Proces Lindsay Clancy, odbywający się w USA, poruszył społeczność amerykańską, jak i cały świat. Rodzaj zbrodni, jej zaplanowanie i przeprowadzenie na własnych dzieciach jest przerażającym świadectwem tego, do jakiej brutalności i bezwzględności zdolny jest człowiek. Jednak od samego morderstwa chyba bardziej szokujący jest spontaniczny ruch kobiet deklarujących solidarność z oskarżoną. W trakcie procesu sądowego setki osób, w przeważającej mierze kobiet, ubranych w różowe koszulki, stały pod sądem. Chciały w ten sposób wyrazić swoje współczucie wobec oskarżonej o morderstwo trojga swoich dzieci, wskazując na jej problemy hormonalne i psychiczne.
Ruch wsparcia wyraża zdecydowaną opinię, że matki przeżywające trudności w macierzyństwie nie uzyskują wystarczającej pomocy od państwa, w wyniku czego mogą nie być w stanie udźwignąć ciężaru codzienności, a skrajne przeciążenie może prowadzić do dramatycznych skutków.
Podczas gdy samo wsparcie kobiet, które być może same przeżyły trudne momenty w trakcie swojego macierzyństwa, jest jak najbardziej zrozumiałe, to warto zastanowić się, czy rozmiar współczucia wobec oskarżonej powinien wprost proporcjonalnie zmniejszać współczucie dla zabitych? Czy życie dzieci staje się mniej warte tylko dlatego, że bardzo żal nam pogubionej matki?
Realne cierpienie nie oznacza niewinności
Nie ma wątpliwości, że depresja poporodowa istnieje i według danych Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego udostępnionych na stronie Ministerstwa Zdrowia cierpi na nią aż od 10 do 22 proc. kobiet i 10 proc. mężczyzn (Młoda matka w depresji). Od matek można usłyszeć, że jest to przytłaczające doświadczenie, m.in. poczucie bycia samotnym, zalanym nowymi rodzicielskimi obowiązkami oraz poczucie zastoju, podczas gdy koleżanki mogą dalej rozwijać się zawodowo i społecznie.
Nie wolno jednak mylić realnego cierpienia matki z niewinnością moralną.
Dziecko samo w sobie nie jest oczywiście winne trudnościom, z jakimi mierzą się rodzice. Pojawiło się na świecie w wyniku naturalnych procesów biologicznych, począwszy od zapłodnienia, a skończywszy na porodzie. Jako rozwinięte intelektualnie i emocjonalnie społeczeństwo mamy prawo oczekiwać, że dzieci zostaną otaczane miłością, cierpliwością i zrozumieniem, jakkolwiek rzeczywistość nie zawsze jest w stanie temu sprostać.
Jednocześnie rodzic, najczęściej matka, mający problem, przecież nie z własnej winy, z poradzeniem sobie w zupełnie nowej rzeczywistości (niezależnie od tego, czy jest to pierwsze dziecko, czy kolejne), może stać się źródłem niebezpieczeństwa dla własnego potomstwa, zamiast być naturalnym żywicielem i obrońcą.
Niemniej przykazanie Boże „nie zabijaj” jest i musi pozostać jednym z fundamentów cywilizacji, którego nie da się naruszyć zmiennymi warunkami życia.
Miłosierdzie, a nie uniewinnianie
Z tej perspektywy współczucie i miłosierdzie chrześcijańskie są czymś naturalnym i obowiązkowym wobec Lindsay Clancy. Wymaga ona wsparcia duchowego mającego pomóc jej odzyskać nadzieję na Boże przebaczenie, którego przecież wszyscy potrzebujemy bez wyjątku.
Zabicie własnych dzieci jest najwyraźniejszym świadectwem tego, w jak beznadziejnym miejscu w swoim życiu znalazła się oskarżona i jak bardzo potrzebuje ona nawrócenia, aby prawdziwie zobaczyć skalę swojej zbrodni w świetle Bożej nauki i móc zapłakać nad nią. A my uczciwie musimy pamiętać, że nie ma człowieka, który by nie czynił zła, gdyż, jak pisze Apostoł Paweł za psalmistą: „nie ma rozumnego, nie ma, kto by szukał Boga. Wszyscy zboczyli z drogi, zarazem się zepsuli, nie ma takiego, co dobrze czyni, zgoła ani jednego” (Rz 3,11n). Następnie Apostoł wskazuje na skłonność człowieka do złych uczynków: „Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę. Jeżeli zaś czynię to, czego nie chcę, już nie ja to czynię, ale grzech, który we mnie mieszka” (Rz 7,19n).
Sprawdź także: Prezydent zatrzymał „lex szarlatan”. Pacjenci zostali bez ochrony
Jednak miłosierdzie nie może popadać w naiwność i nigdy nie może być oderwane od sprawiedliwości. Niestety wsparcie kobiet broniących pani Clancy nie ogranicza się tylko do podnoszenia świadomości w kwestii depresji poporodowej, ono rozszerza się na całkowite usprawiedliwienie oskarżonej, przy ledwie zauważeniu skutków jej zbrodni. A są one porażające: matka zaplanowała i dokonała uduszenia trojga swoich dzieci: 5-letniej córki, 3-letniego syna i 8-miesięcznego synka.
Można i trzeba współczuć po chrześcijańsku kobiecie, która znalazła się w takim momencie swojego życia, w którym uznała dokonanie zbrodni na własnych dzieciach za dobro. To bezdyskusyjnie dramat, ale miłość nie może zatrzymywać się na jednej stronie, zapominając o ofiarach. Miłosierdzie nie powinno mieć kategorycznego charakteru usprawiedliwiania sprawcy, przy jednoczesnym zapominaniu o ofiarach.
Czytaj także: USA i Rosja znowu rozmawiają za kulisami. „Polska musi być gotowa na taki scenariusz”
Dyskryminacja i walka o własne
Trudno mi nie odnieść wrażenia, że radykalna obrona i usprawiedliwienie oskarżonej przez wspomniane kobiety są ściśle powiązane z szerszym zjawiskiem występującym u feministek o lewicowych poglądach i polegającym na radykalnym podporządkowywaniu sobie rzeczywistości własnym potrzebom oraz braku brania odpowiedzialności za własne decyzje.
Zgodnie z tą narracją kobiety są od wieków nieustannie dyskryminowane i w ramach walki o własne dobro powinny zacząć skupiać się na sobie, aby w końcu uzyskać to, co im się należy, z czego były tak długo okradane. Ten stan permanentnej opresji stawia feministki w uprzywilejowanym miejscu wiecznych ofiar, zawsze muszących walczyć o swoje prawa, które zły patriarchalny system chce im zabrać.
W tym ujęciu przestajemy zadawać sobie pytanie o dobro drugiego człowieka i nasz stosunek wobec niego, ale raczej skupiamy się na zagadnieniu spełniania się mojej własnej osoby, niezależnie od ludzi wokół mnie.
Aborcja jako tragiczny początek
Pierwszym i podstawowym, żeby nie powiedzieć żelaznym, symptomem jest postulat szerokiego dostępu do aborcji. Niegdyś popularne hasła o rzadkiej, lecz bezpiecznej aborcji, zgodnie z narracją niemijającego systemu opresji, zostały zastąpione przez walkę o aborcję dostępną zawsze i wszędzie, choćby do momentu porodu.
Feministki nie silą się na argumentację biologiczno-filozoficzną mającą uzasadniać takie postulaty, a już na pewno nie posiadają wspólnej i spójnej narracji, bowiem jest to ruch przeciwko czemuś, a nie w ramach czegoś. Zatem różne grupy feministek będą przedstawiały różne racje mające im pozwalać na „przerywanie ciąży”, cokolwiek miałoby oznaczać to tajemnicze hasło.
Skoro walka o swoje bardzo szeroko rozumiane prawa musi odrzucać elementy opresyjne i potencjalnie nieatrakcyjne, np. macierzyństwo ze wszystkimi jego trudnymi stronami, to wspierający Lindsay Clancy po prostu rozszerzają usprawiedliwienie wyborów kobiety również na zabójstwo trojga dzieci.
Zapomniane dzieci
A właśnie o dzieciach obrończynie spod sądu nie chcą tak dużo mówić. A przynajmniej nie w kontekście osób posiadających prawo do życia, którym zostało ono brutalnie odebrane.
Sprawdź również: Największy błąd Zełenskiego: nie docenił Fedorowa
Oczywiście nie twierdzą one, że dzieci nie są ludźmi (choć widziałem nagranie, na którym kobieta porównywała dzieci do pustych waz, aby pomóc zrozumieć emocje zabójczyni), ale usilnie ukazują macierzyństwo jako tak trudne, tak wymagające, że należy zrozumieć, iż nawet morderstwo własnych dzieci może się okazać tragiczną, ale zrozumiałą konsekwencją. Idąc dalej takim tokiem myślenia, można zaryzykować tezę, że system, który zawodzi matki w ich wsparciu psychicznym, sam niejako może pchać je do takich zbrodni, znów zdejmując ciężar odpowiedzialności z oskarżonej.
Warto zauważyć, że w tym sposobie myślenia zabójstwo dzieci przed i po narodzinach ma wspólny aksjomat: kobieta nie jest odpowiedzialna za własne dzieci, za własne decyzje o macierzyństwie, jest odpowiedzialna tylko za swoje zdrowie i dobre samopoczucie, co nabiera wręcz religijnego wymiaru. Mąż oskarżonej i jej dzieci nie mogą być wymieniani jako ofiary tego zabójstwa, bo to oni właśnie byli elementem ciężaru kobiety.
Trump chce spotkać się z Putinem. Postawił jeden warunek
Dwie koncepcje wolności
Niedawno w liturgii Kościoła katolickiego obchodzone było święto wielkiego doktora Kościoła, św. Augustyna, który jest autorem idei, że wolność człowieka rozpoczyna się wraz z odrzuceniem zła. Każdy, kto jest wolny, będzie wybierał dobro, a tylko człowiek zniewolony dokonuje zła. Jan Paweł II w encyklice Veritatis Splendor formułuje myśl, że ci, którzy żyją „według ciała”, czyli według doczesnego pojmowania szczęścia i całkowitego oddania się rzeczywistości materialnej, odczuwają prawo Boże jako ograniczenie swojej wolności.
Myślenie feministek świetnie wpisuje się w tę myśl: wolność jest im nieustannie odbierana z powodu oczekiwań brania odpowiedzialności za swoje i cudze życie, nawet gdy mówimy o rzeczach obiektywnie dobrych ze swej natury, jak małżeństwo, macierzyństwo i związane z nimi poświęcenie na różnych poziomach. W konsekwencji, w ramach logiki lewicowych feministek, jeżeli ofiara z dzieci była wymagana, aby oskarżona mogła odzyskać współcześnie rozumianą wolność od odpowiedzialności, to widocznie tak musiało być.
Komu współczują „różowe koszulki”?
Nie powinno dziwić, że kobiety w ramach unikalności swoich doświadczeń starają się wspierać siebie nawzajem. Niepokoi jednak to, że potomstwo oskarżonej nie jest wspominane ze współczuciem przez współczesne feministki, nie jest ono w ogóle opłakiwane właśnie dlatego, że było elementem nieustannego ciężaru dla pani Clancy. I choć już zaznaczyłem, że depresja poporodowa jest czymś realnym i przytłaczającym, to trudno od uznania istnienia tej choroby przejść do usprawiedliwiania zaplanowania i dokonania tak strasznej zbrodni.
Sprawdź też: Amerykańskie wojska zbombardowały dom weselny w Iranie. Są ofiary i wielu rannych
Dzieci, ze swej natury niewinne, dosłownie nie były niczemu winne, a jednak w publicznej narracji części wspierających współczucie i empatia były zarezerwowane tylko dla oskarżonej, nie dla ofiar morderstwa. Choć przecież miłości i miłosierdzia może i powinno starczyć dla wszystkich, w żadnym razie nie jest to dobro ograniczone.
Kobieta będąca nieustannie dyskryminowana i uciskana jest na nieustannej wojnie i nie może brać odpowiedzialności za swoje decyzje, jakie by one nie były. Zatem całe to wsparcie dla Lindsay odczytuję jako walkę o wolność do czynienia dobra na rzecz wolności od odpowiedzialności. W takim ujęciu absolutne, niczym nieskrępowane szczęście kobiety jest celem nadrzędnym. Tak bardzo wychwalane przez współczesną kulturę egoizmu przygodne współżycie kończące się niechcianym macierzyństwem i często występujący ciężar macierzyństwa są naturalnymi wrogami wolności od odpowiedzialności. Jakże często, w rozumieniu lewicujących feministek, wina leży gdzieś indziej.
Warto przeczytać: Fiasko na szczycie G20. Przesądził sprzeciw Chin
Prawdziwe życie jest naznaczone krzyżem
Takie spojrzenie jest nie tylko okrutne, ale również fałszywe, oddalające kobiety od prawdziwego szczęścia. Dla każdego człowieka rzeczywistość potrafi być uciążliwa, bez względu na to, czego ten trud dotyczy. Zamiana Boga i Jego obiektywnej z natury nauki na subiektywne, absolutnie relatywne wartości musi kończyć się tym, co obserwujemy na świecie.
Jakim paradoksem jest to, że żyjemy w czasach największego postępu naukowego i technologicznego, w których komfort naszego życia znacznie przewyższa jakość życia naszych dziadków czy rodziców, a jednak szczytem marzeń wielu kobiet jest szukanie własnego szczęścia nawet kosztem życia własnych dzieci, tych przed i po narodzinach. Współczesna kultura ma awersję do stawiania poważnych pytań i prób udzielenia na nie odpowiedzi. Nie chce rozważać dobra i prawdy; nie chce mówić o cnotach i odpowiedzialności.
Polecamy też: Co z pomnikiem polskich ofiar w Berlinie? Burmistrz miasta zabrał głos
Podczas gdy Chrystus ukrzyżowany jest „głupstwem dla pogan” (1 Kor 1, 23), dla nas, chrześcijan, jest obietnicą krzyża, który stanowi zapowiedź życia może nie zawsze łatwego, ale blisko Boga. Doświadczenia wojen XX-wiecznych i obecnych nie spowodowały masowych refleksji nad człowiekiem i jego zależnością od Boga w najlepszym tego słowa znaczeniu. A ten, kto widzi swoje życie w świetle wiary w Jezusa Chrystusa, może postrzegać je w kontekście brania i dawania, miłości i cierpienia, bo tak żył nasz Pan. I w ostatecznym rozrachunku nikt nie ucieknie od konsekwencji swoich decyzji: ani Lindsay Clancy, ani wspierające ją feministki.


