Chuck Norris nie był dla mnie bohaterem milionów żartów, nie był dla mnie filmowym przeciwnikiem Bruce’a Lee, ba, nie był dla mnie nawet legendarnym Strażnikiem Teksasu. Chuck Norris był w mojej głowie od zawsze majorem Scottem McCoyem, głównym bohaterem „Oddziału Delta”. Skojarzenie to nieoczywiste, wiem, ale co poradzę na to, że rodzice mieli akurat kasetę VHS z tym właśnie filmem? Piłowałem ją niemożebnie, jej wytrzymałość na moje potrzeby godna była wytrzymałości McCoya na ciosy zadawane przez złoczyńców.
Tu muszę dodać, że mieścił się na niej jeszcze jeden film – „Krwawy Sport” z Jeanem-Claudem Van Dammem, ale był to „Krwawy Sport” zdecydowanie ulepszony, powiedziałbym nawet, że na sterydach. Film okraszono bowiem niemieckim lektorem, na którego dynamiczne szwargotanie nałożono polskie napisy. Mimo że od ostatniej projekcji musiało minąć dobrze ponad 30 lat, do dziś dźwięczą mi w uszach poszczególne frazy, takie jak „komm schon Dux, komm schon”! Wykrzykiwał je wróg głównego bohatera, czyli Chong Li – w jakim języku, do dziś nie wiem, ten tłumacz z piekła rodem, niesiony szaloną energią, zagłuszał wszystko wokół.
Chuck Norris nie żyje. Amerykański aktor miał 86 lat.
Ale zostawmy już van Damme’a, on na szczęście ma dopiero 65 lat, on zdaje się być jeszcze nie przytłoczony peselem, on nadal gotów jest do grania w produkcjach typu „Bałkańska vendetta 2”. O czym to jest – nie wiem i wiedzieć nie chcę, ale brzmi jakby sympatyczny Belg nadał potrafił przy... z wyskoku z półobrotu. Mnie ta wiadomość wystarcza w zupełności – skoro nadal jest tak sprawny, oznacza to, że pociągnie jeszcze ze dwie dekady.
Natomiast co do Stallone’a i Schwarzeneggera takiej pewności, niestety, nie mam – panowie mają odpowiednio 80 i 79 lat. Wiek jest zresztą kategorią dość niestosowną, kiedy stosuje się ją do ludzi, których pamięta się jako chodzące eksplozje. Pesel przy Stallonie brzmi dla mnie równie niedorzecznie jak cholesterol przy Rambo.
Niby Sly jest okazem zdrowia, niby żwawo paraduje po Włoszech odziany w prążkowany, gangsterski garnitur i wrzuca z tego rolki na Instagram, ale skąd ja mam wiedzieć, czy ta wysoka forma rychło go nie opuści?
„Umeblował nam wyobraźnię”. Wspomnienie o Chucku Norrisie.
Arnold też wygląda na razie dobrze – co chwilę publikuje filmiki na których ćwiczy na siłowniach z dwa razy młodszymi kafarami. Wcześniej chwalił się, że sam karmi swoją arkę zwierząt, miał też chęci na wyprowadzanie ciosów w kierunku Donalda Trumpa po jego spotkaniu z Władimirem Putinem. Jeśli ktoś ciągle czuje ikrę, by wchodzić w polityczne spory, znaczy, że nie jest źle, znaczy, że chłop ma energię. Pytanie, na ile jej starczy?
To w ogóle zabawne, jak różnymi bogami tej samej dziecięcej religii byli.
Norris to zawsze był dla mnie komandos lub kowboj w kapeluszu, który stawia się złu. Chciałem wierzyć, że świat działa dokładnie tak, jak scenariusz „Strażnika Teksasu” – kiedy tylko pojawia się w nim przestępca, kontruje go prostolinijny policjant, dla którego przywrócenie porządku jest sprawą priorytetową.
Stallone, owszem, był w oczach dziecka lat 90. herosem, ale jednak podszytym raną. Rocky obrywał po mordzie, Rambo był poturbowany psychicznie. Trochę wycofuję się z tego, co pisałem wcześniej – u niego całe to cholerne starzenie nawet trochę pasuje do legendy: bohater grany przez Sly’a zawsze coś tracił, naturalne jest więc to, że traci i młodość.
Schwarzenegger był kiedyś najmniej ludzki – wiadomo, Terminator, jego mechaniczny sposób mówienia i te sprawy. Dziś postrzegam go jako pociesznego starszego pana, który stara się pomagać innym (choć o skandalach, takich jak zrobienie dziecka własnej gospodyni domowej, nie zapominam). To ciekawy kontrast: największa maszyna czasów dzieciństwa stała się dziś najbardziej oswojoną postacią.
Chudy chłopiec, który stał się postrachem bandytów. Tak Chuck Norris przeszedł do historii.
Dorastanie dzisiejszych czterdziestolatków miało twarz Stallone’a, mięśnie Schwarzeneggera, nogę Van Damme’a i niewzruszoną minę Norrisa. Razem z nimi będzie odchodził stary, toporny, ale dziwnie kojący porządek świata, w którym wiadomo było, kto jest dobry, kto zły i kto za chwilę wleci w kadr z półobrotu.
A najtrudniej pogodzić się nie z tym, że oni się starzeją, tylko że razem z nimi starzejemy się także my.

