W ostatnich dniach Bartosz Marczuk zaproponował wprowadzenie bonu mieszkaniowego, który miałby wspierać poziom dzietności poprzez zwiększenie dostępności mieszkań dla rodzin.
Czym jest bon mieszkaniowy?
Rozwiązanie to miałoby polegać na przekazaniu rodzinom pieniędzy na cele mieszkaniowe, takie jak:
- wkład własny do kredytu,
- remont mieszkania,
- refundacja poniesionych wcześniej kosztów mieszkaniowych,
- spłata kredytu hipotecznego,
- wkład do zakupu mieszkania.
Wysokość bonu byłaby zależna od pięciokrotności średniego wynagrodzenia przy urodzeniu pierwszego dziecka, sześciokrotności przy urodzeniu drugiego dziecka oraz dziesięciokrotności przy urodzeniu trzeciego i kolejnego dziecka. Wersja alternatywna polegałaby na przekazaniu rodzinom bonu w wysokości 100 tys. zł przy urodzeniu każdego dziecka.
Czytaj także: Pensja rodzicielska i Składka Rodzinna. Oceniamy pomysły Morawieckiego na demografię
Bartosz Marczuk, podczas przygotowania poniższego artykułu, zaznaczył, że warto rozważyć również możliwość wykorzystania bonu na długotrwały wynajem nieruchomości.
Komentarz demograficzny
Bezsprzecznie problem dostępu do mieszkań przyjaznych rodzinom jest jednym z głównych powodów niskiej dzietności w Polsce. Zarówno badania krajowe, jak i zagraniczne wykazują, że wysokie ceny nieruchomości wpływają negatywnie na dzietność. Co ciekawe, z części badań wynika również, że większy wpływ na dzietność mają wysokie koszty najmu nieruchomości niż same ich ceny.
Najlepszym rozwiązaniem problemu byłoby zapewnienie rodzinom dostępu do nieruchomości odpowiadającej liczbie posiadanych dzieci (dwupokojowe mieszkanie dla rodzin z jednym dzieckiem, trzypokojowe dla rodzin z dwojgiem dzieci i tak dalej). Jednak obecnie brak jest efektywnych programów masowego budownictwa mieszkań państwowych w Polsce i trudno sobie wyobrazić ich wprowadzenie.
Dlatego pomysł bonu mieszkaniowego jest warty rozważenia. Ułatwienie dostępu do mieszkań mogłoby zwiększyć, w mojej opinii, poziom dzietności o 0,2-0,4 punktu procentowego. Zaznaczam, że mam tutaj na myśli mieszkania, które:
- nie są kawalerkami, a ich metraż odpowiada potrzebom rodzin;
- są dostosowane do potrzeb rodzin (wbrew pozorom nawet dziś część mieszkań nie ma odpowiedniego zaplecza wymaganego przy posiadaniu dzieci, takiego jak prysznic, dostęp do ciepłej wody czy względnie ekonomiczne źródło ogrzewania);
- znajdują się w lokalizacji, która sprzyja wychowywaniu dzieci (bliskość ośrodków edukacyjnych, zdrowotnych, placów zabaw etc.).
Sam bon mieszkaniowy mógłby zarówno pozwolić na zakup mieszkania o odpowiednim metrażu dla rodziny, jak i umożliwić dostosowanie mieszkań niespełniających współczesnych wymagań czy ułatwić przeprowadzkę do lokalizacji zapewniającej dostęp do usług publicznych.
Minusem rozwiązania jest natomiast struktura finansowa. Najwięcej na bonie mieszkaniowym zyskają osoby, które już mają dzieci. Natomiast głównym problemem polskiej demografii jest wysoki odsetek osób, które dzieci nie posiadają. Odsetek ten, według moich obliczeń, wśród młodych osób oscyluje w okolicach 40 proc. Istotny jest również fakt, że rodziny, które już posiadają dzieci, mają ich średnio 1,8-1,9. Dla zobrazowania skali problemu posłużmy się poniższą symulacją:
- osiągnięcie dzietności na poziomie zastępowalności pokoleń (2,1 dziecka na kobietę), przy zachowaniu obecnego odsetka osób nieposiadających dzieci, wymagałoby zwiększenia średniej liczby dzieci wśród osób, które je mają, do 3,5 dziecka. Scenariusz ten jest absolutnie niemożliwy;
- zmniejszenie odsetka osób, które nie posiadają dzieci, do poziomu 20 proc. (jest to prawdopodobnie naturalny odsetek osób bezdzietnych w społeczeństwie) spowodowałoby wzrost poziomu dzietności do mniej więcej 1,5 dziecka na kobietę (wzrost o ok. 30 proc.).
Wyliczenia te pokazują, że kluczowe jest zwiększenie odsetka osób, które posiadają dzieci, przy jednoczesnym zwiększeniu liczby dzieci w rodzinach. Scenariusz, w którym odnotowalibyśmy naturalny poziom bezdzietności (20 proc.), a osoby posiadające dzieci zwiększyłaby się do poziomu 2,2, powodowałby, że nasza dzietność oscylowałaby w okolicach 1,8 i byłaby jedną z najwyższych wśród państw rozwiniętych.
Sprawdź również: Nie będzie miał kto walczyć. Demografia i zdrowie młodych rozbrajają Polskę
Dlatego w mojej opinii niezbędne jest odwrócenie struktury finansowej bonu mieszkaniowego: większe wsparcie przy pierwszym dziecku i mniejsze przy drugim i kolejnym.
Takie rozwiązanie w większym stopniu niwelowałoby barierę braku nieruchomości przy podejmowaniu decyzji o pierwszym dziecku, a jednocześnie rodziny wielodzietne i tak otrzymałyby takie samo wsparcie finansowe jak w proponowanym przez Bartosza Marczuka rozwiązaniu, tylko w odwrotnej kolejności.
Minusem mojej propozycji jest oczywiście wzrost kosztów bonu mieszkaniowego.
Kolejną istotną kwestią, nad którą warto się zastanowić, jest wpływ nadpłaty kredytu mieszkaniowego na poczucie stabilności rodziców. Kredyty hipoteczne w Polsce są drogie, a wysokość rat pożyczki wpływa na dochód rozporządzalny rodzin oraz ich poczucie bezpieczeństwa. Zmniejszenie obciążenia finansowego, np. o jedną czwartą, wyraźnie poprawi dobrostan psychiczny oraz sytuację finansową rodziców, co prawdopodobnie w nieznacznym stopniu wpłynęłoby pozytywnie na decyzje o powiększeniu rodziny.
Warto przeczytać: Demografia nie kłamie. Rozwijaj się albo giń
Finansowanie programu
Autor pomysłu bonu mieszkaniowego podaje również pomysł na finansowanie programu: wprowadzenie limitu wynagrodzeń, od którego nie wypłacano by 800+ na pierwsze dziecko.
Rozwiązanie to mogłoby mieć negatywny długofalowy efekt demograficzny. Podjęcie decyzji prokreacyjnej wpływa na całe dalsze życie. Dlatego niezbędne jest dotrzymanie przez państwo swoich zobowiązań wobec rodziców. Złamanie tej obietnicy mogłoby podważyć zaufanie obywateli do programów prodemograficznych.
Zatem pojawia się pytanie o to, skąd pozyskać niezbędne środki na sfinansowanie programu.
Czytaj też: Na starość zajmą się nami roboty? System już pęka
Kluczowym elementem powinno być zwiększenie liczby budowanych mieszkań w Polsce, o czym wspominają np. autorzy raportu „Jak zaspokoić potrzeby mieszkaniowe Polaków” (autorstwa Kamila Sobolewskiego i Grzegorza Zatryba). Jak? Poprzez uwolnienie gruntów będących w dyspozycji podmiotów publicznych i spółek z udziałem samorządów i Skarbu Państwa oraz uproszczenie kwestii administracyjnych. Wynika to z faktu, że obecnie cena gruntu wraz z uzyskaniem pozwoleń budowlanych wynosi 30 proc. ceny mieszkania, a według autorów uwolnienie ich mogłoby spowodować spadek tego odsetka do 15 proc.
Dopiero przyjęcie tego typu rozwiązania otwiera drogę do wprowadzenia wsparcia finansowego dla rodzin. W innym wypadku czeka nas wzrost cen nieruchomości – z uwagi na większy popyt. Dlatego niezbędna jest pogłębiona analiza ekonomiczna programu, jednak dokonana przez profesjonalistów w dziedzinie ekonomii.


