Reklama
Wojsko

Wielka armia bez etatów. Kulisy budowy wojska w czasach populizmu

Zapowiadany przez wicepremiera i szefa resortu obrony projekt „Armia 500” to ambitny plan zbudowania Sił Zbrojnych RP sięgających pół miliona ludzi. Problem w tym, że zapowiedzi mocarstwowych liczb rozmijają się z rzeczywistością w postaci zbyt małej liczby etatów w zawodowej służbie wojskowej. Do tego doszedł drastyczny spadek limitu powołań w aktywnej rezerwie. Armia ma chętnych, ale nie ma dla nich etatów. Redakcja Zero.pl dotarła do żołnierzy, którzy chcą się związać z armią, ale brakuje dla nich miejsc.

Michał Bruszewski
Opinia autorstwa: Michał Bruszewski
Dzisiaj 05:55
16 min
Wielka armia, a etaty - grafika ilustracyjna (fot. shutterstock/Adrian Grycuk/wikimediacommons / shutterstock/Adrian Grycuk/wikimediacommons)
TYLKO NA

Powraca debata o przywróceniu obowiązkowej służby wojskowej, czyli poboru, oraz nowelizacji prawa nazywanej w mediach „stanem przedwojennym”. Ze słów polityków wynika, że Polska szykuje się na wielki kryzys bezpieczeństwa. Fundamentem naszej obrony jest wojsko. Jak budujemy Siły Zbrojne RP?

– Zmiany demograficzne nie działają na naszą korzyść. Nie działają na korzyść zaciągu do armii (…) Z roku na rok będziemy mieli coraz mniej młodych ludzi, których potencjał będzie do zagospodarowania – mówił w lutym 2026 r. na briefingu prasowym Władysław Kosiniak-Kamysz, wicepremier i szef MON. – Mamy system zawodowej armii przede wszystkim, uzupełnianej rezerwą, obroną terytorialną (…) Naszą ambicją jest „Armia 500”. Armia 500 tys., gdzie wielką część będą stanowili ci, którzy będą w rezerwie najwyższej gotowości – wyjaśniał.

Wicepremier dodawał, że mówiąc o „Armii 500”, ma na myśli 300-tysięczną armię zawodową, uzupełnianą o 200 tys. osób, które będą w gotowości jako rezerwa aktywna i pasywna. 

Pytanie, czy mamy rezerwy i jak budujemy półmilionowe wojsko?

Politycy powtarzają słowa o półmilionowej armii jak mantrę. Budujemy siłę w liczbie 300 tys. wojsk pod bronią i 200 tys. rezerwistów. Porozmawiałem z żołnierzami, by skonfrontować wizję roztaczaną przez polityków z rzeczywistością, której doświadczyli w koszarach.

Reklama
Reklama

Czytaj także: Poznań, Wrocław lub Bydgoszcz. Gdzie powstanie stała baza USA?

Adam i Robert to patrioci, którzy nie myślą o Wojsku Polskim w kategoriach PRL-u, czyli nie chcą iść do służby jako urzędnicy w mundurach, by od 7 do 15 przekładać papiery z jednego biurka na drugie. Wojna za naszą wschodnią granicą przestraszyła wielu, ale nie ich. Dla nich to dodatkowa motywacja, by służyć Polsce. Gdy pytam ich, czy w razie wojny broniliby Polski, nie mają najmniejszych wątpliwości.

– Tak, oczywiście, że będę walczył. Wojsko traktuję jak powołanie – mówi w rozmowie z Zero.pl Adam.

– Po to poszedłem do wojska. Nie po to tyle pokoleń walczyło za Polskę, żebym ja, będąc zdrowym i zdolnym do służby, nie chciał bronić Ojczyzny. Za broń i do przodu! Nie poszedłem do wojska dla pieniędzy. Jak słyszę, że ktoś mówi, że w razie wojny będzie uciekał, to się krew we mnie gotuje. Może się jednak okazać, że wojsko będzie dla mnie tylko przygodą, bo nie będzie dla mnie tutaj pracy – dodaje Robert.

Robert i Adam są w różnym wieku. Adam to dwudziestolatek, który z mundurem jest związany w zasadzie od lat nastoletnich, bo jest absolwentem klasy mundurowej, Robert to trzydziestolatek, który zostawił wysoką pensję na rynku cywilnym, sięgającą 18–20 tys. zł i postawił wszystko na jedną kartę – postanowił zostać żołnierzem. Dla Adama nie było wymarzonego etatu w Wojsku Polskim, Robert boi się, że zabraknie go także dla niego. 

Reklama
Reklama

– Uczęszczałem do klasy przygotowania wojskowego. Od 13. roku życia marzyłem o karierze w Wojsku Polskim. Zdałem maturę i postanowiłem zostać zawodowym żołnierzem. Zgłosiłem się na skróconą służbę przygotowawczą. Dwa dni przed przysięgą mieliśmy spotkanie z ludźmi z WCR-u. Padły pytania o to, co chcemy robić dalej. Większość chciała iść na specjalistykę (szkolenie specjalistyczne – przyp.red.). Pan z WCR poinformował nas, że mają tylko dwa miejsca, ale żebyśmy przygotowali pisma. Oczywiście je złożyliśmy. Do teraz nie mam odzewu. Temat odpuściłem, bo musiałem sobie znaleźć stabilną pracę. Bardziej zdeterminowani koledzy czekali rok na specjalistykę, ale jak ją ukończyli, to nie było dla nich etatów. Stanęło to w miejscu. Zrezygnowali i też poszli do pracy w cywilu – zaznacza Adam.

Klasy mundurowe są coraz bardziej popularne. Nie jest zaskoczeniem, że wybiera je młodzież, której marzeniem jest kariera w Wojsku Polskim. Jednak, jak podkreśla Adam, nie musi to być wcale przepustka do armii.

– Chyba nikt z mojej klasy nie ma pracy w wojsku, dwie osoby zniechęcone czekaniem poszły do policji. Reszta pracuje na rynku cywilnym. Z całej szkoły trzy, może cztery osoby są w Wojsku Polskim, bo one dostały się do szkoły oficerskiej i studiują. Tyle słyszymy, że jest zapotrzebowanie na ludzi do wojska. Ale to głównie do przysięgi. Po przysiędze jest bardzo trudno się wybić w armii. Trzeba długo czekać – zaznacza Adam, który udziela się w Związku Kadetów RP, by pomagać kolegom i koleżankom w podobnej sytuacji.

Kręta droga do koszar

Robert postanowił zostać zawodowym żołnierzem. Dekadę starszy od Adama zrezygnował z intratnej kariery, by założyć mundur.

Reklama
Reklama

– Zawsze marzyłem, żeby zostać żołnierzem, ale życie układało się inaczej. Liceum, matura, studia i praca. Pracowałem na rynku cywilnym od 25. roku życia. Mam kategorię A. W listopadzie zeszłego roku postanowiłem, że wracam do spełnienia marzeń, zwłaszcza że armia szuka ludzi o różnych specjalnościach. Chciałem się sprawdzić, zobaczyć, jak to jest. Poszedłem do WCR-u, a pani w biurze wytłumaczyła mi całą ścieżkę, jak zostać żołnierzem zawodowym – opowiada w rozmowie z Zero.pl.

– Miałem zacząć od Dobrowolnej Zasadniczej Służby Wojskowej, czyli ukończyć ponad 20-dniowe szkolenie. Dostałem na nim niezły wycisk. Zaparłem się, że je ukończę. Albo zostanę żołnierzem, albo mnie wyniosą. Wyliczyłem sobie, że przemaszerowałem łącznie 600 kilometrów z plecakiem. Po szkoleniu miałem chwilę przerwy w cywilu i postanowiłem pójść za ciosem. Kolejnym krokiem miało być szkolenie specjalistyczne trwające ok. 11 miesięcy. Zgłosiłem się do WCR-u z pytaniem, co robić dalej, żeby zostać zawodowcem. Ta sama pani mówiła już inaczej. Powiedziała, że ma wnioski jeszcze z końca 2024 r. i z całego 2025 r., więc na takie szkolenie czeka się półtora roku. Wróciłem do domu i postanowiłem sam podzwonić po jednostkach. Znalazłem dane do działu personalnego. Zadzwoniłem bezpośrednio, okazało się, że były miejsca na szkolenia w jednej z jednostek i tam obecnie jestem – kontynuuje Robert.

Reklama
Reklama

Tak jak dla Adama nie było wymarzonego etatu w Wojsku Polskim, tak Robert zaczyna się zastanawiać, czy znajdzie się miejsce dla niego.

– Jestem na szkoleniu, zdałem wszystkie egzaminy i już jest taki etap, że dobrze by było wiedzieć, gdzie mam kontynuować karierę. Powinienem szukać etatu dla siebie. Odbijam się od jednych drzwi do drugich. W jednostce, w której się szkolę, nie ma wolnych etatów. A dlatego się szkolimy w konkretnej jednostce, bo chcemy później w niej pracować. Tutaj nie ma teraz takiej możliwości. Tak szybko, jak etat się pojawia, tak szybko znika – zaznacza.

Tłumaczy, że nie tylko on ma takie problemy.

– Mam znajomego, który nawet przeszedł specjalne badania lekarskie pod konkretny etat, na którym miał pracować, potem przyszedł do dowódcy po rozkaz o powołaniu i okazało się, że nie ma już tego wolnego etatu, bo ktoś to mu sprzątnął sprzed nosa. Myślę, że 98 proc. u mnie na kompanii ma podobną sytuację.

Pytam Roberta o etaty w innych jednostkach, czy bierze pod uwagę służbę gdzie indziej. 

– Ale nikt nam nawet nie proponuje innych. To szukanie na własną rękę. Wiem, że gdzieś tam w Polsce pojawiają się wolne etaty. Mam żonę i dzieci, szukam w okolicy, a nie na drugim końcu Polski – dodaje.

Ilu mamy żołnierzy?

Na papierze rozwój Sił Zbrojnych RP wygląda imponująco i wśród państw NATO jesteśmy jednym z prymusów. Rokrocznie w Polsce wzrasta liczba żołnierzy pod bronią (w różnych formach służby). Jak podała „Polska Zbrojna”, na dzień 1 stycznia 2026 r. stan osobowy Sił Zbrojnych RP wyniósł 217 075 żołnierzy, a w sierpniu przekroczył 220 tys. Z analizy „Rzeczpospolitej” wynika, że 75 proc. wszystkich żołnierzy w czynnej służbie stanowią żołnierze zawodowi, 17 proc. – żołnierze Wojsk Obrony Terytorialnej (WOT), a żołnierze Dobrowolnej Zasadniczej Służby Wojskowej (DZSW) niecałe 8 proc. Żołnierze aktywnej rezerwy stanowią 0,3 proc. 83 proc. żołnierzy to mężczyźni, 17 proc. to kobiety. Średni wiek żołnierza Wojska Polskiego to 34,9 roku. Oficerowie stanowią 12,6 proc. stanu osobowego, podoficerowie – 30,3 proc., a ponad 55 proc. to szeregowcy.

Reklama
Reklama

Jeżeli na poważnie potraktujemy słowa o „Armii 500”, to do wypełnienia części operacyjnej brakuje kilkudziesięciu tysięcy żołnierzy w służbie pod bronią (w tym żołnierzy zawodowych).

– Politycy mówią, że chcemy zwiększyć liczebność armii, ale tak to my jej nie zbudujemy. Nie uważam, że każdy powinien dostawać pracę w wojsku, ale po to są badania i proces szkolenia, by sprawdzić, kto się nadaje do służby zawodowej. Państwo w nas inwestuje, dostajemy pieniądze, wyżywienie, proces szkolenia kosztuje. I zaznaczę, że szkolimy się na bardzo dobrym sprzęcie. Niczego nam nie brakuje, ale potem nie ma dla nas etatów. To się w głowie nie mieści – zaznacza Robert.

Czytaj także: Nadciąga „Ryś”, a odchodzi „Pantera”. Wojsko Polskie z nowym kamuflażem

Wojsko Polskie zamówiło bardzo dużo nowych platform bojowych. Żołnierze przesiadają się na czołgi Abrams, K2, do samej służby na śmigłowcach Apache trzeba będzie zbudować cały wojskowy ekosystem, składający się nie tylko z załóg (pilot i operator), lecz także personelu technicznego. Wojsko Polskie potrzebuje ludzi i to nie tylko w rezerwie. 

Pytam Roberta, kto to wszystko będzie obsługiwał, jeśli nie będzie etatów dla żołnierzy po kursach specjalistycznych?

Reklama
Reklama

– Nie mam pojęcia. Słyszymy, że tworzą się nowe jednostki, ale jak to wygląda tak jak u nas, to nic dobrego z tego nie wyjdzie. Absurd – odpowiada.

Zarobki Roberta spadły nawet czterokrotnie w porównaniu do tego, co zarabiał na rynku cywilnym. Obecnie najniższe pensje w Wojsku Polskim to ok. 5200 zł na rękę. Wzrastają wraz z dodatkami, wyższym stopniem wojskowym, wysługą lat, uczestnictwem w misjach. Są to zarobki godne i stabilne, ale wyłącznie dla części potencjalnych żołnierzy zawodowych finanse są głównym motywatorem do służby. Do Wojska Polskiego zgłaszają się pasjonaci.

Rezerwa „najwyższej gotowości”, czyli co?

Coroczne rozporządzenia Rady Ministrów określają limity powołań do poszczególnych form służby wojskowej na dany rok. Dokument ten, w teorii, porządkuje planowane działania Sił Zbrojnych RP w zakresie szkolenia, uzupełnienia kadr oraz funkcjonowania rezerw. W praktyce, w przypadku dużej liczby chętnych, nie odpowiada na oczekiwania tych, którzy chcą podjąć zawodową służbę wojskową, bo może ograniczać rekrutację. 

Ponadto rozporządzenia te potrafią obnażyć, jak słowa polityków rozmijają się z rzeczywistością. Przykładem jest porównanie rozporządzenia rok do roku. W rozporządzeniu Rady Ministrów z końca 2024 r. dla aktywnej rezerwy zarezerwowano na rok 2025 do 30 tys. powołań. Na kolejny rok liczbę tę zredukowano do 8 700 żołnierzy. W międzyczasie politycy koalicji rządzącej nieustannie mówili o 200 tys. żołnierzy „rezerwy najwyższej gotowości”. Określenie to jest mylne, bo dzieli rezerwistów na tych o wysokiej i niskiej gotowości, a właśnie to aktywna rezerwa miała być tą z „wysoką gotowością”. Zwłaszcza że zgodnie z Ustawą o obronie Ojczyzny (2022 r.) rezerwę podzielono na aktywną (AR) i pasywną (PR).

Reklama
Reklama

Co gorsza, w projekcie rozporządzenia Rady Ministrów na rok 2027 górny limit przyjęć do aktywnej rezerwy obniżono do 5,8 tys. osób. Ze słów szefa MON może więc wynikać, że Polska chce mieć 200 tys. żołnierzy aktywnej rezerwy, a w praktyce mowa o miksie „wysokiej gotowości”, czyli większość pasywnej rezerwy i niewielka liczba aktywnej, bo tę zredukowano.

Czym się różni rezerwa aktywna od pasywnej? Aktywna rezerwa, jak sama nazwa wskazuje, wymaga od rezerwisty bieżącej aktywności na rzecz Sił Zbrojnych RP. Po podpisaniu bezterminowego kontraktu żołnierz AR jest zobligowany do służby raz na kwartał przez co najmniej dwa dni w czasie wolnym od pracy oraz jednorazowo przez 14 dni co najmniej raz na trzy lata. Żołnierz pasywnej rezerwy jest zobligowany do stawiennictwa w razie mobilizacji lub wojny oraz do uczestniczenia w ćwiczeniach wojskowych, nie ma natomiast stałych regularnych szkoleń w czasie pokoju.

A co z limitami dla służby zawodowej? W rozporządzeniu na rok 2024 górny limit wynosił 21 tys. Następnie spadł do 16 tys. w 2025 r. i 16,5 tys. w 2026 r. 

Opozycja krytykuje rząd

Na brak etatów w armii zwrócił uwagę już w maju klub parlamentarny Prawa i Sprawiedliwości. W interpelacji posła Bartosza Kownackiego czytamy:

Reklama
Reklama

„Z napływających informacji wynika, że w ramach dobrowolnej służby przygotowywani są dobrze wyszkoleni żołnierze, którzy po zakończeniu szkolenia dysponują kompetencjami pozwalającymi na podjęcie dalszej służby zawodowej. Jednocześnie pojawiają się sygnały o istniejących wakatach w jednostkach wojskowych, co sugeruje realne zapotrzebowanie kadrowe. Pomimo tego istnieje obawa, że część tych żołnierzy nie znajdzie zatrudnienia w strukturach wojska, co może skutkować utratą wartościowego zasobu ludzkiego oraz osłabieniem efektywności systemu szkolenia. Rodzi to pytania o spójność polityki kadrowej oraz efektywność wykorzystania środków publicznych przeznaczanych na szkolenie”.

W odpowiedzi sekretarz stanu w Ministerstwie Obrony Narodowej, Paweł Bejda, zaznaczył, że „osoby kończące dobrowolną zasadniczą służbę wojskową (DZSW) mają możliwość ubiegania się o powołanie do zawodowej służby wojskowej, jednak proces ten ma charakter indywidualny, selekcyjny i uzależniony jest od szeregu czynników systemowych, w tym limitów powołań, potrzeb Sił Zbrojnych RP, dyspozycyjności oraz indywidualnej oceny kandydata. Powołanie do zawodowej służby wojskowej po odbytej DZSW nie ma charakteru automatycznego ani gwarantowanego bezpośrednio po zakończeniu szkolenia. Ocena potrzeb Sił Zbrojnych RP i kwalifikacja kandydatów odbywa się na zasadzie konkurencyjnej, mającej na celu wybór najlepszych kandydatów”.

Reklama
Reklama

Przedstawiciel MON dodał, że „limity powołań z DZSW do służby zawodowej są na bieżąco analizowane i oceniane pod kątem zabezpieczenia potrzeb Sił Zbrojnych RP”. Jednocześnie poinformował, iż „w resorcie obrony narodowej została wypracowana propozycja zwiększenia limitu przyjęć do zawodowej służby wojskowej w 3 i 4 kwartale 2026 r. spośród żołnierzy DZSW”.

We wrześniu pojawił się projekt rozporządzenia na kolejny rok, który faktycznie ma podnieść limit do 20 tys. I choć jest to liczba mniejsza niż na 2024 r., to jest to krok naprzód.

Ważne jest także to, gdzie dodatkowe etaty miałyby powstać. Siłą rzeczy największym zainteresowaniem cieszą się jednostki wojskowe przypisane do dużych aglomeracji miejskich. I z uwagi na zainteresowanie właśnie nimi tam również powinny być zwiększane etaty. Przecież w razie potrzeby żołnierzy z różnych stron Polski i tak przerzuca się na zagrożony odcinek frontu, a także regularnie wysyła się ich na poligony. Argument, że brakuje na to pieniędzy, od razu nasuwa pytanie o potrzeby takich wydatków jak na projekt Marka Polska.

Z uwagi na to, że klub PiS złożył interpelację w sprawie problemów z etatami w armii zapytałem Andrzeja Śliwkę, posła tego klubu oraz członka Sejmowej Komisji Obrony Narodowej, co rzeczywiście dzieje się w armii. 

Reklama
Reklama

– Oceniam politykę rządu, a szczególnie Ministerstwa Obrony Narodowej krytycznie. Rządzący zaczynają oszczędzać na wojsku. Jeżeli dzisiaj dodamy do tego informacje płynące wprost z jednostek wojskowych, a mam te informacje z 16. Dywizji Zmechanizowanej oraz z 18. Dywizji Zmechanizowanej, w tych wschodnich związkach taktycznych, które powinny być rozbudowane, które powinny być perłą w polityce rządu, jeżeli chodzi o sprawy kadrowe, to tam są cięcia – nie tyle co etatów, bo zaraz rządzący powiedzą, że etaty nie są cięte – ale tam rzeczywiście dochodzi do redukcji żołnierzy, będzie ich tam mniej, a nie więcej, jak powinno – zaznaczył.

Poseł prawicy uważa, że opisywane problemy z etatami w armii powinny być nagłaśniane społecznie.

– Ostatnio opinia publiczna zbulwersowała się – i słusznie – tym co ma miejsce w 6. Brygadzie Powietrzno-Desantowej i 25. Brygadzie Kawalerii Powietrznej, bo tam są cięte etaty na odcinkach w kompaniach. To są najbardziej wykwalifikowani żołnierze Wojska Polskiego obok Wojsk Specjalnych. Rządzący mówią, że nie chodzi o żołnierzy do szturmów, o żołnierzy którzy są wysyłani w pierwszej kolejności na misje z naszymi sojusznikami, ale to jest nieprawda. Nie mamy polityki i co najgorsze nie mamy filozofii dotyczącej spraw kadrowych w Wojsku Polskim – mówi w rozmowie z Zero.pl, poseł PiS. 

Reklama
Reklama

MON, z kolei, twierdzi, że w 6 i 25. Brygadzie nie będzie cięć. 

Etatów w Wojsku Polskim jest za mało. A jeśli marzymy o półmilionowej armii, to jest ich drastycznie za mało. Słowa polityków o budowaniu rezerw skonfrontowane ze zmniejszeniem górnych limitów w aktywnej rezerwie rozmijają się z rzeczywistością. Armie państw zachodnich zazdroszczą Polsce sytuacji kadrowej. Tam jest na odwrót – wojsko chce zatrudniać, ale nie ma chętnych. U nas, pomimo bliskości wojny, wciąż do drzwi Wojskowego Centrum Rekrutacji (WCR) pukają ochotnicy. Czy polski rząd roztrwoni ten kapitał?

W czasie pisania artykułu zostały wysłane pytania do Ministerstwa Obrony Narodowej w sprawie etatów w armii. Nie otrzymaliśmy odpowiedzi.

Dane żołnierzy zostały zmienione.

Reklama
Reklama