Moto

Trump „rozwiązał” wstydliwy problem aut elektrycznych. Wreszcie są naprawdę tańsze od spalinowych

To taki trochę temat tabu, o którym fani aut elektrycznych nie lubią mówić. Bo o ile jeżdżenie nimi po mieście, jeśli ładujesz się z domowego gniazdka, jest wręcz absurdalnie tanie, o tyle szybkie ładowanie się w trasie jest po prostu koszmarnie drogie. Ale hej, przecież paliwo jest już jeszcze droższe.

Piotr Rodzik
Felieton autorstwa: Piotr Rodzik
23 marca
6 minut
Ładowanie auta elektrycznego nagle jest konkurencyjne do cen paliw. (fot. Shutterstock / Shutterstock)

Reklama

Rozglądam się po internecie i widzę złowrogie zapowiedzi analityków – już w ten poniedziałek (czyli dzisiaj) ceny diesla na stacjach benzynowych przekroczą osiem zł za litr. Oczywiście opinie analityków nie wytrzymują tempa nadanego przez rzeczywistość. Bo zanim oni coś napiszą, zanim podłapie to jakaś redakcja, zanim dziennikarz to przepisze, zanim wydawca to opublikuje, a mówię tu o „szybkim” wariancie internetowym – upływa czasem całkiem dużo czasu.


Reklama

Chodzi mi oczywiście o to, że olej napędowy na wielu stacjach już dawno przebił tę granicę, a benzyna nie jest wcale daleko w tyle. Na dodatek ci sami analitycy wieszczą, że magiczna granica ośmiu zł nie jest przesadnie magiczna, bo za moment na stacjach benzynowych w Polsce możemy zacząć oglądać dziewiątkę, ale nie po przecinku, tylko przed przecinkiem.

W sobotę bowiem Orlen podniósł hurtową cenę diesla do 7,26 zł. 23 proc. VAT i mamy już 8,93 zł. A jesteśmy jeszcze przed marżą stacji benzynowej. Szans na spadki cen za bardzo nie widać, ponieważ amerykańska administracja jest ewidentnie zaskoczona faktem, że Irańczycy nie wywiesili białej flagi po pierwszej rakiecie w Teheranie.

Zwolennicy aut elektrycznych mogą otwierać szampana

Powyższe informacje to absolutna tragedia dla kondycji polskiej gospodarki i portfela przeciętnego (czytaj: ze spalinowym autem) polskiego kierowcy z jednej strony, a z drugiej informacja wręcz doskonała dla fanatyków elektromobilności. Wiecie, tych, co na złość Obajtkowi lubią stać i ładować samochód przez godzinę w trasie.


Reklama

Tak, wiem, że Daniel Obajtek nie jest już szefem Orlenu. Ale i tak nikt nie pamięta nazwiska nowego.


Reklama

Ja sam auta elektryczne, nie ukrywam, bardzo lubię, ale potrafię dostrzec związane z nimi trudności. A tych jest co niemiara. Na szczęście dzięki prezydentowi Stanów Zjednoczonych jeden z nich właśnie odchodzi do lamusa.

Nie udały nam się dwie Polski 2050. Jedna była Hołowni, a druga fanów "elektryków"

Otóż jak wspomniałem wyżej, jeżdżenie autami elektrycznymi może być albo bardzo tanie, albo... bardzo drogie. Za bardzo nic tu nie ma po środku. 


Reklama

W każdym razie są to auta nie do pokonania w mieście, jeśli ładujemy się z domowego gniazdka. Jeśli bowiem przyjmiemy, że jedna kilowatogodzina kosztuje mniej więcej złotówkę, takim autem elektrycznym po mieście można pokonać 100 km za jakieś 12-16 zł. Naprawdę. W tym samym czasie w aucie spalinowym będzie to kwota jakieś pięć, sześć razy wyższa, ale tego już państwu przeliczać nie muszę, bo każdy wie, ile samochody palą w mieście i ile kosztuje paliwo.


Reklama

Problemem aut elektrycznych do tej pory były podróże międzymiastowe. I nie chodzi mi nawet o ich wciąż mizerny zasięg, tylko o koszt takiej przygody. Ładowanie w trasie przy pomocy coraz szerzej dostępnych szybkich ładowarek jest absurdalnie drogie.

Przykład: jedna z największych polskich sieci, Greenway. Bez żadnego abonamentu (dodatkowo płatnego!) szybkie ładowanie „z marszu” kosztuje aż 3,15 zł za jedną kilowatogodzinę. Płatne abonamenty to wbrew pozorom nie takie dobre rozwiązanie – jeśli robisz jedną czy dwie trasy miesięcznie, to ich koszt sumarycznie też mocno podbija cenę ładowania. A jeśli robisz tych tras więcej, to i tak nie kupujesz auta elektrycznego.

Spójrzmy jeszcze do cennika Ionity, jednej z większych w Europie sieci ładowarek, rozwijanej m.in. przez koncerny Volkswagen, BMW i Mercedes. 3,26 zł za kilowatogodzinę przy ładowaniu bez żadnego abonamentu, 3,10 zł za samo posiadanie ich apki.


Reklama

Czyli jeśli samochód elektryczny na drodze ekspresowej pożera jakieś 22-23 kWh (takie są realia) na 100 km, to pokonanie takiej odległości kosztuje nas takim autem około 70 zł. Koszty na autostradach litościwie pomijam – „elektryki” nie bez powodu snują się po nich prawym pasem. W każdym razie robi się jeszcze drożej przy 140 km/h. Sporo drożej.


Reklama

Tymczasem taki samochód spalinowy zadowoli się często 6-7 litrami oleju napędowego czy 7-8 litrami benzyny – i to czasem nawet przy 140 km/h, a nie przy 120. Jeśli diesel kosztował 6 zł za litr, to często takie 100 km kosztowało kierowcę mniej więcej 40 zł. Różnica znacząca. A jeszcze nie trzeba kwitnąć w kolejce do ładowarki bądź podczas ładowania.

Ten argument obrońców aut spalinowych przynajmniej na razie znika

Nietrudno bowiem policzyć, że ceny paliw są tak wysokie, że właśnie mniej więcej dogoniły koszty ładowania aut elektrycznych w trasie. I w sumie to właśnie je przekraczają. Te 9 zł za litr oleju napędowego naprawdę robi wrażenie. Na mnie przede wszystkim smutne.

Dodajmy, że jest tu jeszcze sporo zmiennych. Ceny paliw są z grubsza takie same. Karty flotowe dają groszowe oszczędności, a różnorakie promocje Orlenu (oraz innych sieci) tylko weekendowe i mocno limitowane.


Reklama

Tymczasem, jeśli masz abonament (choć tak jak pisałem – nie jest to idealne rozwiązanie) w przypadku auta elektrycznego, to ładowanie jest nawet tańsze. Znowu użyję przykładu Greenwaya. Przy różnych płatnych planach (ich ceny wahają się od 30 do 80 zł miesięcznie) cena kilowatogodziny spada do 2,10-2,40 zł. W przypadku wspomnianego Ionity w płatnych planach cena waha się od od 2,33 zł za kWh do nawet 1,86 zł za kWh. Te plany są płatne z góry za rok: 515 i 286 zł rocznie.


Reklama

Jeszcze lepiej mają użytkownicy Tesli. Ci ładują się na Superchargerach (okej, jest ich w Polsce tyle, co kot napłakał) za mniej więcej 1,5 zł za kWh.

Skończyły się dopłaty do elektryków. A teraz zgadnijcie, co zaczęli robić importerzy

Nagle zaczęło się to wszystko spinać. Ale dla dobra nas wszystkich mam nadzieję, że niedługo podróż autem elektrycznym po Polsce znowu będzie drogą fanaberią, a nie logicznym wyborem.