Reklama

Bóg, horror, obczyzna. Czy polskie kino zasługuje na Jana Komasę?

Reklama

Po jednej nominacji do Oscara, dwóch anglojęzycznych filmach i zaledwie sześciu pełnometrażowych fabułach Jan Komasa jest dziś najważniejszym polskim reżyserem na międzynarodowej arenie. W czym tkwi jego fenomen?

Komasa
Kadr z filmu „Dobry chłopiec”, reż. Jan Komasa, 2025 (fot. Thomas Wood / mat.dystrybutora / KŚ)
  • Jan Komasa, twórca „Bożego Ciała”, „Miasta 44” i „Rocznicy”, ma dziś szansę na wielki międzynarodowy sukces.
  •  Jego filmy wymykają się podziałom na kino autorskie i gatunkowe, komercyjne i artystyczne, ważne i błahe.
  • „Boże Ciało” i „Miasto 44” to opowieści o współczesnej recepcji narodowych mitów.
  •  Jego najnowszy film, „Dobry chłopiec” z gwiazdą i współtwórcą „Dojrzewania”, Stephenem Grahamem w roli głównej, możecie już oglądać w polskich kinach.

Reklama

Gdyby bohaterowie filmów Jana Komasy założyli drużynę superherosów, jej liderem byłby chłopak z fryzurą na zapałkę, który dał nogę z poprawczaka i w przebraniu księdza porwał za sobą tłum.

Za demolkę odpowiadaliby powstańcy warszawscy, którzy kanałami wiodącymi z Mokotowa do Śródmieścia wędrują w rytmie muzyki elektronicznej. Drużynowy haker? Na posterunku czeka już sfrustrowany hejter z farmy trolli. Logistyka i finansowanie? Nie ma lepszego kandydata niż wójt jednej z podkarpackich wsi, Walkiewicz (cóż…) – śliski cham z ciężką ręką, ale miękkim sercem.

Komasa nie nakręcił jeszcze filmu o superbohaterach. Z racji kwitnącej właśnie, międzynarodowej kariery wydaje się jednak na to skazany. Już teraz jego filmy, zarówno te polskie, jak i zagraniczne, tworzą coś na kształt uniwersum. To wielkie muzeum narodowych symboli, do którego reżyser wchodzi z niewinnym uśmiechem i młotkiem za pazuchą.


Reklama

Dziecko wielu światów

Choć 44-letni Komasa urodził się w artystycznej rodzinie (jego ojciec, Wiesław, to znany aktor, matka Gina jest wokalistką, troje rodzeństwa i kuzynostwo pracuje na scenie, planie filmowym lub w studiu nagrań, zaś ciotką jest Agnieszka Holland), pozostaje bezpretensjonalnym gościem, którego moglibyście spotkać w osiedlowej wypożyczalni VHS-ów.


Reklama

Reżyser Jan Komasa na premierze filmu „Dobry chłopiec”, marzec 2025 (fot. Artur Zawadzki/REPORTER / East News)

Próżno szukać w jego wywiadach nostalgicznych opowieści o dziewiczym seansie „Popiołu i diamentu” lub znalezionej na strychu, starej kamerze Super8. Pobrzmiewają w nich natomiast doświadczenia szeregowego milenialsa: nieprzespane oscarowe noce, przewijanie kaset wideo długopisem, zapętlone seanse „Mad Maxa” i „Terminatora”.

Ostentacyjna „zwyczajność” tych doświadczeń to jeden z powodów, dla których tak trudno go zaszufladkować. Jest zbyt swobodny w żonglerce tematami oraz ciekawski w swoich poszukiwaniach stylistycznych, żeby przykleić mu łatkę tradycyjnie definiowanego „autora”; faceta, który orbituje wokół tych samych problemów, operuje łatwo rozpoznawalnym językiem i generalnie, cytując Jeana Renoira, „przez całe życie kręci jeden film”.


Reklama

Z drugiej strony, jego utwory układają się w zbiór na tyle charakterystycznych obsesji i fascynacji, że słowo „rzemieślnik”, nawet w najpozytywniejszym sensie, nie wyczerpuje skali zjawiska. Komasa spaceruje więc po pasie ziemi niczyjej między kinem gatunkowym i autorskim, komercyjnym i artystycznym, ważnym i błahym. 


Reklama

Hejt na wszystko

W zrealizowanej wraz z Anną Kazejak oraz Maciejem Migasem nowelowej „Odzie do radości” (2005) reżyser opowiedział historię młodego warszawskiego rapera, tkwiącego w tragicznym mezaliansie. Podczas gdy chłopak ledwo wiąże koniec z końcem, jego bogata dziewczyna szykuje się do wyjazdu na zagraniczne studia.

Klasowe resentymenty, zderzenie prozy życia z fasadowym światem, samotność jako więzienie i sztuka jako azyl… W dalszej twórczości Komasy wspomniane motywy będą powracać, zapętlać się i formować zaskakujące opozycje – choćby w jego samodzielnym pełnometrażowym debiucie, czyli „Sali samobójców” (2011) oraz jej nakręconym po latach niby-sequelu „Sali samobójców. Hejterze” (2020).

W 2011 r., gdy „Sala samobójców” wchodziła na ekrany, nie dołączyłem do chóru piewców. Opowieść o wyalienowanym nastolatku, który szuka lekarstwa na swoją samotność w wirtualnym świecie, wydała mi się nieco spóźniona. Podczas gdy rozkwit mediów społecznościowych z Facebookiem na czele narzucał już „poziomą” strukturę relacji społecznych (wszyscy jesteśmy równi, głos każdego jest tak samo istotny, i tak dalej, w ten deseń), u Komasy internet wciąż miał kształt piekielnego leja, w którym cyniczni manipulatorzy żerowali na swoich zakompleksionych ofiarach.


Reklama

Magia kina polega m.in. na tym, że czas weryfikuje takie sądy. Zrealizowana niemal dekadę później „Sala samobójców. Hejter” jest bowiem filmem podobnym tylko na pierwszy rzut oka. Bohaterem znów jest sfrustrowany i niekochany chłopak, zaś areną jego zapasów ze światem – rozjarzone neonami kluby nocne oraz bezduszne mieszkania dobrze usytuowanej klasy średniej – z podgrzewanym parkietem i powietrzem gęstym od niewypowiedzianych pretensji.


Reklama

Ostatecznie jednak Komasa pokazuje upadek świata ufundowanego na przeświadczeniu, że internet nas połączy. To właśnie dzięki jego „poziomej” strukturze ambitny i niemoralny gość z workiem kompleksów na plecach jest w stanie pogrążyć w chaosie całą Polskę; wykorzystać polaryzację społeczną i napuścić na siebie rozjuszone siły nacjonalistów oraz „kawiarnianych” liberałów; podgrzać klasowe resentymenty aż do eksplozji.

Kadr z filmu „Miasto 44", reż. Jan Komasa, 2014 (fot. mat.dystrybutora)

Polska wczoraj i dziś

„Miasto 44” (2014) i „Boże Ciało” (2019) też opowiadają o Polsce, tyle że przez pryzmat naszych narodowych mitów. Ten pierwszy film jest śmiałą próbą zamienienia Powstania Warszawskiego w tworzywo atrakcyjne popkulturowo. Ten drugi zadaje fundamentalne dla naszej kultury pytanie: czy możliwa jest Polska, w której chrystusowe nauki są drogowskazem dla wszystkich, a nie bacikiem na odmieńców?


Reklama

Kronika Powstania widzianego oczami wchodzących w dorosłość ludzi już w momencie premiery wpisała się w szerszą dyskusję o sensie zdejmowania naszych przodków z koturnów, o uatrakcyjnianiu historii na potrzeby nowego pokolenia. Czy melodramatyczne pocałunki pod artyleryjskim ostrzałem oraz inscenizowany w zwolnionym tempie seks na gruzach Warszawy pomogły uzasadnić taką praktykę?


Reklama

I tak, i nie. Z jednej strony, Komasa ewidentnie ma świadomość, że reinterpretowanie polskiej historii w duchu współczesnej pop-wrażliwości przynosi dobre skutki – jestem przekonany, że więcej osób sięgnie dziś po „Miasto 44” niż po „Kanał” Wajdy. Z drugiej strony, trendy w popkulturze wciąż się zmieniają. I nie sądzę, by stawiając się w sytuacji bohaterów, przedstawiciele pokolenia Z słyszeli dziś dubstep i widzieli kule fruwające w zwolnionym tempie. Mówiąc krótko, w kwestii Powstania przydałaby się kolejna aktualizacja zbiorowej wyobraźni.

Na szczęście za całą tą efekciarską fasadą kryje się też w „Mieście 44” prosta opowieść o straconych złudzeniach; o przyjaźni i miłości, kwitnących na spalonej ziemi; o ludziach wyszarpniętych brutalnie z własnej młodości. Słowem – o wojnie jako końcu niewinności.

Nominowane do Oscara „Boże Ciało” też nosi znamiona ponadczasowej narracji. Inspirowane jest zresztą prawdziwą historią uciekiniera z zakładu poprawczego, który zaszył się na mazurskiej wsi, ukradł sutannę i udawał księdza. Nie jest w dosłownym sensie filmem obrazoburczym, choć z perspektywy laicyzującego się społeczeństwa jego akcja rozgrywa się w świecie utopijnych idei. Oto bowiem katolicyzm staje się na ekranie religią altruizmu, a nie egoizmu, zaś koloratka to symbol nadziei, a nie opresji.


Reklama

Kadr z filmu „Boże ciało", reż. Jan Komasa, 2019 (fot. mat.dystrybutora)


Reklama

Myślę, że przywracanie blasku chrześcijańskim cnotom to tylko jeden z powodów, dla których film tak bardzo spodobał się oscarowej kapitule. Innym jest finezja, z jaką Komasa zszywa różne gatunki – od psychodramy, przez thriller, po kino inicjacyjne. Łatwość w żonglowaniu nastrojami i konwencjami to jego znak firmowy. I zarazem odpowiedź na pytanie, dlaczego kolejne, anglojęzyczne filmy reżysera ogląda się bez protekcjonalnego uśmieszku: Jak na Polaka…

Człowiek pogryzł psa

„Świat się zmienił. Ktoś musi zasypać przepaść” – deklaruje jeden z bohaterów filmu „Rocznica” (2025), czyli hollywoodzkiego debiutu Komasy. Chodzi o przepaść między demokratycznymi piewcami nowej obyczajowości a republikańskimi ekstremistami, dla których Ameryka jest zakładnikiem słabej, autodestrukcyjnej kultury.

Walka o duszę narodu nie rozegra się jednak na politycznych szczytach, tylko w posiadłości wpływowej lewicującej pisarki, która wejdzie na kurs kolizyjny z własną synową – grzeczną i uśmiechniętą dziewczyną, zdradzającą niezdrową fascynację monopartyjnymi systemami politycznymi.


Reklama

„Rocznica” to po części thriller, po części satyra, a nawet nieoficjalny prequel „Opowieści podręcznej” Margaret Atwood oraz kilku innych książek o narodzinach totalitaryzmów. I jak w wielu takich przypadkach, najbardziej intrygujący pozostaje fakt, że nakręcił ją obcokrajowiec – specjalista nie tyle od Ameryki, co od jej kolportowanych na cały świat, popkulturowych wizerunków.


Reklama

Choć zewnętrzna perspektywa pozwala Komasie na precyzję w wymierzaniu ciosów Stanom Zjednoczonym Trumpa, będę się upierał, że scenariusz Lori Rosene-Gambino bazuje na nieco zbyt prostych ideologicznych opozycjach. Z kolei sam reżyser potyka się na opowieści o rodzinie – są momenty, w których bohaterowie przypominają raczej chodzące postulaty, niż ludzi z krwi i kości.

O ile w pierwszym starciu z Hollywood Komasa zagrał na remis, o tyle zrealizowany w koprodukcji Polski i Wielkiej Brytanii „Dobry chłopiec” (2025) to już bezdyskusyjne zwycięstwo. Główny bohater filmu, młody narkoman na groteskowym kursie reedukacji, porwany z ulicy i trzymany w wiejskim domku na długim łańcuchu, to nie tyle „dobry chłopiec”, co – w zgodzie z dwuznacznym oryginalnym tytułem – „dobry piesek”. 

Porywacze mają twarze Stephena Grahama i Andrei Riseborough. To znane twarze. Jego widzieliśmy ostatnio w roli ojca z serialu „Dojrzewanie”. Ona zagrała ukochaną Nicolasa Cage’a w narkotycznym horrorze „Mandy”. To również twarze kojarzące się zarówno z brytyjskim kinem społecznego realizmu, jak i z formami nieco bardziej szalonymi, awangardowymi. I właśnie na tych biegunach Komasa rozpościera swój film.


Reklama

Kadr z filmu „Dobry chłopiec”, reż. Jan Komasa, 2025 (fot. Thomas Wood / mat.dystrybutora / KŚ)


Reklama

Najważniejszą fabularną regułą jest „Dobrym chłopcu” perwersja. Kidnaperzy musztrują i torturują „pieska”, ale nie czynią tego z sadystycznych pobudek. Ich celem, przynajmniej tym otwarcie deklarowanym, jest resocjalizacja. Zaś Komasa, w zaskakującym fabularnym twiście, dochodzi do dwóch konkluzji. Po pierwsze, jeśli przymkniemy oko na moralność, w tym szaleństwie może być metoda. Po drugie, struktury władzy i podrzędności, a nawet opresji, są sednem niemal każdej sfery życia: rodziny, pracy, szkoły, relacji międzyludzkich.

Jak się zachować we wszystkich tych niewidzialnych „więzieniach”? Reżyser przekonuje, że dzięki najzwyklejszej empatii możemy rozsunąć nieco kraty w celach i przeżyć życie odrobinę godniej. To też, paradoksalnie, czyni „Dobrego chłopca” najbardziej humanistycznym z jego dotychczasowych filmów. 

Polański, Skolimowski...Komasa?

W Polsce nie ma zbyt wielu takich reżyserów jak Komasa. Bywa nim Jan P. Matuszyński, który z „Ostatniej rodziny” o Zdzisławie, Tomku i Zofii Beksińskich uczynił kino zrozumiałe pod każdą szerokością geograficzną. Lubię myśleć w tych kategoriach o Piotrze Domalewskim, który niby tapla się w polskim bajorku, ale jak już bierze się, dajmy na to, za kryminał („Hiacynt”), to długi zaciąga u Davida Finchera, a nie u Jacka Bromskiego.


Reklama

W Ameryce i Wielkiej Brytanii jest ich natomiast na pęczki. Często rekrutowani są właśnie w Europie Środkowej – po kilku filmach nakręconych na miejscu i docenionych za granicą otwierają się przed nimi wrota do raju. Nie bez powodu krytycy filmowi podkradli komentatorom piłkarskim włoskie słówko straniero. To obcokrajowiec, który pojawia się w nowej drużynie i w zderzeniu z obcym systemem próbuje ugrać swoje.

Od czasu Romana Polańskiego i Jerzego Skolimowskiego nie mieliśmy nad Wisłą straniero tej klasy. Stawką w jego międzynarodowej grze jest wszystko, co indywidualne, wyjątkowe, stanowiące o tożsamości artysty. Czy zatem w dłuższej perspektywie Jan Komasa obroni za granicą swoją wrażliwość, styl i filozofię kina? Dajcie mu chwilę, facet dopiero się rozkręca.


Reklama