Podstawą prawidłowych rozwiązań jest prawidłowa diagnoza. Jeśli przyjmuje się, że mamy do czynienia z kryzysem konstytucyjnym, to co jest jego przesłanką? Na ile podstawą problemów ustrojowych są przepisy konstytucyjne wadliwie skonstruowane czy też z innego powodu nieadekwatne do aktualnego układu stosunków politycznych, a na ile są nią nie przepisy prawa, lecz sposób ich stosowania?
Problem może tkwić nie w przepisach, lecz w ich wadliwym stosowaniu, a wówczas na nic zda się zmiana prawa. Czy przyczyną zderzenia nowego Lamborghini z drzewem są wady konstrukcyjne samochodu, czy może otumaniony środkami odurzającymi kierowca? Samochód można wymienić na nowy, ale w rękach tego samego kierowcy może to nic nie dać, bądź – co gorsza – utrwalać przekonanie, że wystarczy, aby rodzice wymienili auto na nowe, a problem zostanie rozwiązany; nie zostanie.
Polityczny problem
Kryzys konstytucyjny jest zjawiskiem przede wszystkim politycznym, a dopiero w drugiej kolejności – prawnym. Nie jest efektem wadliwie ukształtowanych przepisów konstytucyjnych, lecz wadliwego ich stosowania. Jest objawem walki o kurczące się zasoby władzy.
Co się tyczy Trybunału Konstytucyjnego czy sądów (do nich ograniczam swoje rozważania), to brzmienie przepisów konstytucyjnych nie budzi zastrzeżeń. Są one uformowane zgodnie z rekomendacjami nauki prawa konstytucyjnego oraz standardami systemu Rady Europy. Problem nie dotyczy ich treści, lecz sposobu stosowania.
Stwierdzamy wieloraką praktykę odbiegającą od litery prawa. Kilka przykładów. Zgodnie z art. 194 Konstytucji Sejm wybiera sędziów TK „spośród osób wyróżniających się wiedzą prawniczą”, a ustawodawca dopowiada, że kandydaci na sędziów TK mają też spełniać wymagania niezbędne do pełnienia urzędu na stanowisku sędziego Sądu Najwyższego lub sędziego Naczelnego Sądu Administracyjnego. Nic dodać, nic ująć.
Gdy w miejsce osób o takich cechach Sejm wybiera do TK – raz posiadacza tzw. niebieskiej karty, raz sędziego sądu powszechnego znanego z deptania Konstytucji i uznawania orzeczeń polskich sądów i TK za „nieistniejące”, innym razem działaczy politycznych – nie jest to problem wad konstytucyjnych, lecz wadliwej praktyki sejmowej. Jest to problem większości sejmowej nierzetelnie wykonującej powierzone jej obowiązki. Zamiast resetu wystarczy powrócić do konstytucyjnego stanu starannego wykonywania powierzonych zadań.
Zgodnie z art. 190 Konstytucji wyroki TK mają moc powszechnie obowiązującą, są ostateczne i „podlegają niezwłocznemu ogłoszeniu”. Nic dodać, nic ująć. Gdy zamiast stosowania art. 190 Konstytucji Prezes Rady Ministrów nie publikuje wyroków TK, a część uczestników stosunków prawnych (w tym sędziowie) uznaje wyroki TK za „nieistniejące”, nie jest to problem wad konstytucyjnych, lecz wadliwej praktyki. Zamiast resetu wystarczy powrócić do konstytucyjnego stanu rzetelnego wykonywania powierzonych zadań.
Zgodnie z art. 179 Konstytucji sędziowie są powoływani przez Prezydenta, na wniosek Krajowej Rady Sądownictwa, na czas nieoznaczony. Nic dodać, nic ująć. Gdy zamiast stosowania art. 179 Konstytucji część sędziów (w tym działacze partii komunistycznej) nie uznaje części sędziów powoływanych przez Prezydenta, na wniosek Krajowej Rady Sądownictwa, na czas nieoznaczony, nie jest to problem wad konstytucyjnych, lecz wadliwej praktyki. Zamiast resetu wystarczy powrócić do konstytucyjnego stanu przestrzegania prawa.
Podobnie jest z innymi zakresami stosunków prawnych. Mający miejsce stan faktyczny nie jest efektem wad konstytucyjnych, lecz wadliwej praktyki, na którą reset konstytucyjny niewiele pomoże.
Jak do tego doszło
Kryzys konstytucyjny możemy precyzyjnie osadzić w czasie, wskazać konkretne zdarzenie, w którym doszło do akceleracji kryzysu – gwałtu na Konstytucji. Są to ostatnie miesiące Sejmu VII kadencji (2015 r.), kiedy to, po przegranych wyborach prezydenckich, przy perspektywie przegranych wyborów parlamentarnych, kończący swą działalność Sejm VII kadencji – z udziałem Prezesa TK, jego zastępcy oraz jednego z sędziów TK, a przy sprzeciwie posłów opozycji – zmienił tryb wyboru sędziów TK po to, aby tego prawa pozbawić Sejm kolejnej kadencji, który Polacy mieli wkrótce wybrać.
Na płaszczyźnie konstytucyjnej sytuacja, w której – niezależnie od tego, kto wygra wybory parlamentarne – ma być tak, jak chcą określone siły polityczne, oznacza pozbawienie wyborów ich konstytucyjnego znaczenia. Wykazuje znamiona zamachu na demokrację.
Co istotne, z udziałem nie tylko większości parlamentarnej, ale także sędziów TK (strażników przestrzegania Konstytucji), doszło wówczas do odrzucenia podstawowego założenia Konstytucji z 2 kwietnia 1997 r., zgodnie z którym poprzez wybory parlamentarne Polacy wybierają tych, którym dają zgodę na kształtowanie swoich zachowań.
Dopełnienie zamachu ustawodawczego miało miejsce 8 października 2015 r. Wtedy to, na ostatnim swoim posiedzeniu, większość sejmowa, przy głośnym sprzeciwie opozycji oraz rechocie zadowolonych z zastosowanego przez siebie triku posłów większości parlamentarnej, wybrała do Trybunału Konstytucyjnego „na zapas” swoich faworytów.
W wybranym jesienią 2015 r. Sejmie role się odwróciły. Dotychczasowa większość stała się mniejszością, a mniejszość – większością i, uznając, że skoro oponenci polityczni nie przestrzegają umowy konstytucyjnej, to i oni nie są nią związani (opacznie rozumiane exceptio non adimpleti contractus), doprowadzili do skutków, które od ponad 10 lat obserwujemy. Sfera stosunków władzy to nie tylko prawo, to także emocje.
U podstaw kryzysu konstytucyjnego nie leżą wadliwie ukształtowane przepisy konstytucyjne, lecz ich negacja przez część uczestników stosunków prawnych. Nie uznają oni części przepisów konstytucyjnych, nie uznają części wyroków sądów oraz Trybunału Konstytucyjnego. Nie uznają obowiązku stosowania Konstytucji w imię Konstytucji – tak, jak sami ją rozumieją.
Podobna sytuacja miała miejsce w Polsce po 1944 r. Wówczas również część uczestników stosunków prawnych, w celu swojego uprawomocnienia, nie uznawała obowiązującej konstytucji. W Manifeście PKWN z 22 lipca 1944 r. odrzucono obowiązującą Konstytucję z 1935 r. jako „bezprawną i faszystowską”, a swoje działania rządzący oparli na „podstawowych założeniach” Konstytucji z 1921 r., rozumianych tak, jak rozumieli je rządzący.
Także ostatnie zdanie Manifestu PKWN – „Niech żyje Polska wolna, silna, niepodległa, suwerenna i demokratyczna!” – jest zdaniem, które i dzisiaj chętnie wypowiadają uczestnicy stosunków prawnych negujący stosowanie części przepisów konstytucyjnych. Niektóre zachowania polityczne są trwałe, niezależne od ustroju państwa.
Trudno o porozumienie
W sytuacji, gdy część uczestników stosunków prawnych twierdzi, że poszczególne przepisy konstytucyjne ich nie obowiązują, że nie istnieją poszczególne ustawy czy wyroki sądów i TK, że prawem jest tylko to, co oni za prawo uznają, trudno o porozumienie.
To nie jest spór o dobór adekwatniejszych środków działania; to nie jest spór prawny ani nawet polityczny – to już spór o wymiarach ontologicznych: czy coś istnieje, czy nie istnieje. Pytanie o rozmowę z kimś, kto twierdzi, że wyrok dla niego korzystny istnieje, a wyrok dla niego niekorzystny nie istnieje, z kimś, kto twierdzi, że nie ma Trybunału Konstytucyjnego, a zarazem wybiera sędziów do tegoż Trybunału Konstytucyjnego, przypomina pytanie sprzed lat o sens rozmowy z komunistami, dla których wypowiadane słowa – podobnie jak zawierane umowy – nie mają znaczenia, a znaczenie ma tylko dominacja.
Populiści nie lubią sądownictwa konstytucyjnego. Są niechętni kontroli legalności swojej działalności. Wolą władzę jednolitą i stosowanie prawa tak, jak je rozumieją. Preferują unikanie pułapki prawniczego formalizmu, tym bardziej gdy uważają, że to nie jest czas, aby ściśle trzymać się litery prawa. Z tego powodu pielęgnują kryzys konstytucyjny jako „czyste złoto”, dające pretekst do nieliczenia się z obowiązującym prawem.
Podobnie jak w PRL – czy to uchwalone przez Sejm ustawy, czy to wydane przez rząd rozporządzenia – nie podlegają efektywnej kontroli zgodności z Konstytucją, a – inaczej niż w PRL – wyroki sądów niemiłe władzy nie są wykonywane pod pretekstem, że zostały wydane przez niewłaściwie powołanych sędziów, chyba że chodzi o wyrok korzystny dla ludzi władzy – wtedy tak, podlega on wykonaniu. W ten sposób rządzący eliminują te mechanizmy systemu podzielonej władzy, które ich uwierają, które wymagają rozliczalności, które wymuszają legalność działania.
Podobnie jak w PRL rządzącym doskwiera podział władzy. Uważają, że system organów państwa powinien być skoncentrowany, a nie podzielony i zrównoważony. W nawiązaniu do PRL podnoszą, że nie ma sprawnie działającego państwa bez biura politycznego partii władzy i jej „kierownika”, koordynującego i prowadzącego wszystkie polityki publiczne.
Owładnięci obsesją władzy z ulgą pozbywają się mechanizmów podziału i równowagi, które powstrzymywały ich przed działaniem niekonstytucyjnym, arbitralnym. Spór dotyczy kwestii niebagatelnej: kto powinien mieć „ostateczne słowo” w kwestii normatywnych podstaw państwa – biuro polityczne partii władzy i jej „kierownik” czy niezależny od nich Trybunał Konstytucyjny wraz z niezależnymi sądami?
Reset konstytucyjny nie jest rozwiązaniem sporu, bo nie dotyczy on treści Konstytucji, ale jej stosowania. Z tego też powodu przekonanie, że skoro od ponad 10 lat część uczestników stosunków prawnych nie przestrzega obowiązującej Konstytucji, wybiórczo uznaje albo nie uznaje wyroków sądów, to po resecie będzie ją starannie przestrzegać, jest przekonaniem mającym wątpliwe podstawy ontologiczne.
Pytanie o reset konstytucyjny to pytanie o to, na czym miałby on polegać w sytuacji, gdy kluczowi uczestnicy stosunków politycznych to ci sami, którzy kryzys wywołali i utrwalili go w okresie ponad 10 lat. Jak wiadomo, gdy dwóch mówi to samo, nie znaczy to samo.
Mówiąc o resecie, uczestnicy stosunków politycznych myślą o różnych kwestiach. Jedni, mówiąc o resecie, mają na myśli eliminację konkurencji politycznej w sposób aktualnie prawnie niedopuszczalny. Inni z kolei mają na myśli sanację konstytucyjną za pomocą środków aktualnie niedopuszczalnych. Te odmienne myśli są nie do pogodzenia.
Prezydent Nawrocki w Kanale Zero o kulisach zaprzysiężenia sędziów TK: Musiałem wybrać sam
Niestosowanie części przepisów konstytucyjnych przez część uczestników stosunków prawnych oznacza odrzucenie przez nich Konstytucji jako aktu warunkującego istnienie ładu ustrojowego. Odrzucenie Konstytucji jako nadrzędnej zasady oznacza odrzucenie wspólnej płaszczyzny odniesienia.
Reset konstytucyjny wymagałby czegoś przeciwnego: porozumienia kluczowych uczestników stosunków politycznych, a ten warunek nie jest spełniony. Nie bardzo wiadomo, na czym miałoby polegać porozumienie konstytucyjne z ministrem sprawiedliwości twierdzącym, że jak będzie chciał, to opozycyjnego posła przewiezie w bagażniku, z formacją polityczną tego posła.
Nie bardzo wiadomo, na czym miałoby polegać porozumienie obozu władzy z opozycją polityczną, gdy nachodzi się mieszkanie opozycyjnego posła mającego immunitet, a innych posłów opozycyjnych wyrzuca z Sejmu, mimo że Sąd Najwyższy uchylił postanowienie marszałka Sejmu stwierdzające wygaśnięcie mandatu poselskiego. Z kim i na co można umawiać się w takich okolicznościach?
Obecnie nie ma zgody co do kwestii podstawowych. Nie ma wspólnej diagnozy źródeł kryzysu konstytucyjnego, nie ma wspólnej wizji jego rozwiązania. Czy w elitach politycznych jest zgoda powszechna na wożenie posłów opozycji w bagażnikach albo czy jest zgoda powszechna na odrzucenie takich pomysłów? Czy jest zgoda powszechna na wyrzucanie z Sejmu i nękanie finansowe posłów opozycyjnych albo czy jest zgoda powszechna na pociągnięcie do odpowiedzialności sprawców takich działań?
Trudno o powszechne porozumienie konstytucyjne z kimś, kto twierdzi, że funkcjonujemy w czasach demokracji walczącej, a program opozycji politycznej to agenda polityczna państwa uznawanego za wrogie Polsce.
W tych i innych sprawach nie ma zgody powszechnej; przeciwnie – właśnie przeprowadzane w części sądów prawybory na sędziowskich członków KRS wskazują na dalsze rozchodzenie się rozumienia tego, co jest, a co nie jest dozwolone konstytucyjnie, i generują ryzyko utworzenia KRS o wadliwym, a w konsekwencji nieuznawanym przez część uczestników stosunków prawnych, składzie osobowym.
Nie ma zgody
Tak jak w elitach władzy nie ma zgody powszechnej na przestrzeganie umowy konstytucyjnej, tak też podobnej zgody nie ma wśród obywateli. W tym zakresie poglądy obywateli są podobne do poglądów parlamentarzystów i niewiele jest w tym zaskakującego.
Już Platon dostrzegał – i od tego czasu niewiele się zmieniło – że demokracja nie żywi się prawdą, lecz namiętnościami. W społeczeństwach coraz bardziej podlegających segmentalizacji i atomizacji niewielki jest popyt na praworządność czy równowagę stosunków rządzenia; jest za to popyt na radykalizm.
Zarówno gwałt konstytucyjny dokonany w Sejmie VII kadencji, jak i gwałty konstytucyjne popełnione w kolejnych latach nie wpłynęły negatywnie na społeczną ocenę czy to poszczególnych partii politycznych, czy poszczególnych posłów w tych gwałtach uczestniczących. Wyborcy regularnie głosują na sprawców kryzysu.
Partie polityczne zachowały wysokie poparcie społeczne, posłowie – bezpośredni sprawcy gwałtu – wygrali kolejne wybory do Sejmu i hojnie zostali obdarowani synekurami. Można zatem mówić o społecznym przyzwoleniu na naruszanie umowy konstytucyjnej, co samo w sobie nie zachęca decydentów politycznych do jej przestrzegania. Ten stan rzeczy mógłby zmienić dopiero reset wyborczy.
Analiza stosunków władzy pozwala stwierdzić, że zamiast resetu konstytucyjnego niezbędny jest powrót do stanu przestrzegania Konstytucji, stosowania art. 190 Konstytucji, zgodnie z którym orzeczenia TK mają moc powszechnie obowiązującą, są ostateczne i podlegają opublikowaniu; wybierania przez Sejm sędziów TK nie spośród osób mających założoną tzw. niebieską kartę i znanych z deptania Konstytucji, lecz „osób wyróżniających się wiedzą prawniczą” (art. 194) itd. Nie trzeba resetu. Wystarczy trzymać się prawa.
NA ŻYWO: ŚLUBOWANIE SĘDZIÓW TK W SEJMIE. MAZUREK, ZALEWSKI, PRUSINOWSKI

