Reklama

Bawiła się lalkami w mieszkaniu bez szyb. Za ścianą wyły syreny

Reklama
TYLKO NA

Dziewczynka bawi się lalkami w półmroku pięknego mieszkania, w którym okna po nalocie zabito płytami. – Może wytrzymamy jeszcze rok, może półtora – mówią rodzice. Wkrótce jednak nie wytrzymują. Z Charkowa wyjeżdżają po sześciu miesiącach od wybuchu wojny.

Zniszczony budynek w Charkowie.
Zniszczony budynek w Charkowie. (fot. GEORGE IVANCHENKO / PAP / EPA)
  • W Charkowie serie alarmów to codzienność. Ludzie żyją 30 kilometrów od frontu.

  • Polska Akcja Humanitarna pomaga ewakuowanym, oferując wsparcie finansowe, prawne i psychologiczne.

  • Dzieci uczą się w metrze, dorastając w traumie i cieniu rakiet.


Reklama

Dzisiaj było ich siedem – zaczyna naszą rozmowę Helena Krajewska. Siedem alarmów jednego dnia. W Charkowie nikogo to już nie dziwi.

Nasza rozmówczyni jest na miejscu z ramienia Polskiej Akcji Humanitarnej. Organizacja działa też m.in. w Dnieprze, Mikołajowie, Kijowie, Sumach, Chersoniu i Lwowie.

– To Charków wydaje się najbardziej rozległy pod kątem potrzeb.


Reklama

Helena opowiada spokojnie, rzeczowo. Tak jakby nad hotelem regularnie nie latały rakiety. Jak wygląda jej codzienność?


Reklama

– Koncentrujemy się na osobach potrzebujących wsparcia po ewakuacji, wewnętrznie przemieszczonych. Przyjeżdżają do miasta z minimalnym bagażem i maksymalnym zmęczeniem. Czasem mają tylko walizkę i kota pod pachą.

Mieszkanka Kupiańska ewakuowana do Charkowa z mężem i kotem Riżykiem. (fot. Helena Krajewska, PAH) (fot. Helena Krajewska / Polska Akcja Humanitarna)

Pomoc zaczyna się od rzeczy najbardziej podstawowych, ale szybko przechodzi w obszary, o których w czasie pokoju się nie myśli.


Reklama

Krajewska wymienia działania: naprawy po nalotach, rejestrowanie do pomocy opałowej, wsparcie gotówkowe, żeby ludzie mogli decydować sami.


Reklama

Bliskość wojny zmienia wszystko

Do tego dochodzi „protection” – sektor ochrony. Brzmi formalnie, ale dotyczy najbardziej intymnych spraw: głowy, pamięci, dokumentów, prawa.

Pomoc psychologiczna, społeczna, prawna… Wielu ucieka, zostawia dokumenty, ma problemy w kwestiach prawnych, formalnych, więc to też bardzo ważne.

Są też centra tranzytowe: punkty, do których ludzie docierają po ewakuacji i czekają na to, co dalej. Helena właśnie wróciła z jednego z takich miejsc. Charków jest blisko frontu – zaledwie 30-40 km. Miejsca takie bywają wręcz pełne.


Reklama

Bliskość wojny zmienia wszystko: rytm dnia, poziom czujności, to, jak mieszkańcy reagują na syreny, choć alarm alarmowi nierówny.


Reklama

– Wiele pocisków przelatuje nad miastem i kieruje się w stronę innych miejscowości. Dlatego, gdy wyją syreny, ludzie nie tylko słuchają – oni sprawdzają od razu na Telegramie, skąd wystrzelono rakietę. Z doświadczenia wiedzą, co może oznaczać kierunek i czas. Gdy leci pocisk, na reakcję jest bardzo mało czasu – 15-45 sekund.

Mariia, mieszkanka obwodu mikołajowskiego, której pomaga PAH. (fot. Helena Krajewska, PAH) (fot. Helena Krajewska / Polska Akcja Humanitarna)

Są alarmy krótkie, po których nic się nie dzieje. Są takie trwające godzinami. Są drony – czasem mylące, czasem zabójcze. – Niektóre to tylko zmyłka, niektóre niosą 5 kg ładunków wybuchowych, a inne to faktycznie shahedy.


Reklama

Dwie potrzeby

Nie ma możliwości, że po tylu latach człowiek chociaż odrobinę nie przyzwyczai się do tej nienormalnej sytuacji.


Reklama

Helena przytacza obrazy z ostatnich dni. – Kilka dni temu doszło do ataku, w którym zginęli ojciec z trójką dzieci, a ranna została matka w ciąży. Niedawne bombardowanie dotknęło Łozową, gdzie kilkanaście tysięcy osób odcięto od dostępu do wody i ogrzewania. Woda wróciła, ciepło jeszcze nie.

W takim świecie potrzeby są dwie: pieniądze i psychika. – Po czterech latach wojny każdy ma traumę. Tutaj naprawdę żyje się pod bombami, pod dronami.


Reklama

Kiedy pytam o emocje, kobieta przytacza historię starszego małżeństwa i innych osób spotykanych przez lata.


Reklama

– Są pogodzeni z losem, ale im dłużej się z nimi rozmawia, tym częściej pojawiają się łzy, osamotnienie, rozpad. Mówią o wnukach, których nie widzieli od wybuchu wojny.

Krajewska wraca myślą do rozmowy sprzed dwóch lat, z kobietą z obwodu mikołajowskiego.

– Starsza pani wspomina o tym, że przed wojną było dobrze, bo jeździła do siostry. Teraz… ona już nie ma szansy na to, żeby to zrobić. Jedyną osobą, która do niej przychodzi, jest nasza pracowniczka społeczna. Stała się jej „rodziną”. Rozrywa mi serce, gdy słyszę te historie.


Reklama


Reklama

Szkoła na stacji metra

Najbardziej zapadają jej w pamięć dzieci.

W Charkowie uczą się wyłącznie w szkołach podziemnych lub zorganizowanych na stacjach metra – albo w całości online. Nie ma możliwości odbywania zajęć stacjonarnych w inny sposób, bo zbyt wiele placówek zbombardowano.

Podziemna szkoła w Charkowie. (fot. Helena Krajewska, PAH) (fot. Helena Krajewska / Polska Akcja Humanitarna)


Reklama

Pod ziemią są ławki, tablice, a nawet sale wyciszenia. – Nie jest zdrowe, żeby siedzieć osiem godzin pod ziemią, więc dzieci przychodzą na zmiany. Oczywiście nie ma WF-u.


Reklama

Zamiast tego są inne lekcje. – Pokazywane są różne typy min, w tym takie w kształcie motylków czy listków, które dzieci omyłkowo mogą podnieść z ziemi i zostać ranne.

Dzieci w szkole uczą się rozróżniać miny. (fot. Helena Krajewska, PAH) (fot. Helena Krajewska / Polska Akcja Humanitarna)

Młodzi uczą się też pierwszej pomocy oraz zdobywają wiedzę psychologiczną.


Reklama

– Wielu jest bardzo otępiałych. Powoli nie pokazują żadnych emocji.


Reklama

Lalki w pięknym mieszkaniu

Helena pamięta dziewczynkę urodzoną już podczas pełnoskalowej agresji. Bawi się lalkami w półmroku pięknego mieszkania, w którym okna są zabite płytami.

– Rodzice mówili: może jeszcze rok, może półtora, ale potem wyjedziemy z Charkowa, bo dziecko nie powinno dorastać w takich warunkach.

Wyjeżdżają wcześniej. – Nie wytrzymali. Powiedzieli mi przez telefon, że córka nie powinna mieć nad sobą takiego ciężaru psychicznego, bo już zbyt wiele rozumie.


Reklama

Z kolei dwudziesto- i trzydziestolatkowie tęsknią za prostymi czasem rzeczami. – Żeby wreszcie móc gdzieś polecieć samolotem. Żeby z frontu lub z zagranicy wróciły ich miłości.


Reklama

Krowy z imionami

Na początku wojny sporo mówi się o porzucanych zwierzętach. Nie wszystkim udaje się je zabrać.

 – Bardzo wielu Ukraińców uciekając, po prostu nie miało miejsca w samochodzie. Serce im się krajało, ale musieli zostawić te zwierzęta. W obwodzie charkowskim są dziś watahy bezpańskich, agresywnych psów.

Ale jest też inna historia. – Kiedy sąsiedzi wyjechali, jedna z moich rozmówczyń jeździła do opustoszałych miejscowości i wyłapywała krowy chodzące luzem. Teraz ma ich ponad 20. Wszystkie mają imiona.


Reklama

A dlaczego ludzie wracają? Dlaczego niektórzy w ogóle nie wyjeżdżają?

 – Bo tu jest dom. Dom to najważniejsza rzecz. Te cztery ściany, dach – to jest ich miejsce, ich ziemia. Gdzie się urodzili, gdzie zmarli ich rodzice.

– W Ukraińcach jest nadzieja – mówi Helena – ale inna niż kiedyś. – Przeplata się ze zmęczeniem. Teraz wszyscy liczą na święty spokój. Na to, żeby było cicho.

„Codziennie nie wiesz, czy się obudzisz”

Bo wojna nie kończy się w momencie podpisania dokumentu. – Przed tym narodem jest cała masa pracy. Nie chodzi tylko o odbudowę infrastruktury. Chodzi o to, aby nie umarło społeczeństwo.


Reklama

Na koniec Helena cytuje słowa, które słyszy od współpracowniczki PAH z Zaporoża.


Reklama

– Co robisz? Idziesz spać i musisz zaakceptować fakt, że nie wiesz, czy się obudzisz. I tylko w ten sposób jesteś w stanie następnego dnia wstać, pójść do pracy, na zakupy, położyć dzieci spać. I codziennie od nowa.

Siedem alarmów jednego dnia.


Reklama

Źródło: Zero.pl
Aleksandra Cieślik
Aleksandra CieślikReporterka i wydawczyni

Reklama