Reklama
Reklama

To dopiero początek klimatycznej rewolucji UE. Koszty dla Polski liczone są już w bilionach

TYLKO NA

Nowy cel klimatyczny UE oznacza drenaż polskiej gospodarki i naszych portfeli. Pokazują to twarde dane. Paradoks polega na tym, że globalne emisje nie maleją, choć UE wydaje krocie na Zielony Ład. Co gorsza, ekologiczne ambicje Europy to klasyczny strzał w stopę. Realizując je za wszelką cenę, wygaszamy swój przemysł, uzależniając się coraz bardziej od tego, co produkuje reszta świata.

UE zaostrza klimatyczny kurs – nowy cel to ścięcie emisji o 90 proc. do 2040 r.
UE zaostrza klimatyczny kurs – nowy cel to ścięcie emisji o 90 proc. do 2040 r. (fot. Łukasz Gdak, Paweł Wodzyński, Sebastien Bozon / East News, magnific.com, Zero.pl)
  • UE zaostrza klimatyczny kurs. Dotychczasowy cel redukcji emisji o 55 proc. do końca obecnej dekady doczekał się o wiele bardziej radykalnego następcy.
  • Wspólnota chce ściąć emisje aż o 90 proc. do 2040 r. Dotyczyć ma to wszystkich sektorów gospodarki.
  • Rachunek za politykę klimatyczną jest jak niekończący się wydruk z kasy fiskalnej. Ministerstwo środowiska oszacowało, że nawet jeśli do 2040 r. wydamy na transformację energetyczną 3,5 bln zł, zredukujemy emisje o niecałe 75 proc.
  • Pół biedy, gdyby przyniosło to same dobre skutki. Ale coraz więcej danych wskazuje na to, że dekarbonizacja wypycha z UE przemysł, osłabia rolnictwo i prowadzi do rosnącego uzależnienia od tego, co wyprodukuje Azja czy Ameryka Południowa. A poziom globalnych emisji nie spada.
  • Gorzki przedsmak transformacji poznamy już w 2028 r. Wtedy wejdzie w życie system ETS2, który uderzy w kierowców i właścicieli domów.

„Europa nie może stać się kontynentem ludzi i idei naiwnych. Jeśli zbankrutujemy, to nikt już nie będzie dbał o środowisko naturalne na świecie” – tych słów nie wypowiedział prezydent Karol Nawrocki, kierując do Senatu wniosek o przeprowadzenie referendum w sprawie unijnej polityki klimatycznej, ale premier Donald Tusk, kiedy w styczniu 2025 r. na forum Parlamentu Europejskiego przedstawiał priorytety polskiej prezydencji w Radzie Unii Europejskiej.

„Musimy uczciwie sobie powiedzieć, że niektóre regulacje europejskie doprowadziły obiektywnie do tego, że cena energii w niektórych krajach europejskich jest nieakceptowalnie wysoka. Jak wy chcecie konkurować z gospodarką amerykańską czy chińską, jeśli będziemy mieli trzykrotnie droższą energię?” – pytał szef polskiego rządu.

Europa nie zatrzymuje się na zielonej drodze

Europa nie tylko nie odpowiedziała na to pytanie, ale wręcz zignorowała krytykę Donalda Tuska pod adresem Zielonego Ładu. W marcu 2026 r. Rada UE przyjęła nowy pośredni cel klimatyczny dla państw członkowskich. Zakłada on redukcję emisji gazów cieplarnianych netto do 2040 r. o 90 proc. w porównaniu z poziomem z 1990 r. Jego realizacja ma przybliżyć Wspólnotę do osiągnięcia neutralności klimatycznej do 2050 r. we wszystkich sektorach gospodarki.

Reklama
Reklama

Droższe nawozy grożą podwyżkami cen żywności. Bruksela rusza z planem ratunkowym

Unia od dekad toczy batalię o klimat. Pierwszy cel (z 2008 r.) zakładał redukcję emisji o 20 proc. do 2020 r. względem 1990 r. Europa go przekroczyła. Pomogła pandemia, która zamroziła gospodarkę, transport i zużycie energii. Potem cel na 2030 r. podniesiono do 40 proc. W 2019 r. Zielony Ład wyznaczył nowy kierunek: zeroemisyjność UE do 2050 r. Już rok później zaostrzono plan na 2030 r. Program „Fit for 55” nakazał redukcję o minimum 55 proc.

– I tak dotarliśmy do 2026 r. – mówi portalowi Zero.pl Marcin Izdebski, ekspert branży energetycznej związany z Fundacją Centrum Strategii Rozwojowych (CSR), przewodniczący Rady Energii i Zasobów Naturalnych przy Prezydencie RP. Proponuje przy tym pewne „ćwiczenie umysłowe”.

– Wyobraźmy sobie, że chcemy zrealizować cel redukcji emisji o 90 proc., w  ogóle nie dotykając rolnictwa, które obecnie odpowiada za 12 proc. wszystkich emisji w UE (8 proc. emisji z 1990). By zrekompensować to np. w transporcie, musielibyśmy doprowadzić do sytuacji, w której w 2040 r. nie tylko nie będziemy sprzedawać aut spalinowych, ale w ogóle nie będziemy nimi jeździć. Nie będziemy też ogrzewać domów gazem i węglem, a całą energetykę będziemy mieć opartą o OZE. Do tego dochodzi jeszcze kwestia sił zbrojnych, których emisje już dziś szacuje się na ok. 1 proc. całości, a które będą rosły wraz z rozbudową potencjału obronnego.

Reklama
Reklama

Jak wyjaśnia nasz rozmówca, problem polega na tym, że cel redukcji emisji o 90 proc. dotyczy każdego sektora gospodarki. Przy czym, jeśli jakiś kraj uzna, że nie jest w stanie zrealizować tego celu np. w transporcie czy rolnictwie, może „nadrobić” to redukcją emisji w innych sektorach.

– Pierwsze cele redukcyjne były „zadane” sektorowi elektroenergetycznemu – realizował je on poprzez budowę farm wiatrowych, rozwój fotowoltaiki czy energetyki wodnej. Było to stosunkowo łatwiejsze. W przypadku rolnictwa czy transportu jest to o wiele bardziej wymagające – tłumaczy Marcin Izdebski. Dodaje, że tak określony cel na 2040 r. jest „niemożliwy do osiągnięcia”. – Jednak KE przyjęła go, nie badając nawet wpływu tych regulacji na gospodarkę.

Bilionowy rachunek za politykę klimatyczną

A wpływ ten – w przypadku Polski – jest liczony w bilionach złotych. Nie ukrywa tego Ministerstwo Klimatu i Środowiska, które w zaktualizowanym Krajowym Planie w dziedzinie Energii i Klimatu (aKPEiK) kreśli dwa scenariusze transformacji energetycznej Polski i związane z nimi koszty (MKiŚ używa terminu „nakłady inwestycyjne”).

Reklama
Reklama

Wymiar sprawiedliwości doszedł do ściany. I nie chodzi tylko o sędziów

W scenariuszu tzw. zrównoważonej transformacji (WEM, czyli „with existing measures”, a więc przy użyciu już dostępnych środków), całkowite nakłady Polski do 2040 r. oszacowane zostały na ok. 2,7 bln zł. Myli się jednak ten, kto sądzi, że dzięki takim wydatkom zrealizowalibyśmy nowy cel klimatyczny. Owszem, zmniejszylibyśmy emisje – ale nie o 90 proc., a tylko o 60,9 proc. w porównaniu z 1990 r.

MKiŚ podbiło więc stawkę. W scenariuszu przyspieszonej transformacji (WAM, czyli „with additional measures” – przy użyciu dodatkowych środków), nakłady inwestycyjne do 2040 r. oszacowano na ok. 3,5 bln zł. To też za mało. Takie wydatki pozwoliłyby na redukcję emisji o 74,8 proc. względem 1990 r.

Szacowane nakłady inwestycyjne Polski na realizację celów klimatycznych do 2040 r.

Szacowane nakłady inwestycyjne Polski na realizację celów klimatycznych do 2040 r. (fot. MKiŚ / Zero.pl)

Reklama
Reklama

– Duża część tych wydatków wynika z naturalnego cyklu inwestycyjnego: stare elektrownie (średni wiek bloku węglowego w Polsce to ok. 40 lat) i sieci zastępujemy nowymi – mówi Michał Grabka, Kierownik Planu Badawczego Klimat i Energia w Fundacji Instrat. – Nie zmienia to ogromnej skali wyzwania: Polska powinna negocjować możliwie największą pulę środków w nowym budżecie UE i tworzyć stabilne prawo, zachęcające prywatne firmy do inwestowania.

Do 2040 r. zostało nam 14 lat. Podzielone przez 14 nakłady inwestycyjne ze scenariusza WAM (3,5 bln zł) dają średnioroczne wydatki rzędu 250 mld zł. Według danych GUS z 12 maja br., wartość PKB Polski w 2025 r. (tzw. pierwszy szacunek) wyniosła 3,9127 bln zł. A zatem, chcąc realizować ambitniejszy scenariusz transformacji, musielibyśmy wydawać co roku kwotę odpowiadającą niespełna 6,39 proc. PKB naszego kraju za ubiegły rok. Dla porównania, w budżecie na 2025 r. Polska przeznaczyła na obronność 4,3 proc. PKB, a na ochronę zdrowia – nie mniej niż 6,5 proc. PKB (przy czym tu akurat bazą jest PKB z 2023 r., czyli kwota 3,41 bln zł).

Cel, którego nie da się osiągnąć?

A ile trzeba by wydać na zredukowanie emisji o 90 proc. do 2040 r.? Centrum Strategii Rozwojowych przygotowuje obecnie raport o ekonomicznych skutkach nowego celu klimatycznego, ale – jak zaznacza Marcin Izdebski – „precyzyjne liczenie, ile miałoby kosztować zrealizowanie go przez Polskę w pełni, jest niemożliwe”.

Dlaczego? – Bo jesteśmy absolutnie przekonani, że tego nie da się osiągnąć – odpowiada.

Reklama
Reklama

– Sam europejski przemysł odpowiada dziś za 19 proc. emisji. Musielibyśmy go więc całkowicie zamknąć, żeby np. zostawić rolnictwo w obecnym kształcie. Gdybyśmy z kolei chcieli zdekarbonizować rolnictwo, oznaczałoby to likwidację produkcji zwierzęcej, odpowiadającej za 8 proc. emisji. Pełna dekarbonizacja energetyki też jest niewykonalna, tym bardziej w ciągu 14 lat. Podobnie ma się rzecz z ciepłownictwem, które u nas jest wciąż silnie oparte na paliwach kopalnych. Czy w ciągu 14 lat da się doprowadzić do tego, że żaden dom w Polsce nie będzie ogrzewany węglem czy gazem?

Marcin Izdebski, Centrum Strategii Rozwojowych

Ciepłownictwo to bodaj największy problem Polski, jeśli chodzi o transformację energetyczną, jest ono bowiem ewenementem na skalę europejską. To ok. 400 przedsiębiorstw rozsianych po dużych, średnich i małych miastach (drugi co do wielkości rynek ciepła systemowego w UE) i 24 tys. km sieci ciepłowniczych. Dodatkowo sytuację komplikuje rozproszona struktura własnościowa. Dominuje w nim węgiel, wykorzystywane są także olej opałowy i gaz ziemny. O ile Polska coraz śmielej poczyna sobie w budowie elektrowni wiatrowych czy słonecznych, na ciepłownictwo wciąż nie ma kompleksowego pomysłu.

– Wiatr, fotowoltaika czy baterie to dziś dojrzałe i tanie technologie — realizacja takich celów w elektroenergetyce staje się realna; w ciepłownictwie trudniej o takie rozwiązanie w odpowiedniej skali – przyznaje Michał Grabka z Fundacji Instrat. – Ono w dużej skali występuje właściwie tylko w naszym regionie, Niemczech i Skandynawii. Czasem bywa w Brukseli nierozumiane. Polska powinna starać się na forum UE o jak największą pulę preferencyjnego finansowania, by pozwolić ciepłowniom, zwłaszcza tym w małych miastach, zastąpić stare jednostki węglowe pakietem technologii, które pozwolą zapewnić dostępne cenowo ciepło. Jeśli kluczowe rozwiązania, takie jak biometan, nie potanieją, konieczne może okazać się zabieganie o zmiany prawne.

Plany UE sięgają dalej niż wyobraźnia

Lista obszarów do transformacji jest długa. – Pozostaje jeszcze transport – mówi Marcin Izdebski z CSR. – Czy jesteśmy w stanie wyobrazić sobie, że w Polsce w 2040 r. nie będzie użytkowany żaden z 20 milionów samochodów spalinowych, które jeżdżą obecnie po naszych drogach?

Reklama
Reklama

Tak daleko nie sięga wyobraźnia nie tylko Polaków, ale też Europejczyków. Takie wnioski płyną z naszej rozmowy z Jakubem Farysiem, prezesem Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego (PZPM). Podkreśla on, że obecnie branżę motoryzacyjną w UE obowiązują przyjęte już cele redukcji emisji na 2030, 2035 i 2040 r. (ostatnia data dotyczy tylko pojazdów ciężarowych). W grudniu ub.r. KE zaproponowała modyfikację tych celów – tzw. pakiet dla motoryzacji, który musi jednak przejść całą ścieżkę legislacyjną w Europarlamencie i Radzie UE. W pakiecie tym obecny wymóg 100-proc. redukcji emisji dla nowych aut osobowych i dostawczych w 2035 r. zastąpiono celem 90-proc. redukcji emisji. Inna zmiana to złagodzenie celu redukcyjnego dla dostawczaków na 2030 r., z obecnych 50 proc. do 40 proc.

Ale i te wytyczne są ambitne. – Rynek samochodów dostawczych w UE to ok. 1,5 mln sztuk – mówi prezes PZPM. – Jeśli pakiet dla motoryzacji przejdzie, to za niecałe 4 lata 40 proc. tych aut – jakieś 650-750 tys. sztuk – muszą stanowić samochody elektryczne. Obecnie takich dostawczaków na prąd jeździ po UE jakieś 160-170 tys. sztuk, a więc jest to ok. 10 proc. rynku. Co zrobić, aby ten wynik zwiększyć czterokrotnie? I co zrobić, by e-auta osobowe stały się naturalnym wyborem kupujących, bez konieczności stosowania zachęt?

Zdaniem Marcina Izdebskiego, tego rodzaju wątpliwości pokazują, że nowy cel klimatyczny jest „totalnie oderwany od realiów”. – Być może w jednym sektorze dałoby się go osiągnąć, ale mówimy o realizacji polityk redukcyjnych we wszystkich sektorach jednocześnie. A jeśli nawet dana branża uzyska od KE jakieś zwolnienia, to inne branże będą musiały ponieść większe koszty, bo ostatecznie musimy „wyjść” na 90 proc. To wszystko prowadzi do pytania nie o to, jak osiągnąć ten cel, ale czy jest on w ogóle wykonalny.

Reklama
Reklama

Fabryki w Europie gasną, na świecie kominy dymią w najlepsze

Ale może gra jest warta świeczki? W końcu chodzi o walkę z globalnym ociepleniem. Niestety, twarde dane pokazują, że osiągnięcia UE na tym polu przesłaniają gazy ulatujące z kominów dymiących w Chinach, Indiach czy USA.

– Europa od 1990 r. zredukowała emisje o ok. 35 proc. – mówi Marcin Izdebski. – Reszta świata w tym czasie zwiększyła je o 65 proc. Zatem w ujęciu globalnym emisje do atmosfery wzrosły, mimo wysiłków UE. A gdybyśmy w tym czasie nawet nie zrobili nic, to światowy bilans wzrósłby tylko o 3 pkt proc., bo tak niewielki jest nasz udział w globalnej strukturze emisji.

Potwierdzają to dane portalu Statista. W 2024 r. najwięcej CO2 do wyemitowały do atmosfery Chiny (12,3 mld t, wzrost o 3,7 mld t w porównaniu z 2010 r.), na drugim miejscu znalazły się USA (4,9 mld t, spadek o 0,8 mld t wobec 2010 r.), a na trzecim Indie (3,2 mld t, wzrost o 1,5 mld t wobec 2010 r.). Największa gospodarka UE – Niemcy – zajęła w tym rankingu 10. miejsce (572 mln t CO2 w 2024 r. wobec ok. 827 mln ton w 2010 r.).

Europa wyręcza świat i płaci za to wysoką cenę. – Każdy z nas wie, jak zmieniły się jego koszty energii czy ciepła, ale spójrzmy na przemysł stalowy, chemiczny czy rafineryjny, w których Europa kiedyś była liderem produkcji – mówi Marcin Izdebski. – Obecnie, choć nasz popyt nie maleje, zamykamy kolejne huty w Europie i kupujemy stal z zakładów spoza UE. One też emitują CO2, do tej samej atmosfery. Różnica polega na tym, że ktoś inny zarabia na produkcji stali, a my za to płacimy kosztem coraz większego uzależnienia od importu i utraty kontroli nad rynkiem.

Reklama
Reklama

„Rabunkowa, antypolska polityka”. Śpiewak o braku regulacji najmu krótkoterminowego

Według Światowego Stowarzyszenia Stali, łączna produkcja stali w 70 państwach, które przekazują tej organizacji swoje dane, wyniosła w 2025 r. 1,804 mld t. Najwięcej – 1,325 mld t – wyprodukowały kraje z regionu Azji i Oceanii (prym wiodły Chiny z produkcją na poziomie 960,8 mln t, wyprzedzając o prawie 800 t drugie w regionie Indie). W krajach UE w 2025 r. wyprodukowano 126,2 mln ton stali.

– Stal, cement, aluminium, chemikalia – owszem, to są produkty energochłonne, ale opiera się na nich cała światowa gospodarka. Są używane w budowie dróg, budynków, w przemyśle zbrojeniowym. Tymczasem my importujemy je, zamiast produkować. Jednocześnie tracimy kompetencje w przemyśle przetwórczym, który przenosi się za hutami czy cementowniami na inne kontynenty – zauważa Marcin Izdebski.

Rolnictwo pod zieloną ścianą

Nowy cel klimatyczny postawi też ogromne wyzwania przed rolnictwem. Wymusi redukcję emisji gazów cieplarnianych: metanu z hodowli zwierząt (głównie bydła) i tlenku azotu z nawożonych upraw. Może się to przełożyć na likwidację części stad oraz zmniejszenie powierzchni pól uprawnych.

Reklama
Reklama

– Wielu rolników może zdecydować się na wygaszenie produkcji zwierzęcej, ponieważ wprowadza się surowe wymogi związane z redukcją emisji metanu z hodowli, ale też dotyczące dobrostanu zwierząt – mówi Zero.pl Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych (KRIR). – Jeśli się okaże, że budynki inwentarskie masowo nie będą spełniać wytycznych, liczba gospodarstw nastawionych na hodowlę zwierząt może się zmniejszyć. To uderzy w rynek zbytu dla artykułów roślinnych, ponieważ hodowla zwierzęca pochłania ogromne ilości zboża, które jest paszą dla zwierząt. Może dojść do sytuacji, w której na wsi zostaną tylko pasjonaci albo osoby w wieku 50 plus, które nie będą widziały już sensu w przebranżowieniu.

– Ograniczenia w rolnictwie mogłyby być wprowadzane, pod warunkiem, że wyzwań związanych z redukcji emisji podjęłaby się nie tylko Europa, a cały świat – dodaje prezes KRIR. – Ewentualnie moglibyśmy postawić na redukcję emisji i zamknąć się na rynki zewnętrzne, żeby nie musieć konkurować z żywnością wyprodukowaną poza UE, ale jest to niewykonalne, bo obowiązują nas różne umowy międzynarodowe o wolnym handlu.

Wiktor Szmulewicz jest zdania, że UE powinna pomyśleć o rekompensatach dla producentów i konsumentów, jeśli chce, aby rolnictwo stosowało się do wymogów redukcyjnych. – Na skutek polityki klimatycznej żywność będzie droższa i będzie jej coraz mniej. Według prognoz, liczba ludności na świecie w najbliższych dekadach będzie rosła, a wraz z nią będzie rosło zapotrzebowanie na żywność. Jak to pogodzić?

Prezes KRIR zwraca też uwagę na aspekt bezpieczeństwa. – Świat jest obecnie bardzo niespokojny. Globalne dostawy żywności napotykają na przeszkody w postaci gwałtownych zjawisk atmosferycznych czy różnych blokad wynikających ze zdarzeń politycznych, takich jak wojny i konflikty. Oby refleksja nad bezpieczeństwem żywnościowym Europy nie przyszła za późno.

Reklama
Reklama

Zgadza się z tym Marcin Izdebski. – Walcząc o redukcję emisji w rolnictwie, zwiększamy naszą zależność od importu żywności. Pytanie, czy wobec rosnącej niestabilności, napięć i wojen możemy sobie na to pozwolić.

Zdaniem Izdebskiego, w ostatecznym rozrachunku importowana żywność będzie droższa, nawet jeśli teraz jest tańsza. – Warto zadać sobie pytanie, czy nasi partnerzy handlowi nie podbiją nam stawek, kiedy zorientują się, że musimy importować, bo ograniczyliśmy własną produkcję rolną.

Ekspert CSR zwraca przy okazji uwagę na paradoks śladu węglowego z importu. – Jeśli wyprodukujemy wołowinę nie w UE, a w Brazylii, to trzeba ją przewieźć do Europy. Ilość wyemitowanego CO2 nie będzie więc mniejsza dlatego, że ograniczymy produkcję zwierzęcą w Europie.

Innymi słowy, dążenie do spadku emisji w UE wiąże się często ze sprowadzaniem towarów, których produkcja oznacza wyemitowanie CO2 gdzie indziej, a ich transport przez tysiące kilometrów (statkiem czy samolotem), często w kontrolowanej temperaturze (chłodnie) uwalnia dodatkowe ilości gazów cieplarnianych.

Reklama
Reklama

Nie zgadzam się z tezą, że polityka klimatyczna ma nam dać czyste powietrze – podkreśla Marcin Izdebski. – Polityka ta została sklejona z polityką energetyczną i środowiskową. Tymczasem nikt dziś w Europie nie mówi, że mamy zanieczyszczać środowisko – z tym sobie w dużej mierze poradziliśmy.

Europa sama się „zakiwała”. Co dalej?

Jak dodaje, coraz więcej państw dostrzega problemy polityki klimatycznej UE, a debata nad nią wygląda dziś inaczej niż w 2020 r. – Wtedy Polska była osamotniona. Dziś coraz więcej państw podkreśla ogromne koszty tej polityki, ale temat wciąż jest obecny przede wszystkim w kuluarach. Do tego stał się on elementem sporu politycznego, który wyparł merytoryczną dyskusję.

Biorąc pod uwagę wszystkie wątpliwości, które budzi obecnie polityka klimatyczna, można zadać pytanie, skąd w ogóle się ona wzięła – i jakie intencje mieli jej architekci. – Idea polityki klimatycznej u jej zarania była taka, że Europa przejdzie na zielone formy energii, by uniezależnić się od importu paliw kopalnych, np. z Bliskiego Wschodu – mówi Marcin Izdebski. – Przy okazji mieliśmy rozwinąć się gospodarczo, stworzyć nowe branże, takie jak fotowoltaika, magazynowanie energii, turbiny wiatrowe.

Reklama
Reklama

Plany zweryfikowała rzeczywistość. – Dziś realia są takie, że Europa importuje te technologie – zauważa ekspert CSR. – Europejscy producenci ogniw czy turbin zamknęli się, bo koszty wytworzenia okazały się u nas wyższe niż np. w Chinach, ze względu na różne obciążenia nakładane na przemysł w związku z polityką klimatyczną. Przesłanka o rozwoju gospodarczym okazała się więc fałszywa. Podobnie jak przesłanka o uniezależnieniu od importu paliw – paradoksalnie, zależność Europy od reszty świata w tej kwestii wzrosła. Dlaczego? Ponieważ jeszcze 20 lat temu znaczną część swojego zapotrzebowania pokrywaliśmy z lokalnie wydobywanego węgla czy gazu. Obecnie importujemy te surowce.

Marcin Izdebski zwraca jednocześnie uwagę na negatywne skutki przemysłowe polityki klimatycznej. – Różne koncerny, mając do wyboru budowę fabryki w Europie lub poza nią, wybierają tę drugą lokalizację, obawiając się nadmiaru regulacji, ciągle zmieniających się norm (nikt nie wie, czy jego instalacja za 5 lat od wybudowania nadal będzie uznawana za „zieloną”, tak, jak to miało miejsce z ogrzewaniem gazowym) i obciążenia kosztami emisji.

Zdaniem Michała Grabki z Fundacji Instrat, w wielu branżach „możliwa jest produkcja czysta i tania”. – Ale są też takie, w których zielone technologie bez międzynarodowej zgody co do dekarbonizacji nie będą konkurencyjne.

Trudno mówić też o konkurencyjności w obliczu kar finansowych stosowanych wobec różnych branż za niespełnianie „zielonych” wymogów. W sektorze motoryzacyjnym mają one charakter producencki. 

Reklama
Reklama

– W 2025 r. udział elektrycznych aut osobowych w unijnym rynku samochodowym sięgnął 17,4 proc., tymczasem, żeby sprostać nałożonym celom, powinno to być 25 proc. – mówi prezes PZPM Jakub Faryś. – Ten rok będzie najprawdopodobniej kolejnym, w którym tego poziomu nie uda się osiągnąć. Świadczą o tym wstępne dane dotyczące rejestracji po I kwartale, wskazujące na wzrost o zaledwie 2 pkt proc. rok do roku.

Ma to swoje konsekwencje, koncerny są bowiem rozliczane z emisji pojazdów, które sprzedały.

– Średni limit emisji dla flot samochodów poszczególnych producentów to nieco ponad 93 g – mówi Jakub Faryś. – Za każdy gram powyżej tego limitu, pomnożony przez liczbę sprzedanych w Europie aut, producent płaci 95 euro kary. Łatwo policzyć, że mówimy o miliardowych kosztach.

Płacą koncerny, płacą też konsumenci, często nie zdając sobie z tego sprawy. – Regulacje unijne pisane są hermetycznym językiem, tymczasem warto uzmysłowić sobie ich wpływ na nasze codzienne życie – mówi Marcin Izdebski. – Jeśli, przykładowo, wzrośnie koszt produkcji cementu, to nasze nowe mieszkanie będzie droższe, bo deweloper poniesie większy koszt jego budowy. To są konsekwencje, o których się nie mówi. Jeśli na skutek polityk klimatycznych koszty w jednym sektorze wzrosną „tylko” o 1 proc., w innym „tylko” o 2 proc., a w kolejnym „tylko” o 5 proc., to skumulowany wzrost bardzo mocno uderzy w nasze kieszenie.

Reklama
Reklama

– Pamiętajmy też o wprowadzeniu ETS2 dla gospodarstw domowych, zaplanowanym na 2028 r. Są to koszty, których większość gospodarstw domowych nie będzie w stanie udźwignąć – dodaje.

System ETS2 ma objąć emisje z paliw używanych w transporcie drogowym oraz do ogrzewania budynków. W raporcie „Analiza wpływu ETS2 na koszty życia Polaków” Marcin Izdebski i Wanda Buk (była wiceprezes PGE, obecnie doradczyni Karola Nawrockiego) wyliczają, że w 2030 r. koszt ETS2 dla przeciętnej rodziny, która korzysta z pieca węglowego, wyniesie ok. 3 tys. zł, a w 2035 r. będzie to już ponad 7,5 tys. zł. Zapłacą też ci, którzy będą musieli dokonać termomodernizacji domów jednorodzinnych, której wymaga unijna dyrektywa o efektywności energetycznej budynków.

– Przez 34 lata, od bazowego 1990 r. do 2024 r., UE zredukowała emisje o ok. 35 proc., co daje średnie tempo na poziomie ok. 1 proc. rocznie – przypomina Marcin Izdebski. – Osiągnięcie celu 90 proc. redukcji w 2040 r. wymagałoby przyspieszenia do ok. 3,5 proc. rocznie. Ile to będzie nas kosztowało, biorąc pod uwagę rachunek za dotychczasowe wysiłki?

Źródło: Zero.pl
Reklama
Reklama