Reklama

Kto będzie siódmym prezydentem Ukrainy?

Reklama
TYLKO NA

Budanow, Załużny, a może jednak Zełenski? Kto będzie kolejnym prezydentem Ukrainy? Superszpieg i arcykomandos? Bóg wojny i dyplomata? A może jednak aktor, komik i – mimo wszystko – bohater czasu wojny? I pytanie, tak samo ważne jak to, kto tym prezydentem będzie: kiedy?

Kyryło Budanow, Wałerij Załużny, Wołodymyr Zełenski.
Kyryło Budanow, Wałerij Załużny, Wołodymyr Zełenski. (fot. Thomas Krych/ZUMA/Danylo Antoniuk/SIPAUSA/IMAGOSTOCK / Newspix)

Kiedy wybory prezydenckie na Ukrainie? Teoretycznie powinny odbyć się w 2024 r. W kraju jednak jest wojna, więc na terenie całej Ukrainy obowiązuje stan wojenny. A ukraińska konstytucja nie daje możliwości przeprowadzenia wyborów prezydenckich podczas trwania stanu wojennego. Zniesienie stanu tymczasem oznaczałoby powrót żołnierzy z frontu. I to na tym, a nie na wyborach, zależy Putinowi. Bo to właśnie Putin najgłośniej domaga się wyborów na Ukrainie. To rządzący Rosją ponad ćwierć wieku satrapa poucza Ukraińców o demokracji. Facet, który pewnego poranka wysłał nad Ukrainę bomby i rakiety.


Reklama

24 lutego. Czwarta rocznica napaści Rosji na Ukrainę. Czwarta rocznica wielkiej wojny, jak mówią Ukraińcy. Rosjanie? Dla nich to operacja specjalna. Nie wojna. To w ramach tej operacji na ukraińską ziemię wjechały rosyjskie czołgi...

Rosyjskie czołgi od wschodu, od północy, czyli z Białorusi, rosyjskie czołgi ze strony okupowanego przez Rosję od 2014 r. ukraińskiego Krymu. Szok. Nikt się tego nie spodziewał. To znaczy napaści – tak. Ale takiej?

Zapomnieliśmy już, pamięć płata nam figle. Ale przypomnijcie sobie te sznury samochodów, autobusów, tych przerażonych ludzi z reklamówkami pod pachą na naszej granicy. Te bomby i rakiety rozrywające wieżowce w Kijowie, Mariupolu czy Charkowie. Potem świat dowiedział się o rosyjskich zbrodniach w Buczy, Borodziance, Mariupolu, wreszcie o porywaniu ukraińskich dzieci, które wywożone były (i wciąż są) w głąb Rosji. Za to właśnie Władimir Putin jest ścigany przez Międzynarodowy Trybunał Karny. A potem… Świat do tej wojny się przyzwyczaił. A Putin ugrzązł na Ukrainie.


Reklama

Ukraina? Ledwie zipie. Miasta bez prądu, bez ogrzewania, zrujnowane elektrownie, elektrociepłownie, zrujnowany przemysł, zaminowane pola uprawne. Puchnące od świeżych grobów cmentarze.


Reklama

 

Rosjanie okupują jedną piątą ukraińskiego terytorium – z kopalniami, zasobami naturalnymi i dostępem do morza. Z Ukrainy – najpierw przed wojną i bombami, a potem ze strachu przed śmiercią i beznadzieją uciekło 8 mln ludzi. Wiele też wskazuje na to, że nawet prezydent się nie uchowa... Choć akurat wojna przedłużyła mu kadencję.

Więc kto? Kto będzie kolejnym prezydentem Ukrainy? Na razie kandydatury są trzy: Budanow, Załużny, Zełenski. Choć oczywiście nie można zapominać o jednym bardzo ważnym czynniku, który potrafi zmieniać historię: przypadku.
Ale jeśli jakiś przypadek tej historii nie zmieni, to możliwości są właśnie te trzy: albo Budanow, albo Załużny, albo Zełenski.


Reklama

I Kyryło Budanow, i Wałerij Załużny we wszystkich ostatnich sondażach wygrywają z obecnym prezydentem. Załużny, to były szef Sił Zbrojnych Ukrainy, od dwóch lat jednak jest dyplomatą – ambasadorem Ukrainy w Wielkiej Brytanii. Budanow to były szef ukraińskiego wywiadu wojskowego, HUR, od niedawna jednak jest szefem kancelarii ukraińskiego prezydenta.


Reklama

Czy Załużny – żołnierz – chciał zostać dyplomatą? Albo Budanow – superszpieg – chciał zostać, może i bardzo wysokim i ważnym, ale co tu kryć, po prostu urzędnikiem? Nawet jeśli nie chcieli, nawet jeśli to pomysł zazdrosnego Zełenskiego, to obaj – i Załużny, i Budanow – mają teraz doskonałe pozycje do walki o najwyższy urząd w państwie.

Załużny w ciszy londyńskich gabinetów może spokojnie przygotowywać plan startu w wyborach, a Budanow, którego Zełenski trzyma tuż przy sobie, zdobywa doświadczenie na światowych salonach. To on przecież reprezentuje Ukrainę podczas ostatnich trójstronnych rozmów pokojowych. To jemu ufają teraz podczas tych rozmów Amerykanie.

Kyryło Budanow. Z generała przyboczny prezydenta

Są dwie wersje tej historii. Pierwsza: Budanow sam, od dawna, starał się o tę zmianę. Druga: to Zełenski, widząc jak rośnie popularność generała, postanowił go sobie podporządkować. W myśl starej zasady Michaela Corleone – “przyjaciół trzymaj blisko, a wrogów jeszcze bliżej”.


Reklama

Jesienią nadarzyła się w każdym razie okazja. NABU i SAP, czyli dwie najważniejsze antykorupcyjne instytucje, wchodzą do biur i domów ministra sprawiedliwości, do niedawna ministra energetyki, Hermana Hałuszczenki i jednego z najbliższych przyjaciół Zełenskiego Timura Mindicza.


Reklama

Tzw. “operacja Midas”: ponad tysiąc godzin nagrań, publikowanych w mediach godzina po godzinie, dzień po dniu. Potężne pieniądze – co najmniej sto tysięcy dolarów – potężne zależności, potężne okradanie spółek państwowych, wreszcie – potężne nazwiska. W wielkim skrócie: najwyżsi urzędnicy w państwie, najbliżsi przyjaciele ukraińskiego prezydenta okradali największą państwową firmę energetyczną ENERHOATOM, która zarządza wszystkimi elektrowniami atomowymi.

Największy kryzys wizerunkowy i państwa, i prezydenta. Ukraina, której korupcja od dawna nie jest obca – zmaga się z nią od dziesięcioleci – jest w szoku. To my – mówili ludzie – gnijemy w okopach, tracimy ręce i nogi, tracimy najbliższych, a oni kradną?

Jak to możliwe – pytali – że w czwartym roku wojny z Rosją o wszystko: niepodległość, niezależność, ba!, istnienie – najwyżsi urzędnicy w państwie jedną ręką zbierają na całym świecie pieniądze na tę walkę, a drugą – kto wie, może nawet te same pieniądze zgarniają pod siebie. Na swoje wygodne, obrzydliwie bogate życie: wille, dacze, posiadłości w Dubaju i nowe luksusowe samochody.


Reklama

Jak to możliwe – z niedowierzaniem kiwali głowami Ukraińcy – że Ukraina w jednym z najbardziej newralgicznych momentów tej wojny, gdy ważą się jej losy, na własne życzenie na oczach całego świata traci wiarygodność.


Reklama

Gigantyczna afera korupcyjna, która prawie zmyła Wołodymyra Zełenskiego z planszy. Prawie. Bo ukraiński prezydent zrzuca wtedy z sań, albo jak mówią inni – wpycha pod pędzący pociąg, dotychczasowego szefa swojej kancelarii, Andrija Jermaka (klasyczny zabieg: to nie ja, to on).

Jermak nie był zwykłym szefem kancelarii, zwykłym urzędnikiem. Jermak był drugim po Bogu na Ukrainie. Nazywano go zielonym (bo od momentu wybuchu wielkiej wojny nosił się na zielono – zielone, a’la wojskowe bluzy, zielone koszule itd.) kardynałem, bo bez niego nic się nie działo. To on zazdrośnie strzegł dostępu do Zełenskiego. To on decydował, z kim, gdzie i po co Zełenski się spotykał. Chciałeś coś załatwić z prezydentem? Musiałeś zdobyć zaufanie Jermaka. Chciałeś w ogóle coś załatwić – dostawy dla wojska, transport medykamentów, cokolwiek? Musiałeś dobić się do Jermaka. Jego nazwisko otwierało właściwie wszystkie drzwi. Na wojnie, w biznesie, wszędzie.

Gdy jednak okazało się, że Jermak może być zamieszany w tę aferę, Zełenski, co prawda nie od razu, nie bez oporów i być może z żalem, ale zrzucił go z sań. W dodatku w białych rękawiczkach, bo oficjalnie, to Jermak, sam, złożył dymisję.
Prawą ręką prezydenta został generał Kyryło Budanow. I to niemal dokładnie w swoje 40. urodziny.


Reklama

Kyryło Budanow, szef Kancelarii Prezydenta Ukrainy. (fot. Bumble Dee / Shutterstock)


Reklama

Jedni pytali: dlaczego on? Dlaczego Zełenski namaścił właśnie jego? Prezent urodzinowy czy może prezydencka pokerowa zagrywka? Inni jednak zastanawiali się nad tym, dlaczego Budanow się zgodził. Przecież to żaden urzędnik. A komandos komandosów. Doskonale wykształcony as ukraińskiego wywiadu. Szpieg. Prowokator. Generał bez sowieckiej przeszłości, z dużym doświadczeniem operacyjnym (także w dywersji na tyłach wroga). Mało tego – popularny i cieszący się zaufaniem na Zachodzie.

Jak to możliwe? Po skończeniu uczelni wojskowej w Odessie, został wybrany na szkolenie przez CIA. Amerykanie byli pod wrażeniem nie tylko jego pasji, ale też zdolności i o wiele przewyższającej wiek dojrzałości. I najważniejsze: młody szpieg pochodził już z zupełnie innego środowiska. On nie uczył się fachu z radzieckich podręczników.

Na wojnę z Rosjanami wyruszył od razu – w 2014 r., gdy wybuchła zainspirowana i zorganizowana przez Rosję rebelia w Donbasie. Pojechał tam już jako oficer wywiadu – z elitarną jednostką komandosów wywiadu wojskowego. Trzykrotnie ranny, a potem leczony, m.in. w Stanach Zjednoczonych w jednym z wojskowych amerykańskich instytutów – w Narodowym Wojskowym Centrum Medycznym Waltera Reeda w Maryland. Brał udział w wielu tajnych operacjach wywiadowczych. Krążą legendy o jego “wizytach” na okupowanym Krymie. Podobno już jako szef wywiadu potajemnie brał udział w niejednym rajdzie i niejednym nalocie.


Reklama

Nie ma więc nic dziwnego w tym, że Rosjanie polują na niego od dawna. Przygotowali i przeprowadzili co najmniej dziesięć zamachów na jego życie. W 2019 r. pod jego samochodem wybuchła bomba. Próbowano go nawet otruć, potem też jego żonę. “Polują na pana” – zaczepił Budanowa jeden z ukraińskich dziennikarzy – “No i?” – wzrusza ramionami Budanow – “Traktuję to jako dowód uznania”.


Reklama

To on, Budanow, zanim rosyjska pełnoskalowa inwazja stała się faktem – mówił wprost: Rosjanie na nas napadną. Szykują się do tego od wielu lat. To on, Budanow, mówił o tym, że Rosja przygotowania do wojny z Ukrainą rozpoczęła nie w 2014 r., a siedem lat wcześniej – w 2007 r. Że 2014 r., bunt na kijowskim Majdanie, czyli Rewolucja Godności, była dla Rosjan tylko dogodnym pretekstem, prezentem z niebios, do aneksji Krymu. Zaatakowaliby i tak. I tak ukradliby Ukrainie Krym.

Ale nikt specjalnie go nie słuchał. A on robił swoje. Szefem HUR – czyli ukraińskiego wywiadu wojskowego – został w 2020 r. Stworzył nie tylko jedną z najbardziej skutecznych służb wywiadowczych na świecie, ale okazał się dobrym negocjatorem w rozmowach z Rosjanami na temat wymiany jeńców.

To on był w grupie nielicznych Ukraińców, którzy uwierzyli Amerykanom i rozpoczął przygotowania do rosyjskiej inwazji. To dzięki niemu (tak naprawdę dzięki temu, że uwierzył dostarczonym przez Zachód planom zajęcia lotniska) Rosjanom nie udał się desant w Hostomlu i marsz na Kijów.


Reklama

To on wymyślił, przygotował i skoordynował chyba najbardziej szaleńczą akcję w historii współczesnych wojen – „Awiaproryw na Azowstal”. Wiosną 2022 r., gdy Rosjanie zamknęli w kotle obrońców Mariupola na terenie kombinatu metalurgicznego Azowstal, w siedmiu rzutach wysłał 16 helikopterów z bronią, amunicją, lekami i co ważniejsze z siedemdziesięcioma dwoma żołnierzami. Trzy helikoptery Rosjanie zestrzelili w drodze powrotnej, z ewakuowanymi rannymi na pokładzie.


Reklama

Na początku pełnoskalowej wojny Budanow pojechał też do Bachmutu, gdy toczyły tam się zacięte walki, pod sam nos wroga, na pierwszą linię frontu. Jak ta piracka przeszłość przełoży się na polityczną przyszłość?

Na Zachodzie widzą to tak: Budanow, to pomost. Między wywiadem, wojskiem a polityką. Generał nie ma żadnych powiązań z ukraińskimi oligarchami, utrzymuje za to nieformalne kontakty z amerykańskim wywiadem (a amerykański wywiad, to zupełnie inna bajka niż niektórzy twardogłowi, czasami wręcz prorosyjscy, przedstawiciele administracji Trumpa). Budanow więc – wierzą w to na Zachodzie właśnie – będzie mówił pragmatycznym językiem, zrozumiałym dla krajów NATO.

Na negocjatora nadaje się też jeszcze z innego powodu – swojej, nazwijmy to tak, powściągliwości. Ukraińcy nazywają go nie Budanow, a Budda-now. Bo ma twarz pokerzysty, niemal zawsze bez cienia uśmiechu.


Reklama

Czy ta funkcja “zderzaka”, na którego Zełenski może zrzucić wszystkie niepowodzenia w negocjacjach, może zaszkodzić wizerunkowi Budanowa? Może. Ale nie musi. Czy Budanow w takim razie urwie się Zełenskiemu? Niekoniecznie. Przecież stanowisko szefa kancelarii, to nie trampolina. Raczej kotwica...


Reklama

Zełenski w każdym razie zagrał najmocniejszymi kartami, jakie miał. Budanow u boku prezydenta, to duże wzmocnienie. I sprytne posunięcie: “przyjaciół trzymaj blisko, a wrogów jeszcze bliżej”...

Wydaje się, że są tylko dwa wyjścia z tej układanki. Albo Budanow będzie kozłem ofiarnym Zełenskiego, albo jego następcą. Następcą Zełenskiego jednak może zostać inny generał – były głównodowodzący ukraińską armią, a teraz wciąż ukraiński ambasador w Wielkiej Brytanii, Wałerij Załużny. On też, jak od dawna pokazują sondaże, bije Zełenskiego w teoretycznej drugiej turze wyborów.

Wałerij Załużny. Bóg wojny i... przyszły prezydent Ukrainy?

Tu dwóch wersji historii Załużnego nie ma. Zełenski go usunął, bo za bardzo generał mu przeszkadzał. Za bardzo wyrósł i przede wszystkim za bardzo – bardziej niż prezydenta – pokochał go naród. Na murach ukraińskich miast zaczęły rosnąć, jak grzyby po deszczu, murale z podobizną generała i napisy: "Z nami Bóg i ataman Załużny".
Teraz dla Ukraińców Załużny to niezwyciężony generał, w dodatku zdymisjonowany przez polityka, a nie generał pokonany na polu bitwy.


Reklama

Ambasadorem w Wielkiej Brytanii Załużny został 9 maja 2024 r. Od niemal pół roku pojawiają się jednak informacje o jego powrocie na Ukrainę, o szykowaniu się do wyborów i budowaniu ekipy. Do niedawna milczał jak zaklęty, ale i to się zmieniło. Kilka dni temu udzielił wywiadu Associated Press, w którym obarczył ukraińskiego prezydenta odpowiedzialnością za fiasko kontrofensywy w 2023 r. i opowiedział o próbach zastraszania go przez ekipę Zełenskiego. Tak właśnie zinterpretował przeszukania w jego biurze jeszcze we wrześniu 2022 r., które przeprowadziła Służba Bezpieczeństwa Ukrainy. Napięcia między nim a prezydentem miały pojawić się już na początku rosyjskiej inwazji i dotyczyć przede wszystkim wojskowej strategii i podejścia do obrony kraju.


Reklama

Wałerij Załużny, były naczelnik dowództwa Sił Zbrojnych Ukrainy, obecnie ambasador Ukrainy w Wielkiej Brytanii.  (fot. Sergey Starostenko / Shutterstock)

W armii Załużny – skromny, prostolinijny, otwarty, kompetentny – był, tak jak Budanow, zaprzeczeniem sowieckiego dowódcy. To właśnie jego styl dowodzenia, tak różny od dotychczasowej postsowieckiej generalicji, spowodował, że w ukraińskiej armii był bogiem. Tyle tylko, że ukraiński prezydent słynie z mikrozarządzania. Jego kancelaria lubiła i wciąż lubi wtrącać się niemal do wszystkiego. Nawet do podziału amunicji między jednostkami na froncie. Tak też było za czasów Załużnego. Zełenski często go pomijał, komunikował się z niektórymi dowódcami bezpośrednio, z pominięciem generała. Nie trzeba tłumaczyć, jak utrudniało to szefowi armii dowodzenie całym wojskiem.

Ostatecznie jednak, to Zełenski podziękował Załużnemu, a nie odwrotnie. Polityczna zazdrość? Miała podstawy. W lutym 2024 r., gdy Zełenski zdymisjonował Załużnego, generałowi ufało 94 proc. Ukraińców. A to już sytuacja bez precedensu, bo Ukraińcy z natury nie ufają elitom.


Reklama

Na początku niektórzy mówili: zobaczycie. On jeszcze wróci do armii. Jeszcze będzie “żelazny generał reaktywacja”. Ale już chyba nie. Załużny ma już inne ambicje. I porachunki. O tym, że doskonale wykorzystał banicję, świadczy właśnie ten wywiad dla AP.
Załużny jest w tym gronie najstarszy, ma 52 lata. Ukończył Instytut Wojsk Lądowych w Odessie, a później Narodową Akademię Obrony Ukrainy. Stopniowo przeszedł wszystkie szczeble kariery – od dowódcy plutonu po dowódcę korpusu operacyjnego. Był pierwszym dowódcą sił zbrojnych Ukrainy, który studiował nie w radzieckich, a ukraińskich uczelniach wojskowych. Też, tak jak Budanow, walczył w Donbasie od 2014 r. – był zastępcą dowódcy jednego z sektorów frontu. W połowie 2021 r., niecały rok przed pełnoskalową napaścią Rosji, Zełenski mianował go Naczelnym Dowódcą Sił Zbrojnych.

Załużny natychmiast rozpoczął przygotowania do obrony przed rosyjską inwazją. Zignorował uspokajające głosy polityków w stylu “jaka wojna”?, “to niemożliwe”. Jego niepoddanie się uspokajającej narracji, że nie trzeba siać paniki, uratowało Kijów. Szykował stolicę, sprawdzał umocnienia, planował. To on też, gdy Rosjanie już ruszyli, nie pozwolił na wysadzenie mostów na Dnieprze. Załużny był zdania, że taki ruch wcale nie jest najważniejszy w obronie stolicy, a świadczyłby o wielkiej panice, która – swoją drogą – w pierwszych dniach rosyjskiej napaści wśród ukraińskich elit była ogromna.

Załużnym zachwycali się Ukraińcy, ale generał stał się też autorytetem dla zachodnich wojskowych i analityków. Zresztą nie tylko dla nich. Dla Rosjan też. Bo właśnie nie był takim sowieckim generałem. Był nowoczesny, elastyczny, pomysłowy, w dodatku wprowadzał do ukraińskiej armii standardy NATO.

Po skutecznej obronie Kijowa, po obronie obwodu charkowskiego na początku wojny, gdy okazało się, że Rosjanie zamiast maszerować w uroczystej defiladzie na głównej ulicy ukraińskiej stolicy, zaboksowali na Ukrainie, naród uwierzył w niemożliwe. Że już za chwilę, za moment, charyzmatyczny Załużny tych wszystkich Rosjan pogoni. Że sobie poradzi. Potem jednak, w 2023 r., przyszła porażka: nie udała się kontrofensywa na południu Ukrainy. Plan, jak ujawnił Załużny w wywiadzie dla Associated Press, został przygotowany we współpracy z partnerami z NATO, ale nie powiódł się z powodu niezrozumienia go w otoczeniu prezydenta i w efekcie – braku przydzielenia armii odpowiednich środków.


Reklama

Ale i tak, w ukraińskiej świadomości Załużny jest i już na zawsze pozostanie człowiekiem, który obronił kraj wiosną 2022 r. Stąd tak duża popularność i jego przydomek: żelazny generał. Portrety Załużnego ludzie malowali na ścianach, powstawały o nim piosenki, popularne były też T-shirty z jego wizerunkiem. Gdy w jednym z wywiadów powiedział, że jako dziecko chciał zostać komikiem, ludzie doszukiwali się od razu paraleli z Zełenskim, który był zawodowym aktorem. W innym wywiadzie powiedział, że lubi słuchać muzyki dyskotekowej z lat osiemdziesiątych i niemieckiego zespołu "Rammstein". Jeszcze w innym, że jest domatorem, a jego wielką pasją jest... oglądanie zdjęć kotów w internecie. No przecież "nasz"! Jak go nie lubić? Mówili Ukraińcy. Zresztą generałem zachwycali się nie tylko oni. Wizerunek Załużnego znalazł się na okładce amerykańskiego magazynu "Time”.


Reklama

W lutym 2024 r. Zełenski odwołał go ze stanowiska naczelnego dowódcy. Oficjalnie miało to być związane z “potrzebą zmian kadrowych i odświeżenia strategii”, choć już wtedy mówiło się o napięciach między prezydentem a generałem. Nie chodziło tylko o kontrofensywę w 2023 r. Chodziło o wyraźną krnąbrność generała i jego niezależność.

Choćby historia z wysadzeniem Nord Stream1 i Nord Stream2 we wrześniu 2022 r. Cały plan miał autoryzować Załużny, Zełenski podobno nic o nim nie wiedział. Akcję przeprowadziła grupa ukraińskich nurków, prawie wszyscy – jak dwa lata później napisał "Der Spiegel" – byli cywilami, ale sabotażem dowodził były agent tajnych służb. Na ostatniej prostej wtrącili się jednak Amerykanie i CIA o wszystkim poinformowało Zełenskiego.

Wtedy, zdaniem "The Wall Street Journal", który przeprowadził swoje dziennikarskie śledztwo, ukraiński prezydent próbował całą operację odwołać. Ale albo było już za późno, albo Załużny polecenie zignorował. Inne źródła twierdzą, że na początku Zełenski ustnie zatwierdził sabotaż, a polecił go odwołać po tym, jak poprosili go o to Amerykanie. Niezależnie od tego, jak było naprawdę, jedno jest pewne: w sprawie wysadzenia Nord Stream Załużny zignorował Zełenskiego.


Reklama

Wieści o tym, że generał szykuje się do boju o prezydenturę, zaczęły pojawiać się jeszcze zanim Zełenski wysłał go do Londynu: w grudniu 2023 r. Najpierw Załużny milczał, potem odpowiadał, jeśli w ogóle odpowiadał, tak samo: “Najpierw musimy przetrwać i zachować państwo, a potem pomyślimy o reszcie”.


Reklama

Kilka miesięcy temu jednak pojawiły się informacje o sojuszu Załużnego z byłym prezydentem, Petrem Poroszenką, i jego partią Europejska Solidarność. O układzie w stylu: Załużny – prezydentem, Poroszenko – premierem. Że Załużny w Londynie, w zaciszu ukraińskiej ambasady, tworzy już sztab wyborczy. Tyle tylko, że do Załużnego ciągle przyjeżdżają “polityczni pielgrzymi”. Jedni oferują swoje usługi, drudzy – na wszelki wypadek – wyrażają swoje poparcie, jeszcze inni odwiedzają generała tylko po to, by na miejscu przynajmniej spróbować dowiedzieć się, czy Załużny wystartuje w wyborach, czy też nie.

Był u niego nawet były doradca Donalda Trumpa, były szef jego kampanii wyborczej w 2016 r., jeden z najsłynniejszych lobbystów Waszyngtonu, Paul Manafort, który zaoferował mu w przyszłej kampanii wyborczej swoje usługi jako konsultant polityczny. Generał, wiosną ubiegłego roku, miał odrzucić i tę propozycję (Załużny potwierdził tę informację w ostatnim wywiadzie dla AP, choć nie wymienił Manaforta z nazwiska).

Akurat w tym wypadku to nic dziwnego. Manafort w 2018 r. został skazany za tajne lobbowanie na rzecz ukraińskiego szwarccharakteru obu ukraińskich rewolucji, byłego prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza i jego ekipy.


Reklama

Zełenski – zazdrosny dyktator, bohater czy wciąż tylko dobry aktor?

Wołodymyr Zełenski. Aktor, komik, wreszcie prezydent. Obiecywał narodowi, że dogada się z Putinem. I głównie dlatego wygrał z bohaterem Majdanu z 2013 i 2014 r., czekoladowym królem, Petro Poroszenką. Niby wiedział, że car Kremla szykuje się do napaści – ostrzegali go Amerykanie – ale bagatelizował właściwie do ostatniej chwili. Dzwonił do Putina jeszcze nawet wtedy, gdy ten ogłosił specjalną operację i rozpoczął pełnoskalową inwazję. Ten oczywiście nie odbierał telefonu. Potem wygłosił po rosyjsku odezwę do Rosjan. Wreszcie – gdy rosyjska armia z medalami i galowymi mundurami w plecakach szykowała się na zwycięską paradę na głównej ulicy Kijowa Chreszczatyku, a Amerykanie proponowali mu natychmiastową ewakuację za granicę – Zełenski zrzucił spodenki komika i aktora i został… ukraińskim bohaterem. A potem bohaterem świata.


Reklama

Od czterech lat chodzi w wojskowych bluzach, jeździ na front do żołnierzy i po świecie, by tłumaczyć mu, że to wojna totalna. Że Putin na Ukrainie się nie zatrzyma. Do Kijowa też zresztą ustawiają się kolejki różnych przywódców. Scenariusz ten sam: samolotem do Warszawy albo Rzeszowa, a potem pancernym pociągiem.
Rosjanie próbowali Zełenskiego zabić już kilkadziesiąt razy. Ośmieszyć, zdyskredytować. I... nic.

Nawet w opowieści Trumpa swojego czasu, że popiera go zaledwie 4 proc. Ukraińców, nikt nie uwierzył. Bo to zwyczajnie nieprawda. Tuż po inwazji sięgało ono ponad 90-proc. Teraz, w zależności od tego, kto przeprowadza to badanie, waha się średnio w okolicach połowy ankietowanych.

Błyskotliwe przemówienia. Odezwy. Robiły wrażenie przez rok, może dwa. Potem świat znudził się Zełenskim. Co z tych płomiennych przemówień dziś zostało? Niewiele. Wielu za to doskonale pamięta upokorzonego Zełenskiego rok temu, pod koniec lutego 2025 r., w Gabinecie Owalnym. Gdy rozzłoszczony Donald Trump wykrzyczał mu w twarz: "Nie masz kart!" A potem właściwie wyrzucił z Białego Domu. Katastrofa. Dyplomatyczna apokalipsa. Aktor z dużym doświadczeniem. Polityk z ogromnym doświadczeniem wojennym i negocjacyjnym. Nie powiedział niczego, co mogłoby zatrzymać wiceprezydenta (bo konfrontację rozpoczął J.D. Vance). Nie ugryzł się w język. Nie przeczekał. Wprost przeciwnie. Bohater czy idiota? A może ukraiński prezydent w Białym Domu był i jednym, i drugim jednocześnie?


Reklama

Mimo że na Ukrainę Zełenski wrócił z niczym, bez podpisanej umowy o minerałach, bez obietnicy pomocy, Ukraińcy stanęli wtedy za nim murem. Dla nich był bohaterem. Nie dał się wdeptać Amerykanom w ziemię. Zaznaczył terytorium – to Rosja jest najeźdźcą, to Ukraińcy się bronią. Nie pozwolił, by na oczach całego świata wiceprezydent i prezydent Ameryki powtarzali rosyjską narrację.


Reklama

W Europie jednak byli tacy, którzy z niedowierzaniem kiwali głowami i mówili: Zełenski, to idiota. Wystarczyło powstrzymać emocje. Nie reagować na ewidentne amerykańskie zaczepki. I dobić targu.

Umowa została podpisana dwa miesiące później i o czym niewielu chce pamiętać – była korzystniejsza od tej, którą miał podpisać Zełenski w Białym Domu. Ukraińcom udało się choćby uniknąć najbardziej drakońskich zapisów o spłacie długu. Zełenski więc takim “idiotą” nie był. Przekuł tamto upokorzenie w sukces.

Wojna zmienia ukraińskiego prezydenta. Gdy wybuchła 24 lutego 2022 r., na początku próbował dzwonić na Kreml. Potem z Putinem w ogóle nie chciał rozmawiać. Nazywał go "chorym dziadem z Placu Czerwonego". Chciał go pokonać, zniszczyć i odbić całe zajęte przez rosyjską armię terytorium. Teraz? Uważa, że tylko bezpośrednia rozmowa Zełenski – Putin może zakończyć wojnę. Szkopuł jednak w tym, że Putin wciąż zdania nie zmienił i rozmawiać z Zełenskim nie chce. No, chyba że ten przyjedzie do niego, na Kreml…


Reklama

Z Ameryką Zełenski musi się układać, bo wie, że nie ma wyjścia. Europa? Jest nią coraz bardziej rozczarowany, choć układać się z nią też musi. Musi też żyć ze świadomością, że wielu przywódców ze Starego Kontynentu będzie mu pamiętać jego wystąpienie na Światowym Forum Ekonomicznym w listopadzie ubiegłego roku. Przemówienie o bezzębnej, wiecznie gadającej, obiecującej – i niedziałającej – Europie. O tym, że Ukraińcy od 24 lutego 2022 r. żyją jak w słynnym amerykańskim filmie “Dzień świstaka”.


Reklama

Dla jednych to przemówienie było po prostu bezczelne. Dla drugich – genialne, a już na pewno niezwykle błyskotliwe. Dla jeszcze innych – do bólu prawdziwe, oddające rzeczywistość i pokazujące, w jak beznadziejnej sytuacji jest Ukraina.

Wizyta prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego w Białym Domu w 2025 r. (fot. Anna Moneymaker / Getty Images)

Czy Zełenski gotów jest odejść? Nie wiem. Wiem za to, że wyborów nie chce nie tylko on. Nie chcą ich też w zdecydowanej większości Ukraińcy. Nie wybory im teraz w głowie. Teraz naprawdę dla Ukrainy najważniejsze jest – godne i na jak najlepszych warunkach – zakończenie wojny. I Ukraińcy nie są dobrej myśli. Wielu mówi bez ogródek: wrzucają nas w otchłań, na dnie której nie ma żadnej siatki bezpieczeństwa. Spychają nas wprost pod koła ruskiego pancernego autobusu... Ukraina nie ma szans na wejście do NATO. Nie ma też szans na odzyskanie wszystkich swoich ziem, czyli nie ma szans ani na Krym, ani na Donbas, ani w ogóle na przywrócenie granic sprzed 2014 r.


Reklama

W przeszłości zdarzały się przypadki przeprowadzania wyborów podczas trwania wojny. Tak. Takie przypadki były. Najsłynniejszy z nich, to wybory przeprowadzone w Wielkiej Brytanii w 1945 r., tuż przed zakończeniem II wojny światowej. Konserwatyści, czyli partia Winstona Churchilla, dzięki któremu Brytyjczycy nie poddali się Niemcom, przegrała wtedy z Partią Pracy i Churchill – bohater walki z hitlerowskimi Niemcami – stracił stanowisko.
Potem wrócił.

Wiele wskazuje na to, że Zełenski, niezależnie kiedy wybory prezydenckie się odbędą, skończy jak Winston Churchill. Te wybory przegra, choć to on, tak jak Churchill podczas II wojny światowej, był tej wojny bohaterem.
Ale kto wie, może potem, jak Churchill, powróci.


Reklama

Źródło: Zero.pl
Maria Stepan
Maria StepanDziennikarka Kanału Zero

Reklama