W ostatniej części „tryptyku bólu” polskiej nauki poruszę problem najbardziej bolesny. Nie jest nim kwestia braku następstwa naukowych pokoleń i ignorowanie nauki przez polskich polityków („Będzie bolało”) – to jest problem najważniejszy. Nie jest nim również patologiczna struktura polskiego środowiska naukowego, utrwalana przez spowite w gronostaje i profesorskie togi cesarsko-królewskie towarzystwo wzajemnej adoracji („Będzie bolało bardziej”) – to jest tylko problem najbardziej żenujący.
Najboleśniejszym problemem polskiego systemu nauki jest zjawisko tzw. „martwego drzewa” – istniejące nawet w najlepiej zarządzanych systemach nauki na świecie, ale nigdzie w takiej skali i formach, jak w Polsce. Najboleśniejszym, bo zmuszającym nas, ludzi naukę kochających, do porzucenia naszych wiecznych pretensji do świata, ze skorumpowanymi i głupimi politykami na czele. Najboleśniejszym, bo zmuszającym nas do uczciwego spojrzenia w lustro.
Drzewa niewydające owoców
„Martwe drzewo” – czyli „dead wood” – to w języku zarządzania nauką człowiek zatrudniony na naukowym stanowisku w instytucji naukowej, który nie uprawia nauki. Jest naukowcem z nazwy. Ze stanowiska. Z miejsca pracy. Ale nie z tego, czym się faktycznie zajmuje. Jest drzewem nierodzącym owoców.
Dla zawodowego menadżera nauki problem „martwego drzewa” jest jednym z najpoważniejszych i najtrudniejszych do rozwiązania. Dlatego kształcąc menadżera nauki to właśnie zarządzaniu zjawiskiem „dead wood” poświęca się tyle uwagi. I nie zmieni tego fakt, że w Polsce istnienia zawodu takiego, jak menadżer nauki, cesarsko-królewskie towarzystwo wzajemnej adoracji nie przyjmuje w ogóle do wiadomości. Gdy kilkanaście lat temu po raz pierwszy użyłem tego określenia w Polsce, po powrocie ze stażu dotyczącego zarządzania instytucjami naukowymi na jednej z najlepszych amerykańskich uczelni, to przez amatorów w gronostajach zostałem zwyczajnie wyśmiany. Ale może to tylko dlatego, że zacząłem mówić właśnie o problemie „dead wood”, a nie wygłaszałem laudacji o wyższości zarządzania uczelniami polskimi nad wszystkimi innymi. Wyjaśnię więc problem od podstaw.
Możemy z grubsza przyjąć, że robota naukowca polega na odkrywaniu nowej wiedzy. Zasadniczo odkrywanie wiedzy jest trudne, a odkrywanie wiedzy nowej jest trudne szczególnie. Nie ma znaczenia, czy dotyczy to chemii, fizyki, biologii, kulturoznawstwa, psychologii czy ekonomii. Zasada ta ma zastosowanie nawet do matematyki, która, choć nauką jak wszyscy wiemy nie jest – bo nie bada rzeczywistości – jest przepiękną królową nauk wszystkich.
W każdej instytucji naukowej istnieją naukowcy, którzy nowej wiedzy nigdy nie odkrywali, bo było to dla nich zbyt trudne, lub już dawno przestali to robić – bo się zmęczyli. Powody tego są złożone, ale nie tym będę Państwa dzisiaj dręczył – to nie jest kurs zarządzania nauką. Skupmy się na przejawach. Owo nieuprawianie nauki ma więc na świecie postać prowadzenia badań odtwórczych, do nauki nic niewnoszących, wtórnych wobec znanej już wiedzy.
Jako takie, zjawisko „dead wood” jest zwalczane przez menadżerów nauki z dość prostego powodu. Marnuje zasoby instytucji naukowej – pieniądze, sprzęt, przestrzeń laboratoryjną, pracę administracji, demotywuje drewno żywe – a nie wnosi żadnej wartości dodanej. Kończy się bezwartościowymi publikacjami w bezwartościowych periodykach i poprawnie rozliczonymi grantami, z których absolutnie nic nie wynika. Specyficznym przykładem tej postawy w Polsce są „redagowane” przez luminarzy naszej nauki „zbiory dokumentów” oraz „księgi jubileuszowe ku czci profesora…”. Krótko – „martwe drewno” przepala cenne zasoby, które alokowane gdzie indziej mogłyby dać nam artykuł w „Nature”, nową technologię, a może i Nobla.
Co robi Tomek, kiedy nie prowadzi zajęć?
Jednak w Polsce, kraju, w którym w kwietniu wolno polewać ludzi wodą bez ich zgody, a we wrześniu całymi rodzinami wciągać grzybki, nieuprawianie nauki w instytucjach naukowych osiągnęło formy nieznane światu. Formy te wspaniale odpowiadają ewolucyjnie rozwiniętej zdolności Polaków do zepsucia każdego systemu bez względu na jego rygoryzm lub opresyjność. Formy te sprowadzają się do tego, że w polskich instytucjach naukowych pewna grupa tzw. „naukowców” nie robi literalnie nic. Nawet szczególnie nie udają.
Niewiarygodne? Ludzie małej wiary… Naprawdę sądzicie, że skoro w stalinowskiej Polsce wysoko postawieni pracownicy Urzędu Bezpieczeństwa potajemnie chrzcili swoje dzieci u księży, którzy jednocześnie byli donosicielami ich podwładnych, to polski nie-naukowiec nie poradzi sobie z systemem oceny jego pracy? Do tego takim, który sam wymyślił i podsunął ministrowi do podpisania? Gratuluję naiwności.
Dla ludzi nieznających od środka systemu polskiej nauki i zarabiających na życie normalną pracą po 8 godzin dziennie moje słowa brzmią jak zwykłe oszczerstwo – i jako takie będą krytykowane przez cesarsko-królewskich. No to teraz zapnijcie pasy i potrzymajcie mi piwo...
Wyobraź sobie naiwny czytelniku Tomka – ot, zwykłego adiunkta w zwykłej polskiej instytucji naukowej. Pensum, czyli obciążenie Tomka zajęciami dydaktycznymi, to 240 godzin rocznie. Normalny człowiek nie wie, ile to jest, więc wyklaruję. 120 godzin zajęć na semestr. Czyli cztery grupy studentów po 30 godzin. Lekcyjnych. Czyli cztery zajęcia w tygodniu po 90 minut. Policzyliście już, czy jesteście przemęczeni i nie wierzycie w to, co wam wychodzi? Tak jest, nie mylicie się! 360 minut – jeśli nie robicie przerw. 6 godzin pracy w tygodniu. To oznacza, że jak zwlokę się do roboty w poniedziałek na 9 rano, to w okolicach godziny 15 rozpoczynam weekend! I te wasze długie weekendy, które sobie żałośnie organizujecie raz czy dwa razy w roku, ja mam od października do końca maja. A od czerwca do września? Wakacje, szanowny podatniku.
Gdybyście, ciemny narodzie, tak jak ja kiedyś odpowiadali za organizację procesu dydaktycznego na polskiej uczelni, to zrozumielibyście, jak bezczelne jest poprosić Tomka o to, by miał dwie grupy studentów w poniedziałek i dwie w czwartek, bo inaczej nie dacie rady ułożyć planu zajęć dla całego instytutu. Wyobrażacie sobie tę karczemną awanturę? Rozbijacie facetowi tydzień. Nie dość, że upadlacie go obowiązkiem przyjścia do pracy w poniedziałek na 9 rano, a nie po to robił doktorat, żeby od świtu harować jak indyjski kulis na plantacji, to jeszcze każecie mu przychodzić znowu w czwartek? No to sobie pogadacie z dziekanem. Dziekan empatycznie podchodzi do przeciążenia zawodowego pracowników. Zwłaszcza że w przyszłym roku są wybory dziekańskie.
Co robi Tomek, typowy polski nie-naukowiec, w pozostałym czasie? Po pierwsze, to nie Wasza śmierdząca sprawa. I proszę mi tu nie wyjeżdżać z chamskimi tekstami, że macie prawo pytać, bo pensja Tomka pochodzi z Waszych podatków. Ale ja Wam w tajemnicy i tak powiem, co on robi, bo czasem Tomków o to pytałem. A więc na przykład „przygotowuje się do zajęć”. „Czyta literaturę”. „Sprawdza prace studentów”. „Opracowuje nową metodę”. „Analizuje dane”. „Kalibruje sprzęt”. „Pracuje nad nową publikacją”. „Przygotowuje eksperyment”.
Eksperymentujesz? Tylko z alkoholem
Ty, Tomek, nie pal głupa, przecież od trzech lat nic nie opublikowałeś, eksperymentujesz tylko z alkoholem, połowę zajęć ze studentami odwołujesz, a zaliczenia dajesz na podstawie aktywności na zajęciach, a nie żadnych zadawanych prac, które musiałbyś sprawdzać. Nie mógłbyś popracować dwa dni w tygodniu, po trzy godzinki? Bardzo proszę…
I tutaj Tomek wyprowadzi sztych, który przeszyje wasze serce jak morderczy dźwięk budzika Tomkowe południe: a profesora Kowalskiego też się tak czepiasz, cwaniaczku?? On w ogóle nie chodzi na zajęcia i tylko dopisuje się do prac swoich podwładnych! A Nowakowska nie była na swoich zajęciach, od kiedy sam byłem studentem, robi tylko pierwsze i ostatnie! To jest mobbing! Ja żądam równego traktowania w miejscu pracy!
I jesteście rozjechani. Temat zamknięty.
Mało ci jeszcze prawdy, zarobiony podatniku? To zrób sobie drinka z palemką i wyobraź sobie instytuty badawcze lub instytuty Polskiej Akademii Nauk – tam obowiązków dydaktycznych nie ma wcale! Rozumiesz już, dlaczego tak wielu nie-naukowcom w Polsce jest totalnie obojętne, jaki mają wymiar urlopu i dlaczego nigdy go nie wybierają? I dlaczego w zasadzie nigdy nie przebywają na zwolnieniach lekarskich? Normalnie cud. Najzdrowsza grupa zawodowa w Polsce… Zrozum też w końcu, dlaczego kiedyś powiedziałem, że niektórzy zarabiający 5 tys. zł miesięcznie Tomkowie w przeliczeniu na godzinę pracy mają pensję, której pozazdrościłby im prezes Orlenu.
W mojej szufladzie są dziesiątki stron opowiadań o Tomkach w polskich instytucjach naukowych. Mógłbym was tym bawić albo wkurzać bez przerwy przez rok. Niestety, daję to czytać tylko znajomym, bo już i tak te najłagodniejsze z moich tekstów o polskiej nauce wywołują po publikacji awantury.
Ale – zanim znowu wtrąci to do mojego tekstu wredny redaktor – żarty na bok. Nie znamy skali problemu „martwego drzewa” w polskiej nauce. Nie mierzymy tego, bo polscy menadżerowie nauki są w najlepszym razie uczciwymi i zaangażowanymi amatorami, którzy nigdy nie byli do tego profesjonalnie przygotowywani.
Nie karmić Tomków
Co wiemy na pewno? Wiemy, że problem „martwego drzewa” istnieje. Powtarzam – jak wszędzie na świecie, choć nie na taką skalę. Wiemy, że potrafi w Polsce przybierać formy patologiczne. Wiemy też, że są Tomkowie, którzy wykorzystują podatnika wcale nie z lenistwa, lecz z chciwości – mając pełen etat na uczelni, pracują gdzieś jeszcze na drugi etat, „prawdziwy” – czasem bardzo obciążający. I nie muszą urlopować się na uczelni. I nikt nie pyta, jak to możliwe, bo przecież normalny człowiek nie byłby w stanie przez 8 godzin dziennie być dziennikarzem czy architektem, po czym kolejne osiem godzin dyrektorem w jakimś ministerstwie. Plus rodzina, obowiązki domowe, odpoczynek, sen. Przez 20 lat.
Wiemy wreszcie, że skala występowania problemu „martwego drzewa” w poszczególnych katedrach, instytutach i wydziałach w Polsce jest bardzo zróżnicowana. W niektórych stanowi dominującą formę funkcjonowania. W innych nie występuje wcale – nie pozwalają na to porządni ludzie, którzy za te instytucje odpowiadają i nimi zarządzają. A sami zatrudnieni w nich pracownicy są naukowcami z krwi i kości, którzy na problem „martwego drzewa” klną jeszcze bardziej niż Wy czy ja. Wiemy w końcu, że problem ten nie jest zależny od wieku, zajmowanego stanowiska czy (nie)uprawianej dyscypliny.
I teraz przejdziemy do sedna sprawy. Czy problem ten da się rozwiązać i co będzie tego skutkiem?
Gdy powierzono mi przekształcenie w instytut badawczy upadającej wrocławskiej spółki utworzonej przez kilka wrocławskich uczelni i zatrudniającej kilkuset pracowników (EIT+), to było dla mnie oczywiste, że problem „martwego drzewa” będzie jednym z najtrudniejszych, które będę musiał rozwiązać, żeby jednostka przetrwała. Miałem jednak to szczęście, że Aviel w Waszyngtonie nauczył mnie ten problem rozwiązywać, a duży Jarek od małego Jarka w Warszawie dał wolną rękę w owym rozwiązywaniu. Pod warunkiem że zobaczy efekty. I te efekty przyszły – choć wywożenie z powierzonego mi lasu „martwego drzewa” i sadzenie w nim nowych drzew zajęło pięć lat trudnej pracy, która byłaby niemożliwa, gdyby nie kompetentny zespół i bezpośrednie wsparcie ministra nauki.
Dzisiaj wrocławski PORT stał się jednostką pozyskującą najbardziej prestiżowe europejskie granty, a kierowanie nim jest atrakcyjne do tego stopnia, że przegrany rektor jednego z wrocławskich uniwersytetów był gotów doprowadzić do pozbawienia stanowiska jednej z autorek tego sukcesu, byle tylko zająć jej miejsce. W środowisku naukowym obserwującym sukces PORTu z zewnątrz istnieje mityczne przekonanie, jakoby instytut dostał od polityków niebotyczne pieniądze, które pozwoliły nam w ciągu kilku lat zbudować nowoczesną jednostkę naukową. To nieprawda. Żaden z trzech ministrów nauki – ani Gowin, ani Murdzek, ani Czarnek – nie dawał nam niebotycznych pieniędzy – dawali pieniądze normalne. Tylko że my, budując PORT, postanowiliśmy nie żywić „martwego drzewa”, lecz gospodarować pieniędzmi otrzymanymi od podatnika tak, jak nauczono nas to robić w najlepszych jednostkach na świecie. Nie rozsmarowywaliśmy otrzymywanych środków po całym nieefektywnym systemie, nie karmiliśmy Tomków, nie wołaliśmy ciągle o więcej (no dobra, tu przesadziłem, darliśmy japę, ile wlezie), tylko profesjonalnie zarządzaliśmy tym, co mamy. Płaciliśmy polskim naukowcom 15, 20, 30 tysięcy miesięcznie – i nam wystarczało.
I skoro problem „martwego drzewa” daje się rozwiązywać na świecie, dało się rozwiązać we wrocławskim PORT, a w Polsce są jednostki naukowe, w których ten problem występuje w minimalnej skali, to znaczy, że się da. Trzeba tylko wiedzieć, jak się to profesjonalnie robi i przede wszystkim – chcieć.
A jeśli chcecie sprawdzić, czy piszę bzdury, to zamieńmy się rolami i zróbmy mały eksperyment. Teraz ja siądę w fotelu, zapnę pasy i wezmę do ręki popcorn, a Wy zaproponujcie polskiemu środowisku naukowemu jedną jedyną zmianę: do pracy przychodzimy wszyscy od poniedziałku do piątku, od 8 do 16. Jak każdy polski podatnik i jak naukowcy na świecie. I zobaczycie wtedy, co to znaczy wrzucić granat do… Przepraszam – co to znaczy wywołać trzęsienie ziemi. Tylko błagam – nie mówcie Tomkom, że to wyszło ode mnie, bo pierwszy raz w życiu wezmą się do roboty, znajdą mój Lubnów, spalą mi dom, zasiewy i wytrują bydło.
Ale dopiero teraz zaboli nas najbardziej
Dopóki problem „martwego drzewa” nie zacznie być w Polsce rozwiązywany, to polscy naukowcy nie mają prawa domagać się od podatników zwiększenia nakładów na naukę, a politycy nie mają prawa tych nakładów zwiększyć. I doskonale zdaję sobie sprawę z tego, jak wielkie pretensje za te słowa będzie do mnie miało środowisko naukowe. Ale trudno: amicus Plato, sed magis amica veritas (przyjacielem Platon, lecz większą przyjaciółką prawda – red).
Nauka w Polsce jest skandalicznie niedofinansowana. Nauka w Polsce upada. Nie upadnie w sposób, który kogokolwiek zainteresuje: nie obudzi nas pewnego ranka huk za oknem, przez które wyjrzymy i z przerażeniem zobaczymy, że polska nauka upadła. Upadać będzie po cichu i przez dekady. Wyjazdami naszej najzdolniejszej młodzieży. Korupcją naukowych łże-elit. Kupowaniem technologii, zamiast ich rozwijaniem w Polsce. Wyprowadzaniem z Polski najbardziej atrakcyjnych miejsc pracy. Zawłaszczaniem instytucji naukowych przez wygłodniałych politykierów z tej czy innej partyjki.
Polską naukę trzeba ratować i potrzebujemy do tego pieniędzy. Nasi politycy nauką gardzą, gardzić będą i pieniądze na naukę musimy im wyrwać z ich rąk, z ich gardeł i z ich trzewi. Z tą samą bezwzględnością, z jaką oni niszczą to, co kiedyś stało się naszym wielkim marzeniem.
Ale zanim to zrobimy, musimy społeczeństwu udowodnić, że mamy do tego prawo. Że danej nam przez społeczeństwo autonomii i wolności nie obracamy w lenistwo, brak odpowiedzialności i bezkarne życie na koszt podatnika, bez żadnych dla niego korzyści. Zanim zaczniemy domagać się pieniędzy, musimy udowodnić, że z powierzonego nam lasu potrafimy wywieźć martwe drzewo i posadzić na jego miejsce nowe, które wyda owoce. I nie zrobi tego za nas żaden polityk.
Obiecuję, że kolejny tekst będzie już tylko żartobliwy. Oberwą prawnicy.

