Cherry Coke była doskonała. Choć automat w szkole chłodził napoje z entuzjazmem kaloryfera w lipcu, napój był zawsze idealnie zimny. Choć połowa zawartości puszki była spieniona w wyniku uderzenia o metalowy podajnik, pstryknięcie zawleczki dawało nie za długie i nie za krótkie syknięcie. Choć kupiony napój trzeba było pić duszkiem, by zdążyć przed koleżeńskim „daj łyka”, bo przecież w szkolnej ekonomii towary z automatu i sklepiku stanowiły dobro wspólne, w pamięci pozostaje spokojne picie z godnością nierealną wręcz dla 12-latka.
Powrót do przeszłości
Dziś, w 2026 r., znów mam 12 lat i stoję przed automatem z napojami. Pocieram monety o bok maszyny, by na pewno dobrze wleciały, by maszyna nie pożarła żadnej pięćdziesięciogroszówki; by nie było wstydu przed starszymi, którzy zobaczyliby, że młodemu zabrakło kasy, choć to przecież wina pazernego automatu.
Taszczę za sobą plecak, który wypakowany jest chyba kamieniami. Jeszcze tylko biologia i WF. Potem – być może, zależy od dnia – pójdę za szkołę obejrzeć „solo” dwóch gagatków, którzy o coś się pokłócili między lekcjami. Gdy bójka potrwa za długo, wszyscy rozejdą się we względnej zgodzie, bo konflikt konfliktem, ale trzeba zdążyć do domu na Dragon Balla.
Niekiedy Czarek powie: „Chodźcie do mnie, pogramy w »hirołsy«”. Trzecia część, wiadomo, najlepsza.
Innego dnia na podwórku, które wychowa porządnych mężów i ojców oraz kryminalistów odsiadujących wyroki – i nie do końca jeszcze wiadomo, kto znajdzie się w której grupie – wymyślimy jakąś głupotę. A najczęściej zagramy w karne. Piłka ustawiona na skraju chodnika, za słupki robią dwa drzewa. Bramkarz wykonuje robinsonadę za robinsonadą, pilnując jedynie, by nie rzucić się w pamiątkę zostawioną przez psa. Jedynym kibicem jest sąsiadka z parteru, której hałas z „boiska” niby przeszkadza, ale przecież ona drze się jeszcze głośniej niż my.
„Idźcie na boisko”. Super, świetny pomysł, jest jedno cztery przecznice dalej. Zawsze zajęte przez starszych. Trzeba ustawić się w kolejce. Gdy masz 12 lat, kolejka to od trzech do czterech lat. Decyduje przecież nie to, kto wcześniej przyszedł, tylko kto ma mocniejsze argumenty, aby na boisku zostać.
Ale to nic. Jest pięknie. W uszach wciąż mam Coco Jamboo, które ktoś – wciąż nie wiem kto – puszcza przez całe wakacje, przy otwartych oknach, na pełen regulator. Tak, że słyszy to 900 osób mieszkających w trzech blokach. Też słyszę. Dziś piję Cherry Coke, gram w „hirołsy" i słucham Coco Jamboo.
Wzrusza mnie gazowany napój
Cherry Coke wróciła. Nie jako wspomnienie ani opowieść na zasadzie „kiedyś to było”, nie jako pusta puszka-dekoracja kurząca się u ciotki na działce. Tak normalnie, na sklepową półkę. Pewnie na chwilę, jako „edycja limitowana”, ale można dotknąć, kupić, wypić. Kupuję nie napój, tylko rzutnik sentymentów i wehikuł czasu.
Mam 38 lat i wzruszam się już nie tylko przejmującym filmem, dobrze napisaną książką i pięknie skomponowaną muzyką, pierwszym listem miłosnym znalezionym przez przypadek podczas przeprowadzki. Wzrusza mnie, jakkolwiek to brzmi, gazowany napój.
Pierwszy łyk powoduje, że nie myślę o sprawdzaniu maili, wykłócaniu się z chowającymi się za pseudonimami ludźmi na Twitterze, rachunkach, które trzeba zapłacić. Staję się chłopakiem dobrym z polskiego, kiepskim z plastyki, modlącym się przed WF-em o piłkę nożną lub ping-ponga, a rozczarowanym wyrzuconą z kantorka wuefisty piłką do koszykówki. Jestem przez chwilę kimś, kto nie ma pojęcia, że zatęskni za szkolnym dzwonkiem. Kto wróci do domu z przygotowaną przez mamę kanapką, bo zjadłem hamburgera, a właściwie coś udającego hamburgera, kupionego w szkolnym sklepiku. Dzięki puszce Cherry Coke pamiętam tego hamburgera, zapiekankę, chrupki kukurydziane, lody z podwórkowego sklepiku, czekoladę z okienkiem. I oczywiście chipsy z tazosami, o które się potem walczyło z kolegami.
Dałem się naciągnąć
Mówcie, co chcecie – że to skok na kasę, gra na sentymencie, inny (gorszy) smak. Oczywiście, gdzieś w korporacyjnym biurze na pewno ktoś miał prezentację z wykresami, segmentacją konsumentów i slajdem zatytułowanym „Potencjał smaków nostalgicznych w grupie 30+”. Jeden powiedział, że „jest przestrzeń na trendy retro”, drugi dopowiedział o „emocjonalnej reaktywacji marki”, cokolwiek by to znaczyło.
A my, dorośli ludzie, którzy udajemy, że jesteśmy odporni na takie sztuczki, natychmiast daliśmy się złapać.
I nie mam z tym żadnego problemu. Nie wszystko w życiu musi być racjonalne. Czasem, przy pełnej świadomości, warto dać się komuś naciągnąć, dać z siebie zrobić marketingowy łup.
Czy smak jest ten sam co kiedyś? Nie umiem odpowiedzieć. Przecież pamięć o smaku sprzed kilkudziesięciu lat jest warta tyle, ile pięknych wspomnień zostało nam w głowie.
Nie analizuję dziś aromatu, poziomu słodyczy, profilu sensorycznego (podobno coś takiego istnieje w napojach, właśnie to wygooglowałem). Nie zastanawiam się ani nad tym, czy smak wiśni dominuje nad smakiem coli, czy smak coli dominuje nad smakiem wiśni. Na liczbę kalorii zamkniętych w puszce nawet nie patrzę, bo przecież znów jestem w czasach, w których hamburgery sprzedawano w szkolnym sklepiku.
Dlatego nie umiem powiedzieć, czy to „to samo co kiedyś”. Ale przecież też nie jestem ten sam. Włosów mniej, kilogramów więcej, codziennym zmartwieniem stało się spamiętanie haseł do wszystkich serwisów i aplikacji.
Rozterki starego człowieka
Piję Cherry Coke i zastanawiam się, czy za 25 lat ludzie około czterdziestki będą mieli co wspominać. Dziś telefon sprzed pięciu lat wygląda niczym muzealny eksponat. Aplikacja, której obsługi nauczyliśmy się w poniedziałek, w czwartek ma już nowy interfejs. Ba, nawet słowa używane przez młodzież brzmią jak skróty z instrukcji obsługi wojskowego drona. A gdy chcę wejść w ten świat i go zrozumieć, okazuje się, że nie ma sensu już uczyć się staroci sprzed kwartału.
Zastanawiam się, całkiem na poważnie, czy powstają dziś kotwice dzieciństwa, które za kilkadziesiąt lat otworzą całe puszki wspomnień. I zapewne tak jest, tylko ja już jestem na etapie, gdy swoje kotwice widzę i się nimi podniecam. A obok tego, co wpędzać będzie za ćwierć wieku w chęć powrotu do 2026 r., przechodzę obojętnie i zupełnie nieświadomie. Inna rzecz, że przecież sentyment pojawi się dopiero wtedy, gdy coś zniknie.
Przecież tu nie chodzi o Cherry Coke. Po prostu każdy z nas czeka na rzecz, która kiedyś zniknęła bez pożegnania, a potem nagle wraca i udaje, że minęło tylko kilka minut.

