- Prezydent zablokował ustawę „lex szarlatan”, uniemożliwiając szybkie eliminowanie niebezpiecznych zabiegów i pozostawiając bezkarnych oszustów żerujących na ciężko chorych.
- Skierowana do Trybunału Konstytucyjnego ustawa dawała rzecznikowi praw pacjenta prawo do nakładania kar i natychmiastowego zamykania szkodliwych podmiotów, podczas gdy zaproponowany projekt uzależnia jakąkolwiek reakcję od wieloletnich procesów sądowych.
- Zaproponowana przez Karola Nawrockiego nowelizacja Kodeksu karnego zawiera istotne luki – ściga jedynie indywidualne nakłanianie do zaniechania leczenia i nie daje narzędzi do natychmiastowego wstrzymania działalności znachorów.
Uzasadnienie decyzji o skierowaniu do Trybunału Konstytucyjnego lex szarlatan, jakie przedstawił prezydent, brzmi bardziej jak pretekst niż realny powód. Wbrew temu, co twierdzi Kancelaria Prezydenta, ustawa nie godziła ani w wolny rynek i uczciwych przedsiębiorców, ani nie przyznawała rzecznikowi praw pacjenta nieuzasadnionych czy nadmiarowych uprawnień.
Uczciwi nie mieli się czego bać
Celem lex szarlatan miała być walka z dwiema grupami: samozwańczymi znachorami, którzy wykonują zagrażające zdrowiu i życiu „zabiegi”, jak choćby dożylne wlewy z chemicznych rozpuszczalników, oraz oszustami reklamującymi swoje produkty jako środki „leczące raka”.
Zobacz także: Rosjanie uciekają przed mobilizacją? Ekspert: Słuchy chodzą już od dawna
Żaden uczciwy przedsiębiorca, czy to masażysta, zielarz, czy akupunkturzysta, nie musiałby obawiać się o swój biznes. Trudno nie dostrzec różnicy między sprzedażą ziół na trawienie czy poprawę snu a sprzedażą ziół, które rzekomo leczą raka, między wspieraniem pacjenta onkologicznego w chorobie a publikowaniem w internecie teorii spiskowych, które zniechęcają go do podjęcia leczenia. Mówimy tu o naprawdę skrajnych przypadkach, takich jak opisywany przez Michała Janczurę na łamach WP Oskar D., który, podszywając się pod lekarza w Internecie, naciągnął na terapie rozpuszczalnikami chemicznymi i lekami dla zwierząt szukających ratunku chorych na 4 mln zł.
Wszystko wskazuje na to, że decyzja prezydenta miała inny cel niż ochrona pacjentów: uwiarygodnienie prezydenta Nawrockiego jako lidera całej prawicy, w tym środowisk Konfederacji jednoznacznie przeciwnych ustawie, i po raz kolejny pokazanie wyższości urzędu prezydenta nad urzędem premiera.
To, co wyróżniało ustawę rządową, to nacisk na zapobieganie tragediom, a nie wyłącznie działanie post factum: możliwość nakładania przez rzecznika wysokich kar, od których można się odwołać, oraz prawo do wydawania decyzji nakazujących natychmiastowe wstrzymanie działalności. Trudno o skuteczniejszy sposób odstraszania cwaniaków żerujących na cudzym nieszczęściu. Rozumiem, że każde zwiększenie kompetencji urzędników rodzi obawę przed nadużyciami. Oczywiście każda taka interwencja powinna być wnikliwie kontrolowana. Ale bezpieczeństwo pacjentów musi być celem nadrzędnym.
Analogicznie inspektor sanepidu ma prawo zamknąć restaurację, jeśli narusza ona podstawowe zasady higieny i naraża klientów na zakażenie układu pokarmowego. Nie wydaje mi się, żeby budziło to większe kontrowersje. Dlaczego więc odpowiedni organ, w tym przypadku rzecznik praw pacjenta, miałby nie mieć takiej samej mocy nakładania kar i zamykania podmiotów, które narażają chorych na utratę życia?
Czytaj również: Ukraina ma problem i zwraca się ku Polsce. „Zagrożeń może być z tego powodu wiele”
Mówiąc najprościej, aby z tymi skrajnymi patologiami skutecznie się rozprawić, rzecznik praw pacjenta potrzebuje realnych uprawnień. Nie może być bezzębną instytucją, której każda decyzja musi opierać się na wyroku sądu, na którego prawomocne rozstrzygnięcie w Polsce czeka się latami.
Dziurawa propozycja
I tu dochodzimy do sedna problemu z projektem, który złożył prezydent zaraz po skierowaniu rządowej ustawy do TK. Karol Nawrocki proponuje wprowadzenie do Kodeksu karnego nowego czynu zabronionego: nakłaniania do niebezpiecznych decyzji zdrowotnych. Za samo nakłonienie chorego do rezygnacji z leczenia lub do niebezpiecznej praktyki miałoby grozić do trzech lat więzienia. Jeśli pacjent rzeczywiście zaniechał leczenia lub podjął szkodliwą praktykę – do pięciu lat. Jeśli doznał ciężkiego uszczerbku na zdrowiu – do dziesięciu.
Brzmi poważnie. W praktyce jednak jest to dziurawa ustawa. Jak zauważa prof. Agnieszka Szuster-Ciesielska:
Termin »nakłania« zawęża przepis do relacji indywidualnej. W prawie karnym nakłanianie oznacza wywołanie u konkretnej, indywidualnej osoby zamiaru, którego wcześniej nie miała. Publiczny film, post czy webinar nie jest nakłanianiem konkretnej osoby, a osoba, która sama zgłasza się po »terapię«, ma już zamiar, więc nie da się jej nakłonić.
Prawnik i karnista Mikołaj Małecki idzie dalej. Wskazuje, że projekt prezydencki wyłącza z odpowiedzialności osoby, które szczerze wierzą w skuteczność proponowanych metod. Nie zawiera żadnych narzędzi prewencyjnych, więc niebezpieczna działalność może trwać latami, w rytmie powolnego procesu karnego. Ogranicza odpowiedzialność wyłącznie do osób fizycznych, pomijając spółki i fundacje. I osłabia pozycję rzecznika praw pacjenta. Do tego wszystkiego projekt dopiero wchodzi na ścieżkę legislacyjną, co w praktyce oznacza, że pacjenci zostają bez ochrony przez bliżej nieokreślony czas.
Sprawdź również: Wypadek w Krakowie. Do sieci trafiło nagranie zrobione chwilę po tragedii
W przestrzeni medialnej pojawiło się przy okazji wiele krytycznych wobec regulowania biznesów paramedycznych komentarzy, między innymi Jana Rokity, o tym, że lex szarlatan to próba zamknięcia ust przeciwnikom lobby farmaceutycznego.
Oszuści pozostaną bezkarni
Uporządkujmy fakty. Czy „Big Pharma” istnieje? Tak. Czy lobbing w sektorze ochrony zdrowia bywa agresywny? Tak. Ale czemu ostrze naszej podejrzliwości wymierzone jest zawsze tylko w tę stronę? Czemu nie jesteśmy równie sceptyczni wobec medycyny „alternatywnej”, mimo że, w przeciwieństwie do Big Pharmy, jej działalności nie regulują ani międzynarodowe instytucje, ani przepisy prawa? Jerzy Zięba czy Hubert Czerniak chcą dokładnie tego samego co koncerny farmaceutyczne: zarobić, sprzedać produkt, pozyskać klienta. To też jest silne lobby, na tyle silne, że potrafi załatwić sobie audiencję w Kancelarii Prezydenta.
Nie przekonuje mnie też argument, że to prywatna sprawa każdego, gdzie i u kogo się leczy, taki, jakim posłużył się kiedyś Sławomir Mentzen, opowiadając o „wiejskiej babie”, która miała uleczyć rękę jego brata. Każdy rozsądny człowiek wie, że osoba postawiona pod ścianą, na przykład rodzic śmiertelnie chorego dziecka, jest gotowa wydać wszystkie oszczędności, zastawić dom, polecieć na drugi koniec świata w poszukiwaniu cudownej terapii. Dla oszusta taki zdesperowany człowiek jest celem idealnym, a przed takimi ludźmi państwo powinno bezwzględnie chronić swoich obywateli.
Lekarz, w obliczu tragedii zdrowotnych swoich pacjentów, zobowiązany ustawą o prawach pacjenta i podlegający odpowiedzialności zawodowej oraz karnej, nie może proponować choremu terapii daremnych i szkodliwych, w przeciwieństwie do przedstawicieli medycyny „alternatywnej”, którzy, o czym warto pamiętać, rzadko mają na tyle pokory, odwagi i uczciwości, żeby przekazać pacjentowi bolesną prawdę. W końcu byłoby to w sprzeczności z ich sprytnym modelem biznesowym.
Gorąca dyskusja i komentarze wokół tej, wydawałoby się, apolitycznej ustawy pokazują jeszcze jedno: jak duża część społeczeństwa po doświadczeniach pandemii straciła zaufanie do państwa i jego instytucji. Prezydent, kierując się logiką polaryzacji, puścił oko do tej właśnie części obywateli oraz ich politycznych reprezentantów, zamiast zrobić to, co słuszne. W efekcie oszuści pozostaną bezkarni, a zdesperowani pacjenci będą nadal narażeni na niebezpieczeństwo.


