Prezydentura Karola Nawrockiego wymyka się prostym ocenom. Ale nie dlatego, że mamy do czynienia z jakąś szczególną polityczną finezją, lecz raczej z prymatem bieżącej komunikacji nad strategiczną wizją. Jego styl jest zupełnie inny niż ten, który przez dwie kadencje kojarzył się z Andrzejem Dudą.
Jednak łączy ich na pewno to, że jest to prezydentura wpisana w istniejący konflikt polityczny przy jednoczesnym podążaniu za retoryką obozu politycznego, który jego kandydaturę wypromował. I nie jest to wcale oczywisty wybór. Bo dawno nie było aż takiej potrzeby, ale też i okazji, by prezydent był arbitrem, a nie zawodnikiem jednej z drużyn.
Aktywność bez pozytywnej sprawczości
Prezydentowi nie można odmówić pracowitości. Od początku swojej kadencji przedłożył już ok. 20 projektów ustaw. Warto to przypomnieć, bo częściej wytyka mu się dużą liczbę ustaw, które zawetował. Nie odpuszcza też przekazu. Prezydent Nawrocki jest wszędzie – w mediach, w symbolach, w przekazie, a dopóki nie stało się to przedmiotem głośnej afery związanej z promocją firmy produkującej gadżety z hasłem „NowRocky”, również w handlu internetowym.
Problem w tym, że za tą obecnością i projektami symbolicznymi dla obozu prawicy, jak „Tak dla CPK” czy „Stop banderyzmowi”, rzadko idą decyzje, które realnie porządkują państwo. Oczywiście, że obóz rządzący też gra w swoją grę, ale to rolą opozycji, a nie prezydenta, jest wzięcie udziału w tej rozgrywce.
A gdy już pojawiają się projekty odnoszące się do najbardziej palących w Polsce spraw, to ujawniają rzeczywiste intencje prezydenta wynikające z bieżącej politycznej potrzeby, a nie troski o rozwiązanie ciągnących się od lat sporów.
Prawo jako narzędzie walki
Dobrym przykładem jest skierowany do Sejmu projekt ustawy o przywróceniu prawa do sądu i rozpoznania sprawy bez nieuzasadnionej zwłoki. W jego założeniach pojawia się wątek odpowiedzialności za podważanie statusu i wyboru sędziów, ale też za kwestionowanie działań wybranych instytucji. Symptomatyczne, że wśród nich wymieniono tylko te, które zostały „zhakowane” przez rząd Prawa i Sprawiedliwości, jak Trybunał Konstytucyjny czy Krajowa Rada Sądownictwa.
Karol Nawrocki w Kanale Zero. Prezydent będzie gościem Stanowskiego i Mazurka
Nie wspomniano np. o odpowiedzialności za podważanie prawa Sejmu do wyboru sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Lecz gdyby odnieść te pomysły legislacyjne do obecnej sytuacji, to prezydent, faktycznie odmawiając przyjęcia ślubowania od czwórki sędziów, sam narusza zasady, które proponuje innym. To nie jest spójna polityka instytucjonalna kierowana troską o załagodzenie kryzysu praworządności. To kolejny taniec wojenny wokół niezależności instytucji publicznych.
Ograniczona samodzielność
Z pewnością prezydent ma inną ocenę kryzysu praworządności w Polsce niż ja, więc pewnie się z oceną przedstawioną powyżej specjalnie nie przejmie. Ale to, co jednak może być dla prezydenta jeszcze bardziej problematyczne i rzutujące nie tylko na ocenę dotychczasowej kadencji, ale też na jego polityczną przyszłość, to coraz bardziej wyraźne napięcie między zapowiedzią samodzielności a polityczną praktyką.
Nawrocki miał być prezydentem „własnej drogi”, wybijającym się ponad zaplecze partyjne. Tymczasem, począwszy od obsady Kancelarii Prezydenta, trudno wskazać moment, w którym realnie wyszedł poza logikę polityczną Jarosława Kaczyńskiego. Mamy obrazy „fightera” na siłowni – budujące wizerunek siły i niezależności – ale polityka nie rozgrywa się w kategoriach „wzięć na klatę”, tylko zdolności do samodzielnych decyzji i budowania mostów z różnymi środowiskami. Tu, częściej niż autonomię, widzimy raczej funkcję wspierającą wobec PiS.
Prezydent na transatlantyku
Ten brak samodzielności dobrze widać nie tylko w sferze propozycji legislacyjnych, ale też w polityce zagranicznej. Pewne wrażenie samodzielności dawały sygnały dystansowania się od Viktora Orbána, które mogły sugerować próbę bardziej wyważonej pozycji, ale następnie nastąpiły ostentacyjne – nawet jeśli retorycznie łagodzone – oczywiste gesty poparcia. Podobnie można oceniać zachowanie Karola Nawrockiego, biorącego udział w ofensywie MAGA (Make America Great Again – „Uczyńmy Amerykę znów wielką”) na Europę.
Szczególnie wyraźnie widać to na przykładzie weta wobec ustawy wdrażającej SAFE. Zbiegło się ono z komentarzami strony amerykańskiej, w tym ambasadora USA w Warszawie, wyrażającymi zaniepokojenie brakiem potencjalnego inwestowania w sprzęt wojskowy produkowany po drugiej stronie Atlantyku. Decyzja o wecie nie była merytoryczna, ale przede wszystkim polityczna. Pokazała, że nawet w sprawach fundamentalnych zaczyna brakować minimalnego pola zgody między głową państwa a rządem.
Tor Poznań zostaje. Krzysztof Stanowski: Zlikwidować bloki
Co więcej, zaproponowana przez Karola Nawrockiego alternatywa ma charakter pozorny i chyba nawet nie do końca jest zrozumiała dla jego politycznego sprzymierzeńca, prezesa NBP Adama Glapińskiego. Z pewnością nie odpowiada ona realnie na wyzwania, które regulacja wdrażająca SAFE miała rozwiązać, i sprawia wrażenie raczej próby utrzymania politycznej narracji i pozoru sprawstwa niż konstruktywnej propozycji legislacyjnej, która wzmocni bezpieczeństwo Polski.
Szkodliwy cynizm
Podobną logikę widać w przypadku weta do ustawy wdrażającej DSA (czyli unijny Akt o usługach cyfrowych). Mimo że Senat usunął lub złagodził wiele przepisów, które mogły budzić wątpliwości, prezydent zdecydował się ją zablokować – odwołując się do argumentów opartych na nieprecyzyjnych, a miejscami po prostu nieprawdziwych interpretacjach jej treści. W praktyce oznacza to zignorowanie realnego problemu rosnącej nieprzejrzystości działania platform społecznościowych oraz bardzo ograniczonego wpływu użytkowników na zasady, które ich dotyczą.
Temat „wolności w internecie” i walki z cenzurą jest politycznie nośny i najwyraźniej został wybrany jako pole konfrontacji. Tyle że efekt jest odwrotny do deklaracji. Zamiast zwiększyć ochronę użytkowników, weto utrwala sytuację, w której to w dużej mierze amerykańskie platformy mają więcej władzy nad treściami i mogą podejmować decyzje bez realnej kontroli i przejrzystości.
Wybrzmiało to szczególnie, kiedy Marta Nawrocka podczas wizyty w Białym Domu słusznie mówiła o zagrożeniach, które dotykają dzieciaków w mediach społecznościowych. Swoim wetem prezydent uznał najwyraźniej, że nie są to zagrożenia wymagające zaopiekowania. Potwierdza to również powołanie w ostatnich dniach, obok osób siejących treści dezinformacyjne, przedstawicieli największych platform do prezydenckiej Rady Nowych Mediów.
Urząd ponad konstytucją
Coraz wyraźniej rysuje się również problem interpretacji samej roli prezydenta. Nawrocki zdaje się uzurpować sobie więcej władzy, niż daje mu konstytucja – funkcjonując nie jako element władzy wykonawczej współdziałający z rządem, ale jako jego recenzent, kontroler czy wręcz audytor.
Tymczasem polski model ustrojowy, poza instrumentem weta, w zdecydowanej większości obszarów opiera się na współpracy, a nie konkurencji między prezydentem a Radą Ministrów. Próba redefiniowania tej relacji w praktyce politycznej nie prowadzi do wzmocnienia państwa, lecz do pogłębiania chaosu decyzyjnego, rzutującego na kwestie bezpieczeństwa i stabilności państwa.
Dezercja z roli facylitatora
Wreszcie pojawia się kwestia zmarnowanej szansy na zniwelowanie napięć wokół kluczowych instytucji. Prezydent mógł – i nadal może – odegrać rolę mediatora w sporach dotyczących sądownictwa czy Trybunału Konstytucyjnego. Tymczasem jego działania często wpisują się w logikę „wyboru stron”, nawet jeśli komunikowane są cynicznie jako próba przywracania równowagi. Szczególnie wyraźnie widać to w sprawie ślubowania sędziów Trybunału Konstytucyjnego – obszarze, który stał się jednym z testów realnego podejścia do konstytucyjnej roli prezydenta.
Daniel Obajtek dołącza do stowarzyszenia Morawieckiego „Rozwój Plus”. „Nie wychodzę z PiS”
I tu warto odwołać się do twardych danych. Wyniki sondażu SW Research dla Zero.pl pokazują, że to właśnie w tej sprawie przeważają oceny krytyczne wobec działań prezydenta. Zdecydowanie negatywnie ocenia tę decyzję 35,2 proc. respondentów. To sygnał, że społeczne oczekiwanie wobec prezydenta jako arbitra i strażnika procedur nie jest spełniane. I znowu, jeśli nie moją oceną, to prezydent powinien zaniepokoić się, jaką wystawiają mu ocenę obywatele, w tym część jego elektoratu.
Jaką prezydent ma wizję na siebie?
To wciąż otwarte pytanie. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że mamy prezydenta, który bardziej zarządza kryzysem politycznym, niż go rozwiązuje, kierując się przy tym logiką wojny plemiennej, której kulminacją będą wybory w 2027 r. A to za mało – zwłaszcza w państwie, które najbardziej potrzebuje obecnie odbudowy zaufania do instytucji i wzmacniania bezpieczeństwa w oparciu o realne podstawy, a nie polegania wyłącznie na zaskakującej codziennie swoich sojuszników administracji Donalda Trumpa.
Ale to dopiero początek długiej kadencji. Pytanie, czy prezydent ma na nią wizję. Wykraczającą poza najbliższe wybory parlamentarne.

