Wojsko

Z atomowych obłoków absurdu zejdźmy na ziemię

Amerykanie uważają, że nasze lęki są przesadzone: skoro NATO jest dla nich narzędziem utrzymywania pokoju w Europie, a ten pokój jest elementem ich własnej Wielkiej Strategii, to – w ich logice – nie mamy powodu do obaw. Rosja chwieje się na nogach, w związku z tym są pewni, że sobie z nią poradzą. Nie musimy się z tym zgadzać, ale powinniśmy nauczyć się komunikować nasz punkt widzenia w sposób realistyczny.

Sławomir Dębski
Felieton autorstwa: Sławomir Dębski
28 lutego
20 minut
Od osiemdziesięciu lat amerykańskie odstraszanie jądrowe jest najskuteczniejszym i – pod tym względem – bezkonkurencyjnym instrumentem zapewniania pokoju na świecie. (fot. Shutterstock / Shutterstock)

Reklama

TYLKO NA

Kilka dni temu prezydent Karol Nawrocki został zapytany, czy Polska powinna rozważyć budowę własnej broni jądrowej. Prezydent RP odparł, że: "z poszanowaniem regulacji międzynarodowych, (…) popiera ten kierunek myślenia". Światowe media nie mogły przejść wobec tej wypowiedzi obojętnie.


Reklama

Amerykańskie odstraszanie strategiczne

Od 80 lat amerykańskie odstraszanie jądrowe jest najskuteczniejszym i – pod tym względem – bezkonkurencyjnym instrumentem zapewniania pokoju na świecie. Na tyle skutecznym, że wokół niego Stany Zjednoczone zbudowały swój globalny system sojuszy. Były bowiem w stanie oferować własny parasol jądrowy w zamian za rezygnację z rozwijania przez swoich sojuszników indywidualnych programów jądrowych.

Europejska debata na temat jakiegoś alternatywnego modelu odstraszania jądrowego została miesiąc temu wzbudzona aspiracjami administracji Trumpa do przejęcia Grenlandii. Dla większości jej profesjonalnych uczestników jest jednak jasne, że żaden inny model: ani ewentualne objęcie europejskich sojuszników francuskim i brytyjskim odstraszaniem jądrowym, ani tym bardziej uruchomienie przez nich indywidualnych programów jądrowych, nie są w stanie wiarygodnie zastąpić amerykańskiego odstraszania strategicznego (extended nuclear deterrence).

Po prostu tylko arsenał amerykański, z kilkoma tysiącami głowic przenoszonych przez lotnictwo, marynarkę i rakiety balistyczne, jest w stanie wiarygodnie równoważyć porównywalny potencjał rosyjski. Innymi słowy, tylko w konfrontacji ze Stanami Zjednoczonymi, Rosja nie może mieć nawet złudzeń o możliwości wygrania wojny nuklearnej.


Reklama

Dlatego właśnie amerykańskiego wkładu w zapewnianie pokoju w Europie, w postaci odstraszania jądrowego i utrzymywania strategicznej równowagi sił z Rosją, de facto nie da się zastąpić. Dlatego wypowiedź polskiego prezydenta została odebrana na świecie jako sygnał braku zaufania ze strony Polski do sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi i kolejny symptom napięć w relacjach transatlantyckich.  


Reklama

Ponadpartyjny konsensus

Ponieważ Polska ma renomę lojalnego sojusznika Stanów Zjednoczonych, zaczęły się spekulacje czy wypowiedź polskiego prezydenta nie była w jakimś stopniu z Waszyngtonem uzgodniona, albo zainspirowana przebiegiem jakichś niejawnych polsko-amerykańskich konsultacji. Z punktu widzenia sygnalizacji strategicznej trudno sobie wyobrazić bardziej eskalacyjny scenariusz, niż wzmianka Prezydenta Polski – największego państwa wschodniej flanki NATO – o możliwości rozmieszczenia w Polsce broni jądrowej w czasie toczącej się już czwarty rok rosyjsko-ukraińskiej wojny. Już mniejsza z tym, czy amerykańskiej, czy w przyszłości polskiej.

Stąd media i eksperci ze świata zaczęli się zastanawiać, czy przypadkiem coś się nie dzieje za zamkniętymi drzwiami, co mogłoby świadczyć o porzuceniu przez administrację Trumpa tradycyjnego amerykańskiego podejścia do odstraszania jądrowego w Europie. Czy Polska ma zostać kolejnym mocarstwem atomowym z amerykańskiej inspiracji – pytano? Czy USA szykują się do „przyjacielskiej proliferacji”, czyli uzbrajania w broń jądrową swoich sojuszników? Sporo odebrałem takich zapytań w ostatnich dniach.

Moja odpowiedź była krótka: nie! Nic ani w amerykańskim, ani w polskim podejściu do odstraszania jądrowego się nie zmieniło i nie zmieni. Polska ani nie zamierza wystąpić z NATO, ani spośród grona sygnatariuszy Traktatu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej (NPT).


Reklama

Przeciwnie, istnieje w Polsce ponadpartyjny konsensus w sprawie głównych założeń polityki bezpieczeństwa i kolejne rządy – przy wszystkich różnicach – prowadzą politykę nastawioną na wzmacnianie NATO i przeciwdziałanie proliferacji broni jądrowej, a nie na budowanie jakiejś iluzorycznej „atomowej suwerenności” w środku Europy.


Reklama

Z kolei porzucenie przez Stany Zjednoczone polityki przeciwdziałania proliferacji broni jądrowej byłoby dla Polski bardzo złą wiadomością. Obecnie sąsiadujemy z jednym mocarstwem jądrowym – z Rosją.

Gdyby jednak Amerykanie zgodzili się na niekontrolowaną proliferację, to nie tylko Polska mogłaby dążyć do budowy broni jądrowej. Z pewnością zrobiłyby to także Niemcy i Ukraina. Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że bezpieczeństwo Polski wciśniętej między kilka mocarstw jądrowych od tego by się nie poprawiło. To jest po prostu bardzo zły dla Polski scenariusz.


Reklama

Jednak fakt, że wypowiedź prezydenta Nawrockiego poruszyła opinię publiczną, warto wykorzystać dla wprowadzenia do debaty elementów realizmu, zbyt wiele jej fragmentów odpłynęło bowiem w obszar fantazji.


Reklama

W modnym dziś w Europie sposobie myślenia wielu uczestników debaty macha ręką na wszelkie deklaracje z Waszyngtonu – zwłaszcza z ust Donalda Trumpa – i twierdzi, że „Ameryka jest dziś niewiarygodna”, a więc jej odstraszanie już nie działa. To wygodne podejście, ale z punktu widzenia bezpieczeństwa liczy się jedno: nie to, czy ktoś wierzy w to, co mówi Trump, tylko czy amerykańska administracja w rzeczywistości realizuje politykę, którą ogłasza w swoich dokumentach strategicznych?

Warto więc zauważyć, że administracja Trumpa bardzo zdecydowanie zwalcza proliferację broni jądrowej. Ostatnio przekonują się o tym irańscy mułłowie. Narzędziem amerykańskiej polityki powstrzymywania proliferacji od dziesięcioleci jest Sojusz Północnoatlantycki. Administracja Trumpa jasno zakomunikowała, że nie zrezygnuje z tego instrumentu i będzie kontynuować misję zapewniania pokoju w Europie w oparciu o amerykański monopol odstraszania jądrowego i utrzymywanie równowagi strategicznej z Rosją, oczekując od sojuszników większego zaangażowania w konwencjonalny potencjał odstraszania Sojuszu.

Oznacza to, że nie nastąpiła i nie nastąpi żadna zmiana w amerykańskiej polityce odstraszania jądrowego. Elbridge Colby, zastępca Sekretarza Wojny do spraw polityki obronnej, dodatkowo doprecyzował w swoich wypowiedziach, że Stany Zjednoczone negatywnie odnoszą się również do idei tzw. przyjacielskiej proliferacji, czyli uzyskiwania statusu mocarstw jądrowych przez kolejne, nawet zaprzyjaźnione i sojusznicze państwa.


Reklama

Gdyby więc Polska chciała zostać mocarstwem jądrowym, musiałaby zerwać z sojuszem ze Stanami Zjednoczonymi – narażając się przy tym na ryzyko rosyjskiego uderzenia wyprzedzającego. Tertium non datur – takie są polityczne i strategiczne realia. 


Reklama

Ani kaprys, ani spisek

Od 80 lat zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w utrzymywanie pokoju w Europie opiera się na dwóch amerykańskich monopolach – dostarczaniu Europie rozszerzonego odstraszania jądrowego oraz kształtowania równowagi strategicznej z Rosją. Bez zrozumienia tej logiki nie można zrozumieć wielu amerykańskich decyzji w sprawie NATO, a także ich zachowania w relacjach z Polską. Często były one dla polskich elit zaskoczeniem, czasami nawet rozczarowaniem.

Niekiedy interpretowano amerykańskie działania jako wyraz lekceważenia polskich interesów przez naszego największego sojusznika. Problem w tym, że nie były to: ani kaprys takiej czy innej administracji, ani „spisek przeciw Polsce”, lecz konsekwentne realizowanie strategii utrzymywania pokoju w Europie.

Po raz pierwszy zetknąłem się z logiką dwóch amerykańskich monopoli jako szef Biura Analiz PISM, gdy administracja George’a W. Busha zaproponowała Polsce i Czechom udział w budowie tarczy antyrakietowej. Ze strony rosyjskiej można było usłyszeć zarzuty, że system ten buduje amerykańską przewagę nad Rosją i w ten sposób narusza równowagę strategiczną, ogranicza bowiem rosyjski potencjał odwetu jądrowego na USA, a więc jest „agresywny” i destabilizujący. Amerykanie odpowiadali cierpliwie, pokazując wykresy trajektorii irańskich rakiet balistycznych, parametry planowanych efektorów przechwytujących i odwołując się do podstawowych twierdzeń fizyki: instalacje w Polsce i Czechach nie będą miały realnych zdolności do neutralizowania rosyjskiego arsenału strategicznego. Mają chronić Amerykę i Europę przed ewentualnym szantażem rakietowym ze strony Iranu – i tylko tyle. Równowaga atomowa USA–Rosja nie zostanie naruszona.


Reklama

Moja rola w tych rozmowach była symboliczna: jako ekspert reprezentowałem państwo, na którego terytorium miały stanąć elementy tarczy, ale o istocie sporu, o logice globalnego odstraszania, o równowadze sił Amerykanie rozmawiali z Rosjanami bezpośrednio – nie oglądając się na stanowisko europejskich sojuszników, w tym Polski i Czech.


Reklama

Kilka lat później, za prezydentury Baracka Obamy, ten sam program obrony przeciwrakietowej został przez Amerykanów istotnie zredukowany w ramach polityki „resetu” z Rosją. Władze w Warszawie były decyzją zaskoczone. Waszyngton nie uważał bowiem za niezbędne, aby o swojej decyzji uprzedzić Polaków. W kuluarach z polskiej strony padały zarzuty o sojuszniczą nielojalność.

W rozmowach z przedstawicielami administracji amerykańskiej usłyszałem jednak odpowiedź, która – choć irytująca z polskiej perspektywy – była spójna:

W NATO utrzymywanie równowagi strategicznej z Rosją jest naszym zadaniem, a skoro wynik końcowy jest dla Polski korzystny – zapewniamy wam pokój, to nie naruszamy żadnych waszych żywotnych interesów. To, czy do tego celu używamy takich, czy innych narzędzi i czy potrzebujemy do tego jakichś instalacji w Polsce jest sprawą w istocie dla was drugorzędną.


Reklama

Ta logika dawała o sobie znać wielokrotnie. Po 2014 r., kiedy Rosja napadła na Ukrainę i zajęła Krym, NATO rewidowało swoją politykę wobec Rosji. Na szczycie w Walii podjęto decyzję o zwiększeniu wydatków obronnych. Dwa lata później w Warszawie zadecydowano o rozmieszczeniu wielonarodowych batalionowych grup bojowych w państwach bałtyckich i w Polsce.


Reklama

Pół roku wcześniej, jesienią 2015 r., rozmawiałem w Waszyngtonie z grupą ekspertów pracujących nad konfiguracją sił (defence posture) na wschodniej flance NATO. W ramach przygotowań do szczytu warszawskiego zaproponowałem wówczas coś, co z polskiej perspektywy wydawało się oczywiste: wypowiedzenie Aktu Stanowiącego NATO–Rosja z 1997 r. (NRFA), w którym Sojusz zobowiązał się m.in. do nierozmieszczania „poważnych sił lądowych” oraz elementów odstraszania jądrowego na terytorium nowych państw członkowskich, w tym Polski.

Argument był prosty: Rosja de facto sama złamała to porozumienie używając siły zbrojnej do zmiany granic w Europie. Sygnał polityczny w postaci wypowiedzenia nieprzestrzeganego już przez Rosję dokumentu byłby czytelnym sygnałem, że niedotrzymywanie umów niesie ze sobą koszty. Moją intencją było sprawdzenie amerykańskiej reakcji na taki postulat. Ponownie amerykańska odpowiedź była bardzo konsekwentna: skoro Rosja używając siły zbrojnej przeciwko Ukrainie sięgnęła wyłącznie po środki konwencjonalne, nie ma powodu dokonywać zmian w architekturze odstraszania nuklearnego w Europie. I tak na szczycie NATO w Warszawie w 2016 r., Sojusz przypomniał Rosji, że jest sojuszem nuklearnym, a NATO zintensyfikowało ćwiczenia z użyciem broni jądrowej. Jednak fundamenty amerykańskiej strategii nie zostały zmienione. NRFA nie został wypowiedziany do dziś.

Tę samą logikę możemy odnaleźć w amerykańskim podejściu do sprawy programu nuclear sharing i udziału w nim naszego kraju. Polska, kupując myśliwce F‑35 – zdolne do przenoszenia amerykańskich bomb grawitacyjnych B‑61 rozmieszczonych w Europie – uważa, że naturalnym następnym krokiem byłoby włączenie nas do tego elitarnego klubu państw NATO, dzielących z Amerykanami ryzyko rosyjskich uderzeń odwetowych – ale dzięki temu ściślej z nimi współpracujących.


Reklama

Kolejne polskie rządy, niezależnie od barw politycznych, starały się do tego Amerykanów przekonać. Jak dotąd zawsze spotykały się jednak z odmową. Po pierwsze, kilka państw sojuszniczych, przede wszystkim Niemcy, Włochy i Turcja, nie jest zachwyconych perspektywą poszerzenia „klubu nuklearnego”. W ich kalkulacji im mniej państw włączonych w ten wrażliwy obszar współpracy, tym lepiej dla ich własnej pozycji w Sojuszu. Po drugie, Amerykanie uważają, że nawet po ponownej rosyjskiej inwazji na Ukrainę w 2022 r. nie ma potrzeby zmieniania własnej strategii nuklearnej w Europie.


Reklama

Z ich punktu widzenia włączenie Polski do nuclear sharing, rozmieszczenie nowych elementów broni jądrowej na wschodniej flance czy radykalne modyfikacje sygnalizacji strategicznej zbyt mocno ingerowałyby w subtelną równowagę sił z Rosją. Są w stanie zapewnić Polsce i innym sojusznikom z NATO pokój i bezpieczeństwo bez wypowiadania NRFA i bez rozszerzania programu nuclear sharing na nowych członków.

Bilans sił

Ta sama logika stoi za odmową Waszyngtonu sprzedaży Polsce pocisków Tomahawk czy też rozmieszczenia takich amerykańskich pocisków na naszym terytorium. Na razie Waszyngton zgodził się jedynie, aby Polska wzmocniła swój potencjał obronny poprzez zakup pocisków manewrujących JASSM o wydłużonym zasięgu, traktując swą decyzję jako uzasadnioną odpowiedź na wprowadzenie przez Rosję nowych typów pocisków manewrujących.

Amerykanie chętnie widzą w swoich sojusznikach rosnącą siłę konwencjonalną – nawet dysponującą zdolnościami podwójnego przeznaczenia. Ale zdaniem Amerykanów, dotychczasowa ich odpowiedź jest wystarczająca dla kształtowania odpowiedniego bilansu sił między NATO i Rosją. Linia, której przekraczać nie będą przebiega w miejscu, gdzie kończy się pomoc w budowie silnego potencjału konwencjonalnego, a zaczyna naruszanie ich monopolu na strategiczne odstraszanie nuklearne i kształtowanie strategicznej równowagi sił z Rosją.  


Reklama

W tym kontekście warto wrócić do pytania o „wiarygodność” amerykańskiego parasola atomowego.


Reklama

W europejskiej i polskiej debacie regularnie pojawia się teza, że Stany Zjednoczone „w sytuacji kryzysowej” nie zaryzykują własnego bezpieczeństwa dla obrony Polski, krajów bałtyckich czy Rumunii. (fot. Shutterstock / Shutterstock)

To nie jest problem nowy, już ponad 70 lat temu Europejczycy angażowali się w rozważania, czy Amerykanie naprawdę będą gotowi zaryzykować istnienie Nowego Jorku, aby obronić Paryż lub Brukselę? To na tym sposobie myślenia opiera się propozycja prostej konkluzji: skoro nie możemy być pewni reakcji Waszyngtonu, to „zróbmy ściepę narodową i zbudujmy sobie własną bombę atomową”.

Kłopot polega na tym, że ci, którzy naprawdę mogą ocenić wiarygodność amerykańskiego parasola jądrowego – Rosjanie – najwyraźniej wątpliwości nie mają. Gdyby mieli, mapa Europy wyglądałaby dziś inaczej. Rosja, próbując siłą zmienić architekturę bezpieczeństwa na kontynencie zaatakowała Ukrainę – państwo formalnie neutralne, pozostające poza NATO, nieobjęte rozszerzonym odstraszaniem nuklearnym USA. Ani razu – przez 80 lat – nie odważyła się jednak zaatakować któregokolwiek z członków Sojuszu, choć z wojskowego punktu widzenia najłatwiejszym celem byłyby małe, pozbawione głębi strategicznej państwa bałtyckie. Tylko że one są bronione amerykańskim parasolem.


Reklama

Ryzyko dla Rosji było zbyt duże. Jednocześnie Rosjanie za każdym razem, gdy zamierzali użyć przeciwko Ukrainie hipersonicznych pocisków balistycznych pośredniego zasięgu, uprzedzali o tym Pentagon. Aby nikt w Waszyngtonie nie uznał, że ma do czynienia z atakiem na terytorium NATO i nie zdecydował o symetrycznej odpowiedzi. Także lotnisko Rzeszów-Jasionka, kluczowe dla podtrzymywania ukraińskiego wysiłku wojennego, od czterech lat bezpiecznie funkcjonuje pod osłoną amerykańskiego rozszerzonego odstraszania jądrowego.  


Reklama

W tym samym czasie Rosjanie widzą, że Amerykanie stale ćwiczą atak na Rosję z użyciem broni jądrowej – w tym także scenariusze uderzeń wyprzedzających. Ostatnie takie ćwiczenia odbyły się już za administracji Trumpa w 2025 r. (Global Thunder, 2025). To wszystko składa się w jeden obraz: w Moskwie świetnie rozumieją, na czym polega amerykańska strategia odstraszania, i traktują ją jako bardzo wiarygodną. Niezależnie od tego, co sądzą o niej publicyści w Warszawie czy Berlinie.

Zerowe szanse

Wróćmy do zasadniczego pytania: co z tych doświadczeń wynika dla pomysłu polskiej bomby atomowej? Z czysto techniczno-finansowego punktu widzenia stworzenie od podstaw narodowego programu nuklearnego byłoby przedsięwzięciem gigantycznym. Mówimy o dziesiątkach miliardów złotych rocznie na etapie wejścia do klubu mocarstw jądrowych (szacunkowo nawet do 40 mld zł rocznie) i o stałym koszcie utrzymania arsenału rzędu 25–30 mld zł rocznie. To są środki, które musiałyby zostać odjęte od modernizacji wojsk lądowych, obrony powietrznej, marynarki, rozpoznania, cyberbezpieczeństwa, przemysłu obronnego – wszystkiego tego, co realnie decyduje dziś o zdolności Polski do powstrzymywania rosyjskiej agresji. Amerykańskie rozszerzone odstraszanie jądrowe jest więc nie tylko najskuteczniejszym instrumentem utrzymywania pokoju, ale także…najtańszym. 

I gdybyśmy się nawet zgodzili „jeść trawę” przez dwie dekady, aby zbudować sobie własną „suwerenność atomową”, to musielibyśmy do tej idei jakoś przekonać Amerykanów i innych sojuszników NATO. Powiedzmy sobie szczerze: szanse na to są zerowe. Po pierwsze, Stany Zjednoczone prowadzą restrykcyjną politykę przeciwdziałania proliferacji broni jądrowej – i nie robią wyjątku dla „przyjaciół”.


Reklama

Po drugie, by w ogóle mieć szansę przekonać Waszyngton do „przyjacielskiej proliferacji” w Europie, Amerykanie musieliby uznać, że ich rozszerzone odstraszanie Rosji jest niewystarczające i istnieje konieczność jego uzupełnienia o dodatkowe, europejskie elementy. Tymczasem Amerykanie uważają, że Rosja jest osłabiona. Przez cztery lata nie była w stanie podbić Ukrainy – państwa słabego i prawie bezbronnego – jest zagrożeniem „zarządzalnym” (manageable) nawet dla europejskich sojuszników, w oparciu o ich zdolności konwencjonalne. Można więc między bajki włożyć, że Amerykanie przestraszą się Rosji tak bardzo, że… zgodzą się na niemiecką, polską, szwedzką, fińską, włoską i ukraińską broń jądrową. Wróćmy na ziemię.     


Reklama

Oczywiście można rozważać jeszcze jeden scenariusz: Ameryka nagle wycofuje się z NATO, Sojusz imploduje, Europa zostaje z rosyjskim arsenałem po jednej stronie, z francuską i brytyjską bronią jądrową po drugiej, a Polska – samotna między nimi – decyduje się na własny program nuklearny. Ale w tym momencie wkraczamy już nie w obszar analizy strategicznej, tylko w gatunek fiction i to zupełnie nie „useful”. Dlatego mówiąc wprost: dziś dyskusja o polskiej broni jądrowej jest albo nieszkodliwą publicystyka science fiction, albo formą dywersji wobec polsko-amerykańskiego sojuszu, jeśli ktoś przedstawia ją jako realistyczny plan polityczny.

Ten drugi wariant jest szczególnie niebezpieczny, bo zbudowany jest na założeniu, że sojusz z Ameryką już w zasadzie nie istnieje, że NATO jest wydmuszką, a Stany Zjednoczone nie zamierzają wywiązać się ze swoich zobowiązań wobec krajów wschodniej flanki. Taka teza powtarzana wystarczająco często, działa dokładnie tak, jak życzyliby sobie tego rosyjscy i chińscy planiści wojen kognitywnych: podważa zaufanie do sojuszników, wzmacnia lęki i popycha opinię publiczną w stronę radykalnych, destrukcyjnych rozwiązań.


Reklama

Czy z tego wszystkiego wynika, że Polska powinna zrezygnować z prób wpływania na debatę strategiczną w NATO i biernie akceptować jej wyniki komunikowane przez Waszyngton? W żadnym razie. Ale nasza rozmowa z Ameryką musi być prowadzona na realnym gruncie, a nie pod dyktando współczesnych Sanderusów oferujących szczeble drabiny – tym razem zapewne eskalacyjnej – wyśnionej przez jakiegoś domokrążcę. Powinniśmy działać w trzech kierunkach.


Reklama

Po pierwsze, maksymalnie wzmacniać własne zdolności konwencjonalne, w tym szczególnie lotnictwo, inwestować w pociski manewrujące i inne środki rażenia średniego i dalekiego zasięgu. Amerykanie zasadniczo nie mają problemu z tym, że sojusznicy rozwijają potencjał uderzeniowy tego typu: uznają, że jeśli bez ich pomocy udaje im się zbudować własne, nowe zdolności konwencjonalne, to nie narusza to równowagi strategicznej między nimi a Rosją, a raczej podnosi koszt ewentualnej rosyjskiej agresji na poziomie konwencjonalnym.

Po drugie, zabiegać o formalne wypowiedzenie przez NATO Aktu Stanowiącego NATO–Rosja z 1997 r. Utrzymywanie w mocy dokumentu – a oświadczenia Sekretarza Generalnego NATO nie wystarczają do jego unieważnienia – utrwala wrażenie, że wschodnia flanka jest traktowana jako obszar ograniczonej obecności Sojuszu i zachęca Rosję do poszukiwania sposobu na wbicie klina między „starych” i „nowych” członków NATO.

Po trzecie, konsekwentnie domagać się włączenia Polski do programu nuclear sharing, nawet gdyby na obecnym etapie oznaczało to jedynie szkolenia pilotów polskich F-35. Chodzi tu nie tylko o zdolności wojskowe, ale o status polityczny, o obecność przy stole, przy którym zapadają decyzje w najwrażliwszej sferze bezpieczeństwa Sojuszu. Jeśli Europa ma się obawiać scenariusza selektywnej obrony („bronimy tylko tych z pierwszej kategorii”), to właśnie tu należy zacząć tę obawę rozbrajać.


Reklama

Celem powtarzania tej propozycji jest wprowadzenie rozszerzenia programu nuclear sharing na „krótką listę” amerykańskich potencjalnych odpowiedzi na kolejne naruszenie przez Rosję równowagi strategicznej. Jeśli Rosja popełni błąd i sprowokuje Amerykanów, warto, aby była to pierwsza dostępna strategiczna odpowiedź, którą będą mieli pod ręką.  


Reklama

Amerykanie dziś uważają, że nasze lęki są przesadzone: skoro NATO jest dla nich narzędziem utrzymywania pokoju w Europie, a ten pokój jest elementem ich własnej Wielkiej Strategii, to – w ich logice – nie mamy powodu do obaw. Rosja chwieje się na nogach, w związku z tym są pewni, że sobie z nią poradzą. Nie musimy się z tym zgadzać, ale powinniśmy nauczyć się komunikować nasz punkt widzenia w sposób realistyczny i konsekwentny.

Formuła, którą warto Amerykanom powtarzać, jest prosta: everything but the bomb. Wszystko, poza bombą. Wszystko, co wzmacnia naszą pozycję w ramach istniejącej architektury odstraszania. Opowieści o polskiej bombie, to prosta droga do dewaluacji znaczenia Polski w Sojuszu i niepoważnego traktowania innych jej postulatów.

No chyba, że ktoś chce Polskę z NATO wyprowadzić? To z pewnością zwiększyłoby Polsce pole manewru w zakresie decydowania o broni jądrowej, ale jednocześnie radykalnie pogorszałoby jej bezpieczeństwo narażając na rosyjski prewencyjny atak. Kto wie? Może nawet z cichym przyzwoleniem niektórych sojuszników?  

 


Reklama

Źródło: Zero.pl
Sławomir Dębski
Sławomir DębskiProfesor strategii i stosunków międzynarodowych w Kolegium Europejskim w Natolinie. Współautor programu Ground Zero