Świat

Wojna z Iranem. „Co na to NATO? A NATO na to nic”

Wystarczył jeden komentarz sekretarza generalnego NATO, by europejska prasa oskarżyła Sojusz o „mówienie głosem Waszyngtonu”. Problem w tym, że w wojnie USA z Iranem nikt w Europie nie ma odwagi głośno powiedzieć, że NATO nie jest od rozwiązywania kryzysów na Bliskim Wschodzie – a już na pewno nie wbrew własnej jedności.

Sławomir Dębski
Felieton autorstwa: Sławomir Dębski
24 marca
8 minut
(fot. Shutterstock / Shutterstock)

Reklama

TYLKO NA

„Wszyscy członkowie NATO zawsze stali na stanowisku, że w rękach Iranu nigdy nie powinna się znaleźć broń jądrowa (…) to, co obecnie robią Stany Zjednoczone, to degradowanie irańskiego potencjału – i uważam, że to jest bardzo ważne” – powiedział ostatnio na konferencji prasowej sekretarz generalny NATO Mark Rutte. I rozpętała się burza!


Reklama

Szpalty liberalnej europejskiej prasy zapełniły się krytyką NATO i Rutte. Autorzy „The Guardian”, „Le Monde”, „Der Spiegel” zarzucali sekretarzowi generalnemu „zbytnią uległość” wobec Waszyngtonu, „mówienie głosem Stanów Zjednoczonych”, a nie Sojuszu. W mediach społecznościowych dominował jeszcze prostszy zarzut: że Rutte „nie potrafi jasno powiedzieć, po której stronie stoi”.

Ruchome piaski Bliskiego Wschodu

Amerykanie rzeczywiście grzęzną w wojnie z Iranem. Brak jasno sprecyzowanych politycznych celów użycia amerykańskich sił zbrojnych przeciwko Iranowi powoduje, że militarna przewaga, a nawet zwycięstwo, nie zapewniają politycznej wiktorii. Brakuje także kryteriów pozwalających przekonywać amerykańską opinię publiczną, że „mission accomplished” – atak na Iran zakończył się sukcesem.


Reklama

Nie tylko nie ma z kim rozmawiać o warunkach zakończenia wojny, a reżim ajatollahów nie zamierza spełnić oczekiwań Trumpa i ogłosić „bezwarunkowej kapitulacji”. Przeciwnie – rozszerza front, podnosi Amerykanom koszty wojny, usiłuje wygrać wojnę nerwów i wyścig z czasem – kto pierwszy się wyczerpie. Iranowi środki rażenia państw Zatoki czy cierpliwość Amerykanów wobec administracji Trumpa i jej działań skutkujących wyższymi cenami życia, paliw i nawozów.


Reklama

Wśród amerykańskich komentatorów upowszechnia się opinia, że wprawdzie nie wiadomo, co w wojnie z Iranem chce osiągnąć administracja Trumpa, za to jasne jest, do czego dąży Izrael. Od dawna konsekwentnie stara się wciągnąć Amerykę w wojnę z Iranem, aby rękami Amerykanów przekształcić ten kraj w „państwo upadłe”.

Od rewolucji islamskiej w Iranie w 1979 roku kolejne amerykańskie administracje starały się wywikłać z pułapki i to ryzyko ograniczać. Za administracji Baracka Obamy, Zbigniew Brzeziński stwierdził nawet, że gdyby Izrael podjął działania zbrojne przeciw Iranowi bez uzgodnienia z Amerykanami, Amerykanie powinni zestrzelić izraelskie samoloty nad Irakiem. Nie zyskał tą wypowiedzią sympatyków w Izraelu, tym bardziej że podejrzewano, iż była z Białym Domem uzgodniona.

Nie będzie pomnika Poniatowskiego w Paryżu. Miał być priorytetem, rozmył się w bezwładzie


Reklama

Dopiero premierowi Izraela Benjaminowi Netanjahu udało się wepchnąć Amerykę Trumpa na ruchome piaski. Teraz Donald Trump, próbując się ratować, chciałby wciągnąć w pustynne wiry europejskich sojuszników. Ci oczywiście nie mają na to ochoty. Brak sprecyzowanych politycznie celów wystawia ich na ostrzał własnej opinii publicznej, która – po cłach nałożonych przez administrację Trumpa – nie pała nadmiernymi proamerykańskimi sympatiami.


Reklama

Nic dziwnego, że NATO znalazło się pod silną presją ze strony administracji Donalda Trumpa, która domagała się większego zaangażowania Europy w zabezpieczenie cieśniny Ormuz. Sam Trump, naciskany przez dziennikarzy o opinię w sprawie postawy europejskich sojuszników, określił ich odmowę wsparcia jako „bardzo niemądrą” i zasugerował, że przyszłość zaangażowania USA w Sojusz powinna zostać „ponownie przemyślana”.

W tej sytuacji Rutte sięgnął po sprawdzoną strategię: unikać publicznej konfrontacji z Waszyngtonem i przynajmniej akcentować zrozumienie dla amerykańskich motywów. Wielu przedstawicieli europejskiego liberalnego komentariatu to jednak nie tylko nie zadowala, ale wręcz prowokuje do ataków – nie tylko na administrację Trumpa, ale także na NATO i samego sekretarza generalnego, byłego premiera Królestwa Niderlandów, któremu zarzuca się wręcz „zdradę” Europy.


Reklama

Tradycyjnie część europejskiego lewicowego establishmentu wykazuje większe zrozumienie dla Putina, Xi czy reżimu ajatollahów niż dla Stanów Zjednoczonych – niezależnie od tego, kto jest gospodarzem Białego Domu.


Reklama

Czy grozi nam interwencja NATO na Bliskim Wschodzie?

Amerykanie mają różne skrzynki z sojuszniczymi narzędziami, „koalicje chętnych”, „koalicje przyjaciół”, mniej lub bardziej formalne alianse.  Jak to ze skrzynkami z narzędziami bywa – mało w nich uniwersalnych narzędzi. NATO z całą pewnością do nich nie należy. Jest instytucjonalnym przejawem „wolnego świata”, transatlantyckiego sojuszu demokracji. Ale to sojusz „północnoatlantycki” nie bez przyczyny.

Gdy w 1948 roku Europejczycy zaproponowali Amerykanom sojusz obronny, ci postawili bardzo wyraźny warunek: jesteśmy gotowi pomóc wam bronić się przed Sowietami, ale nie będziemy bronić waszych kolonialnych imperiów ani angażować się w wasze wojny kolonialne. Dlatego obszar traktatowej odpowiedzialności NATO został ograniczony do terytoriów na północ od Zwrotnika Raka.

Innymi słowy, NATO zostało stworzone po to, by powstrzymywać ekspansję sowiecką w Europie, a nie po to, by wspierać europejskie imperia kolonialne w Azji czy Afryce. Dlatego dziś europejscy sojusznicy przypominają administracji Trumpa, że Bliski Wschód leży poza traktatowym obszarem odpowiedzialności NATO, a artykuł 5 nie ma tu zastosowania.


Reklama

To jednak mało interesuje Trumpa, który uważa się za związanego głównie tymi umowami, które sam zawarł. Traktat Waszyngtoński podpisywał zaś prezydent Harry Truman. Nie ma pewności, czy Trump w ogóle o nim myśli. Natomiast jest oczywiste, że sekretarz generalny NATO nie powinien być tym, który publicznie uświadamia prezydentowi Stanów Zjednoczonych, że ten się myli. Nie taka jest jego rola.


Reklama

Sekretarz jedności

Co znamienne, stanowisko sekretarza generalnego NATO nie zostało przewidziane w Traktacie Waszyngtońskim. Powstało później, w wyniku decyzji państw członkowskich na początku lat 50., wraz z budową instytucjonalnych struktur Sojuszu. Pierwszym sekretarzem generalnym został w 1952 roku Lord Hastings Ismay.

To on sformułował słynną, nieformalną definicję NATO: Sojusz jest po to, aby „utrzymywać Amerykanów w Europie, Rosjan poza Europą, a Niemców pod kontrolą” (keep Americans in, Russians out, and Germans down).

Dziś ta formuła może brzmieć archaicznie, ale jej rdzeń pozostaje aktualny. Rolą sekretarza generalnego NATO nie jest wypychanie Amerykanów z Europy ani publiczne krytykowanie ich polityki.


Reklama

Sekretarz generalny NATO nie jest komentatorem ani politycznym influencerem. Nie jest też niezależnym aktorem politycznym. Jest, najprościej mówiąc, mechanizmem podtrzymującym działanie systemu sojuszniczego. Jego zadaniem jest utrzymanie Sojuszu przy życiu: spójnego, elastycznego i wiarygodnego.


Reklama

Przewodniczy Radzie Północnoatlantyckiej, buduje konsensus i reprezentuje wspólne stanowisko państw członkowskich. Jego rolą jest „keep Americans in” – nawet wtedy, gdy amerykańska polityka budzi wątpliwości. Bo alternatywą nie jest „bardziej stanowcze NATO”. Alternatywą jest NATO podzielone. Jak trafnie zauważyła była rzeczniczka Sojuszu Oana Lungescu, trudno sobie wyobrazić, by publiczna konfrontacja z Waszyngtonem mogła pomóc w utrzymaniu jedności.

Hawana odpowiada na groźby Trumpa. Kuba jest gotowa na konflikt z USA

W dzisiejszych warunkach jest to zadanie wyjątkowo trudne. NATO funkcjonuje w środowisku rozchodzących się percepcji zagrożeń, rosnącej niestabilności politycznej i zmieniającej się równowagi transatlantyckiej. W takim układzie każda wypowiedź musi być precyzyjnie wyważona. Dyscyplina retoryczna i dyplomatyczna powściągliwość nie są oznaką słabości. Są narzędziami przetrwania instytucji.


Reklama

Dlatego obarczanie Rutte odpowiedzialnością za brak jednoznaczności jest nieuczciwe. Jego rolą nie jest zadowalanie opinii publicznej ani rozstrzyganie sporów moralnych. Jego zadaniem jest zapobieganie dezintegracji Sojuszu. A prawdziwe ograniczenie nie leży w jego słowach, lecz w politycznej woli państw członkowskich. A w sprawie amerykańskiej interwencji w Iranie nie ma spójnego europejskiego stanowiska.


Reklama

Dla większości państw europejskich utrzymanie sojuszniczych relacji ze Stanami Zjednoczonymi, spójność NATO, jest ważniejsza niż Iran, Bliski Wschód, a nawet prawno-międzynarodowa ortodoksja. Jeśli Sekretarz Generalny NATO mówi ostrożnie, to dlatego, że tylko tak może mówić wspólnym głosem. I właśnie dlatego to „milczenie” Rutte nie jest oznaką słabości. Jest dowodem, że system wciąż działa.

A wojna w Iranie? NATO na pewno jej nie zakończy.


Reklama

Źródło: Zero.pl
Sławomir Dębski
Sławomir DębskiProfesor strategii i stosunków międzynarodowych w Kolegium Europejskim w Natolinie. Współautor programu Ground Zero