Reklama
Reklama
Moto

Kij zamiast marchewki. Droga ropa stymuluje sprzedaż aut elektrycznych lepiej niż dopłaty

Wszyscy spodziewali się znacznego ostudzenia rynku aut elektrycznych w Polsce, gdy dopłaty z programu NaszEauto wyczerpały się. Nadszedł jednak niespodziewany bodziec: drogie paliwo. Podobnie jak inne duże kraje UE, Polska notuje imponujące wzrosty w segmencie samochodów bezemisyjnych.

Tymon Grabowski
Felieton autorstwa: Tymon Grabowski
Wczoraj 21:09
5 min
Gniazdo ładowania CCS - europejski standard. (fot. Mercedes-Benz AG – Communications & Marketing / Mercedes-Benz)

Reklama

  • Imponujące wzrosty sprzedaży samochodów elektrycznych w Europie to wyraźny efekt wzrostu cen paliw.
  • W Niemczech już co czwarte sprzedane auto jest napędzane prądem, we Francji - prawie co trzecie.
  • Rządy mają teraz potwierdzenie: da się rozkręcać elektromobilność kijem, a nie tylko marchewką.

Reklama

Gdy kilka miesięcy temu rozmawiałem z przedstawicielem jednej z największych w Polsce marek samochodowych, wyrażał zaniepokojenie, że od nowego roku udział samochodów elektrycznych znacznie spadnie, ponieważ skończą się dopłaty. Paliwo było wtedy względnie tanie i stabilne cenowo. Wystarczyło spojrzeć na przykłady innych krajów, jak Holandia czy Niemcy, gdzie wygaszenie dopłat było ciosem dla rynku – zwłaszcza w Niemczech, gdzie stało się to z dnia na dzień i bez ostrzeżenia. Tymczasem przeszłości po raz kolejny nie udało się przewidzieć. 

Samochody elektryczne bez dopłat potaniały, a paliwo poszybowało w górę przez wojnę z Iranem

Przecierałem oczy ze zdumienia widząc oferty wyprzedażowe producentów – Volkswagena ID.3 można było wyrwać o 40 tys. zł taniej niż jego pierwotna cena w momencie premiery, całkiem duży i wygodny Leapmotor B10 kosztował mniej niż 100 tys. zł, a bank rozbiła Tesla z promocją na model Y za 166 tys. zł. Wyglądało to trochę tak, jakby od dawna szykowano się na ten moment, gdy dopłaty znikną i wszyscy zdążyli odpowiednio się przygotować. W międzyczasie kolejne programy dopłat wprowadziły największe kraje Unii Europejskiej i oto mamy podsumowanie pierwszego kwartału bieżącego roku z imponującymi wzrostami. 

W Polsce miesiąc w miesiąc rejestruje się ponad 3 tys. samochodów elektrycznych. W lutym wprawdzie było to tylko 4 proc. rynku – spodziewany efekt wygaszenia dopłat – ale w marcu już 5,3 proc., z trendem wyraźnie wzrostowym. Oczywiście na tle Europy Zachodniej wciąż wypadamy źle (lub dobrze, jeśli nienawidzisz samochodów elektrycznych), ale nawet ten mały udział rynkowy sprawia, że w Polsce jest coraz więcej aut na prąd i ich liczba albo już przekroczyła 250 tys., albo się do tej wartości zbliża. 


Reklama

Tymczasem w Niemczech nowy program dopłat przeznaczony dla osób o niższych dochodach już działa i to skutecznie. Co czwarte sprzedane tam auto jest elektryczne. We Francji udział BEV (ang. Battery Electric Vehicles) wyniósł w marcu ok. 28 proc. wspomagany przez bardzo korzystny dla obywateli program leasingu socjalnego, w Wielkiej Brytanii – 22 proc.


Reklama

Można już stwierdzić, że co piąty samochód sprzedany jako nowy w UE w marcu tego roku był elektryczny.

Nawet twardo oponujący wobec elektryfikacji Włosi zaczęli kupować samochody na prąd, choć ich udział jest na razie podobny jak w Polsce. 

Olej roślinny jako paliwo do diesla. Pomysł wrócił w obliczu cen ropy


Reklama

Przestańcie płakać

To każe się zastanowić nad zasadnością niekończących się płaczów i narzekań ze strony producentów, którzy tak okrutnie żałują, że „przeinwestowali w auta elektryczne”. Wynik 21 proc. jest znakomity, czego się spodziewali? Tego, że Unia w pięć lat zamieni się w drugą Norwegię? Prezesi koncernów motoryzacyjnych znowu okazali się być odklejeni od rzeczywistości. Nieświeże, znałem. Tak, mamy takie kraje jak Dania, gdzie elektryczność to już trzy czwarte rynku czy Finlandia, gdzie BEV to połowa nowych aut sprzedanych od początku roku. Ale tamte rynki są bardzo małe w liczbach, tak naprawdę liczą się Niemcy, Francja, Włochy i Hiszpania – to są kraje, bez których europejski rynek motoryzacyjny nie istnieje. My stanowimy „drugi garnitur” wespół z Belgią, Holandią czy Austrią. 


Reklama

Wygląda jednak na to, że znaleziono ostateczny sposób na zwiększanie udziału elektryczności w ogólnym mixie motoryzacyjnym. Po prostu paliwo tradycyjne musi być bardzo drogie, a do tego jeszcze nieźle, żeby było trudno dostępne. Można się zastanawiać – przynajmniej w kontekście oszczędzania ropy i redukcji emisji – czy rząd dobrze zrobił, wprowadzając obniżki cen paliw i ceny maksymalne. Gdyby docisnąć kierowców jeszcze trochę mocniej, to staliby w kolejkach po „elektryki”. Tak, wiem – branży transportowej opartej na oleju napędowym nie da się przemienić w zelektryfikowaną w miesiąc. Ogólnie transformacja idzie wolniej niż oczekiwano, ale niewątpliwie proceduje. Nie widać już na horyzoncie niczego, co mogłoby ją zatrzymać. 

I co w związku z tym?

Nic. Na razie – zupełnie nic. Na razie widzisz, że w twojej okolicy pojawiło się trochę aut na zielonych tablicach i to tyle. Na razie nawet zyski wynikające z przechodzenia na samochody elektryczne wynikające ze zmniejszonego zapotrzebowania na ropę są znikome. W skali Europy mówimy o różnicy w popycie wynoszącej 5-6 tys. baryłek dziennie. Przyjdzie jednak dzień, gdy na twoim osiedlowym parkingu zielone tablice zaczną dominować. Lokalna stacja benzynowa zniknie, podobnie jak przywileje dla właścicieli aut na prąd. Przywilejem pozostanie sama możliwość jazdy prywatnym samochodem. A od każdego przejechanego kilometra trzeba będzie uiścić podatek. Kupując nowe auto elektryczne, przybliżasz nas do tej przyszłości. A nie kupując – czekasz na nią, zupełnie nieprzygotowany.