świetnego pomysłu i potrzeby operacyjnej – stał się gorzką lekcją, że zanim się kupi broń należy przemyśleć doktrynę jej użycia. Przecież 6 mld zł wydane na krajowym rynku militarnych dronów-interceptorów o różnych napędach (w tym o napędzie odrzutowym) oznaczałoby rewolucję dual-use nad Wisłą.
Powiem więcej, jednym z obwarowań SAFE jest realizacja zakupionej produkcji do 2030 r. I co się okazało? Jak podawała w czwartek „Rzeczpospolita”, rząd naciska, aby w wyjątkowych przypadkach data była przesunięta. Niebawem dowiemy skąd ta nerwowość z realizacją terminów. W żadnej mierze nie budzi to w polskiej opinii publicznej zaufania, że realizacja programu SAFE jest pod kontrolą.
Problem z kolejnym zamówieniem dla Norwegów nie polega na tym, że produkują kiepską broń, bo korzysta z niej np. armia amerykańska. To dobra broń. Chodzi o filozofię zamówień polskiego rządu dla wojska. Tam, gdzie polski przemysł zbrojeniowy jest zdolny do zaprojektowania i wyprodukowania konkretnej broni, tam powinien mieć pierwszeństwo w zamówieniach.
Ktoś może nazwać to protekcjonizmem, ale tak robią wiodące w przemyśle obronnym państwa. Poza tym, czy to nie jest właśnie rola rządu wybranego przez polskich obywateli?
Zwłaszcza, gdy większość parlamentarna chwali się, że 99,5 proc. zamówień otrzymuje polski przemysł. Jeżeli każda firma zbrojeniowa na świecie zarejestruje spółkę-córkę w Polsce to w KRS zawsze wyjdzie nam 100 proc. zamówień w legalnie działających podmiotach w Polsce.
W naszym interesie jest to aby Polska, a nie Norwegia, była zbrojeniowym potentatem, ale aby to się stało należy przemysłowi dać zamówienia, a ten z pozyskanych środków reinwestując, jest w stanie rozwinąć swoje projekty.
Turcja zaczynała od agregacji zagranicznych technologii, przeszła na własną produkcję dronów, a obecnie oblatuje swój samolot bojowy 5. generacji TAI KAAN. Podobną drogę przeszła Korea Południowa.
Pomysł na współpracę z tym państwem był o tyle ciekawy, że Polska miała dosłownie stać się w przemyśle zbrojeniowym taką europejską południową Koreą: od kupowania z zagranicy, do własnej produkcji.
Dlatego oprócz zakupu czołgów K2 Black Panther, by zmodernizować nasze siły pancerne, zdecydowano się na polonizację tego czołgu do projektu K2PL.
I tak bardzo chcieliśmy mieć polski czołg, że z tego K2PL niedługo już nie będzie dodatku „PL”. Montaż końcowy K2PL w Zakładach Mechanicznych Bumar-Łabędy w Gliwicach, choć wart pochwalenia, nie jest szczytem naszych możliwości. Nawet wieżyczkę z karabinem maszynowym 12,7 mm musieliśmy oddać w cudze ręce. Z taką filozofią to polski żołnierz nie miałby nawet w dłoniach MSBS Grot A2, a zaraz A3, bo już na etapie A1 rozpętano seans nienawiści wobec tej broni strzeleckiej. Bo cudzy jest lepszy niż polski?


