Ponad 20 pojazdów jednego dnia – tyle wynosi średnia liczba aut odebranych pijanym kierowcom od czasu wprowadzenia nowego przepisu o konfiskacie. – Mamy poważny problem alkoholizmu w Polsce. Nowe przepisy pokazały, jaka jest jego skala – mówi w rozmowie z portalem Zero.pl Łukasz Zboralski, ekspert ds. ruchu drogowego.

- Przepisy o konfiskacie aut obowiązują już ponad dwa lata. Samochodów nie tracą wszyscy pijani kierowcy, a tylko ci, którzy mają co najmniej 1,5 promila alkoholu w organizmie lub spowodują wypadek.
- Konfiskata na pewno przyczyniła się do obniżenia liczby wypadków powodowanych przez pijanych kierowców – wskazuje Łukasz Zboralski w rozmowie z Zero.pl.
- Mundurowi poinformowali też, że po zmianie przepisów dotyczących jazdy na obszarze zabudowanych odebrali prawo jazdy ponad 7 tys. kierowcom.
Ten przepis miał być batem na kierowców, którzy najpierw piją alkohol, a potem wsiadają za kółko. I jest, bo do tej pory odebrano, a potem zlicytowano pojazdy za kilka mln zł. Mowa o przepisie, który obowiązuje od 14 marca 2024 r. Przewiduje on, że nietrzeźwy kierowca, który ma co najmniej 1,5 promila alkoholu we krwi, musi się liczyć z utratą samochodu niezależnie od tego, czy spowodował wypadek drogowy.
Konfiskata samochodu czeka też tych kierowców, którzy spowodują katastrofę drogową lub wypadek, a badanie alkomatem wykaże, że mają w organizmie ponad promil. Wówczas policja tymczasowo zajmuje auto na okres do siedmiu dni, prokurator orzeka zabezpieczenie mienia, a następnie sąd zdecyduje o utracie pojazdu.
Do tej pory policja zajęła, czyli skonfiskowała ponad 15 767 pojazdów, z czego 1542 od stycznia do 5 kwietnia 2026 r. W 2024 r. było to 6423 pojazdów, a w 2025 r. 7802 pojazdy. To oznacza, że od momentu wprowadzenia przepisów, policja konfiskowała średnio ponad 20 pojazdów jednego dnia.
„Problem alkoholizmu w Polsce jest poważny”
– Konfiskata, która dotyczy ludzi mających w organizmie co najmniej 1,5 promila alkoholu pokazała nam, że mamy poważny problem alkoholizmu w Polsce. On się odbija na drogach, widoczny jest teraz w konfiskacie aut. Ktoś, kto ma 1,5 promila albo więcej, to zwykle nie jest człowiek, który się upił raz. Gdy ktoś normalny wypije alkohol i ma 1,5 promila, to najczęściej nie jest w stanie stać ani kręcić kierownicą, tylko leży. Tak wysokie stężenie alkoholu w organizmie utrzymują głównie alkoholicy. Konfiskata pokazała, jaka jest skala problemu – uważa Łukasz Zboralski, dziennikarz Kanału Zero i redaktor naczelny portalu brd24.pl.
Ekspert wylicza, że mniejsza liczba pijanych kierowców od razu przełożyła się na to, ile odnotowano wypadków śmiertelnych na polskich drogach.
– Odbieranie pojazdu tym ludziom jest dobrym narzędziem powstrzymującym ich w jakimś stopniu przed tym, żeby pojawiali się na drodze. Oprócz skali zatrzymanych pojazdów i sprzedanych już przez Skarb Państwa, bo to są miliony zł wpływu, my w pierwszych kwartałach tego roku mieliśmy spadek o 30 proc. liczby zabitych w wypadkach przez pijanych kierowców w porównaniu do tego samego okresu w ubiegłym roku. Konfiskata na pewno przyczyniła się do obniżenia liczby wypadków powodowanych przez pijanych kierowców, bo teraz oni po prostu nie mają czym jeździć – zaznacza Zboralski.
Uśmiechnięty Syzyf. O pierwszych miesiącach prezydentury Karola Nawrockiego
Prawie 8 tys. „zawieszonych” praw jazdy w niespełna pół roku
Kolejnym sposobem na to, by zmniejszyć liczbę wypadków na drogach, jest obowiązujący od tego roku przepis dotyczący dopuszczalnej prędkości jazdy. Od 3 marca policjant zatrzyma prawo jazdy na trzy miesiące w przypadku kierowania pojazdem z prędkością przekraczającą dopuszczalną o więcej niż 50 km/h nie tylko na obszarze zabudowanym, ale także na drodze jednojezdniowej dwukierunkowej poza obszarem zabudowanym.
Zapis dotyczący obszaru zabudowanego obowiązuje od 1 stycznia 2026 r., a ten odnośnie drogi jednojezdniowej poza obszarem zabudowanym – od 3 marca 2026 r. Kierowcy, którzy przekroczą w tych miejscach dopuszczalną prędkość o ponad 50 km/h mogą stracić prawo jazdy na trzy miesiące.
I, jak pokazują dane policyjne, tracą.
– W okresie od 1 stycznia 2026 r. do 14 kwietnia 2026 r. funkcjonariusze Policji ujawnili 6148 naruszeń przekroczenia prędkości o ponad 50 km/h na obszarze zabudowanym. Z kolei od 3 marca 2026 r. do 14 kwietnia 2026 r. wykryto 1487 naruszeń przekroczenia prędkości o ponad 50 km/h poza obszarem zabudowanym na drogach jednojezdniowych dwukierunkowych – poinformował asp. Karol Gruda z Biura Komunikacji Społecznej Komendy Głównej Policji w odpowiedzi na pytania portalu Zero.pl.
Łukasz Zboralski w rozmowie z naszym serwisem stwierdza, że nowy przepis skutecznie odstrasza od szybkiej jazdy najbardziej nieodpowiedzialnych kierowców. I to pomimo stosunkowo niewielkiej liczby patroli na polskich drogach.
– Pierwszy wniosek jest taki, że nowe przepisy i kara, która grozi kierowcom powodują, że obcinamy ten peak najszybszych kierowców na drodze. Oni realnie boją się kary, bo trzy miesiące bez prawa jazdy to dużo. Kierowcy zaczynają się pilnować, żeby już jednak powyżej tej granicy się nie rozpędzać, nawet jeśli łamią zasady. Czyli taka kara działa na ten odsetek najszybszych kierowców w Polsce i działa, moim zdaniem, skutecznie – stwierdza Zboralski.
Tam trafiają pieniądze z mandatów i licytacji. „Każdy, kto płaci, buduje sobie więcej asfaltu”
Według eksperta, na zmianę mentalności u kierowców trzeba jeszcze poczekać.
– To, że łapiemy tylu kierowców poza obszarem zabudowanym, jest skutkiem przyzwyczajenia Polaków do szybkiej jazdy i rzadkich kontroli policji. Myślimy, że nawet jeśli jedziesz poza zabudowanym 150 km/h, to tak naprawdę grożą tylko punkty karne i mandat, że trzeba tylko uważać na obszarze zabudowanym, a poza nim można sobie pozwalać na bardzo dużo – zaznacza.
I dodaje: – To potrwa miesiące, może rok, kiedy zaobserwujemy zmianę i na drogach poza obszarem zabudowanych pozbędziemy się tych najbardziej agresywnych, najszybciej jeżdżących kierowców.
Ekspert odpiera też argumenty przeciwników wprowadzania bardziej surowych przepisów. Według Zboralskiego, wpływy z mandatów nie są na tyle istotne, by policja mogła opierać o nie budżet.
– Bardzo bym chciał, żebyśmy przestali w Polsce traktować to, że policja łapie osoby łamiące prawo jako coś złego. Nikt z nas nie uważa, że zatrzymywanie włamywaczy to coś złego. Tymczasem narósł taki mit, że mundurowi muszą zatrzymywać kierowców, żeby naciągnąć kasy do budżetu. Tymczasem obecnie mandaty drogowe trafiają tylko w jedno miejsce i to jest Krajowy Fundusz Budowy Dróg. Więc każdy, kto płaci mandat, buduje sobie więcej asfaltu – zaznacza.
Projekt czeka, bieda rośnie. Dlaczego pomoc społeczna nie działa?
W 2024 r. suma opłata za mandaty wynosiła 632 mln zł i stanowiła 2,6 proc. budżetu Krajowego Funduszu Drogowego (24,29 mld zł). W 2025 r. było to 2,25 proc. (mandaty ok. 650 mln zł, budżet KFD – 28,85 mld zł).
Z kolei pieniądze z licytacji aut odebranych pijanym kierowcom otrzymuje Skarb Państwa. Trafiają do Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym oraz Pomocy Postpenitencjarnej (Fundusz Sprawiedliwości). Z raportów Ministerstwa Finansów wynika, że łączna kwota uzyskana z licytacji pojazdów przez dwa lata (marzec 2024 r. – kwiecień 2026 r.) wynosi blisko 27 mln zł.
