Reklama
Kraj

Punkt odzyskany, rok stracony. OKE każą maturzystom czekać do jesieni. Co ze studiami?

Wyobraźmy sobie maturzystę, który nie zdał egzaminu przez jeden punkt. W sierpniu musi przystąpić do poprawki, choć jest przekonany, że egzaminator popełnił błąd. Swoją pracę obejrzy jednak dopiero we wrześniu albo październiku. To nie hipotetyczny absurd, lecz rzeczywistość części tegorocznych absolwentów, których rekordowa liczba zderzyła się z opieszałym systemem odwołań.

Łukasz Wolański
Opinia autorstwa: Łukasz Wolański
Dzisiaj 10:11
15 min
Stos zapakowanych arkuszy egzaminacyjnych z języka polskiego na maturze, w tle zdający piszący egzamin w sali
Kolejnym powodem do niepokoju dla tegorocznych maturzystów stał się kulejący system państwowych OKE. (fot. Lech Muszyński / PAP)
TYLKO NA
  • Niektóre Okręgowe Komisje Egzaminacyjne wyznaczają wglądy do prac dopiero na wrzesień i październik, czyli już po terminie egzaminów poprawkowych.
  • Raport Najwyższej Izby Kontroli wykazał, że po ponownej kontroli korekty wymagała nawet co druga praca maturalna z biologii.
  • Tymczasem o miejsce na studiach ubiegają się tysiące maturzystów więcej niż przed rokiem.
  • Na najbardziej obleganych kierunkach, takich jak medycyna, psychologia czy prawo, o przyjęciu może zdecydować jeden punkt zdobyty na maturze.

Tegoroczny, rekordowo liczny rocznik maturzystów walczy o podobną jak przed rokiem liczbę miejsc na najbardziej obleganych kierunkach studiów. Od dawna było wiadomo, że każdy punkt będzie więc na wagę złota, a liczba wniosków o wgląd do prac gwałtownie wzrośnie. Okręgowe komisje egzaminacyjne (OKE) najwyraźniej nie uznały jednak, że warto się do tego przygotować. Niektórym maturzystom proponują obejrzenie pracy dopiero jesienią.

W ostatnich latach najwięcej odwołań od wyników matury dotyczyło języka polskiego, biologii i chemii. Trudno się dziwić. W tych przedmiotach wiele zależy od właściwego zrozumienia odpowiedzi ucznia, dostrzeżenia jego toku rozumowania i prawidłowego zastosowania rozbudowanych kryteriów.

Problem nie sprowadza się jednak do nieuniknionych sporów interpretacyjnych. Ubiegłoroczny raport Najwyższej Izby Kontroli pokazał, że prace maturalne bywają po prostu źle sprawdzane. W latach 2021-2024 OKE w Poznaniu ponownie kontrolowała średnio co dziesiąty arkusz. Wśród sprawdzanych powtórnie prac z lat 2022-2024 konieczność zmiany wyniku stwierdzano w około co piątej maturze z chemii, języka angielskiego i geografii oraz w niemal co drugiej z biologii.

Reklama
Reklama

W skali kraju korekty wymagała co czwarta praca, której punktację zakwestionował maturzysta. W 52 przypadkach wynik podwyższono o ponad 20 punktów, najczęściej z języka polskiego.

Katastrofa, o której było wiadomo od lat

W tym roku każdy błąd egzaminatora znaczy więcej niż zwykle. Do wszystkich obowiązkowych egzaminów przystąpiło ponad 320 tys. osób, czyli o około 66 tys. więcej niż w 2025 r. To największy od lat rocznik maturalny, a jego pojawienie się nie było żadną demograficzną niespodzianką.

Jednocześnie uczelnie nie zwiększyły znacząco liczby miejsc. Na Uniwersytecie Jagiellońskim kandydatów przybyło prawie 29 proc. Na stomatologii Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego o jeden indeks ubiegało się 36 osób. Ogólnopolski limit przyjęć na kierunek lekarski zwiększono zaś o niespełna 2 proc.

Największy tłok panuje na renomowanych uniwersytetach, kierunkach medycznych, psychologii, prawie i popularnych studiach technicznych. O miejscu na wymarzonym kierunku może zdecydować jeden punkt. Było więc oczywiste, że znacznie więcej maturzystów zechce zobaczyć swoje prace i sprawdzić, czy egzaminator niczego nie przeoczył. Niektóre OKE okazały się na to zupełnie nieprzygotowane.

Reklama
Reklama

Przeczytaj także: Nigdy nie było tak źle. Dlaczego oficjalne dane o oszustwach maturalnych kłamią?

Nie zdałeś? Obejrzyj pracę po poprawce

Po otrzymaniu wyniku maturzysta ma prawo wystąpić o wgląd do sprawdzonej pracy. Komisja w ciągu pięciu dni roboczych powinna wyznaczyć dzień i godzinę wizyty. Przepisy nie określają jednak, jak odległy może być wskazany termin. W efekcie obowiązek zostaje formalnie spełniony także wtedy, gdy w lipcu maturzysta dowiaduje się, że pracę zobaczy we wrześniu albo w październiku.

W OKE we Wrocławiu i Poznaniu pojawiają się już terminy październikowe. To nie literówka. Mówimy o egzaminach przeprowadzonych w maju, których wyniki ogłoszono na początku lipca. Na obejrzenie kartek zapisanych własnym długopisem maturzysta może czekać trzy miesiące.

Zrzuty ekranu z wiadomości SMS i komentarzy na Facebooku pokazujące jesienne terminy wglądu do prac maturalnych wyznaczone przez OKE we Wrocławiu i w Poznaniu

Reklama
Reklama

Absurd najlepiej widać w sytuacji osób, którym do zdania matury zabrakło jednego albo kilku punktów. W sierpniu powinny przystąpić do egzaminu poprawkowego. Wgląd, dzięki któremu mogłyby wykazać, że poprawka w ogóle nie jest potrzebna, komisja wyznacza im jednak już po jego przeprowadzeniu.

W takiej sytuacji znalazła się Amelia z niewielkiej miejscowości w województwie zachodniopomorskim, która maturę pisała w Koszalinie. Nie zaliczyła jednego z przedmiotów obowiązkowych, choć zabrakło jej niewiele i jest przekonana, że jej odpowiedzi pozwalały przekroczyć próg. W sierpniu czeka ją poprawka. Majową pracę będzie jednak mogła obejrzeć dopiero 11 września. W Poznaniu. Dzwoniła do komisji i próbowała zmienić termin. Bezskutecznie.

W tym systemie czas OKE jest dobrem chronionym. Czas maturzysty najwyraźniej nie ma żadnej wartości. Komisja może potrzebować kilku miesięcy. Zdający ma przerwać wakacje, wrócić z wyjazdu, zwolnić się z pracy, kupić bilet i stawić się w wyznaczonym miejscu. Przychodzisz albo tracisz.

Siedemset kilometrów po własną maturę

Problemem jest nie tylko czas, ale również geografia. Wglądy organizuje się przede wszystkim w miastach będących siedzibami okręgowych komisji egzaminacyjnych albo w wyznaczonych przez nie placówkach. OKE w Poznaniu informuje wprost, że prace udostępnia stacjonarnie w Poznaniu, a nie elektronicznie. Komisja nie zwraca też kosztów dojazdu.

Reklama
Reklama

Mapa właściwości OKE wygląda tak, jakby projektowano ją dla wygody instytucji, nie obywatela. Maturzysta z Białej Podlaskiej podlega OKE w Krakowie. W linii prostej to ponad 300 kilometrów, a podróż koleją rzadko kiedy zajmuje mniej niż 6 godzin. Absolwenci ze Świnoujścia, Szczecina czy Koszalina jadą do Poznania. Mają przynajmniej kolejowe połączenia, ale i tak zajmuje to 3-4 godziny. Prawdziwe wyzwanie to wycieczka z Elbląga do OKE w Łomży, jeśli ktoś musi ograniczyć się jedynie do środków transportu publicznego. Wielu maturzystów mieszka przy tym daleko od większych miast, co dodatkowo utrudnia, a czasem wręcz zniechęca do skorzystania z prawa do wglądu. Tak to właśnie mapa wykluczenia komunikacyjnego przeobraża się w mapę edukacyjnej dyskryminacji. Świetnie wyjaśnia to komentarz jednego z tegorocznych maturzystów z województwa zachodniopomorskiego.

Kasper na jednej z grup facebookowych napisał tak:

„Zgodnie z zasadami OKE w Poznaniu wglądy do prac odbywają się w Poznaniu. XD Jest to na tyle absurdalne, że mieszkając 380 km od Poznania, nie mam innej możliwości zobaczenia swojej pracy. (…) Na złożenie wniosku o ponowną weryfikację wyniku są tylko 48 godzin od wglądu do pracy. W tym czasie trzeba znaleźć błędy, przeliczyć punkty i uzasadnić odwołanie. W moim przypadku zostało mi mniej niż doba, bo jednego dnia musiałem przejechać ponad 700 km, co jest lekko wycieńczające".

Mapa Polski z zaznaczonymi siedzibami ośmiu okręgowych komisji egzaminacyjnych w poszczególnych województwach

Reklama
Reklama

 

Formalnie nie są to dokładnie 48 godzin, lecz dwa dni robocze od dokonania wglądu. Jeżeli odbywa się on w piątek, termin jest korzystniejszy, niż sugerował Kasper. Nie zmienia to istoty problemu.

Po wielogodzinnej podróży maturzysta ma przeanalizować zdjęcia kilkunastu lub kilkudziesięciu stron, porównać odpowiedzi z kryteriami, znaleźć nauczyciela gotowego do pomocy i przygotować profesjonalne uzasadnienie. OKE może wyznaczyć wgląd po trzech miesiącach, ale uczeń na zakwestionowanie punktacji ma dwa dni robocze.

Komisja sama nie radzi sobie z liczbą zgłoszeń, a jednocześnie narzuca maturzyście rygor, którego nie stosuje wobec siebie. Na odniesienie się do zarzutów ma więcej czasu niż zdający na ich sformułowanie.

Reklama
Reklama

Maturzysta jako kontroler jakości egzaminatora

Cała konstrukcja odwołania opiera się na odwróceniu odpowiedzialności. To nie instytucja ma upewnić się, że państwowy egzamin został dobrze sprawdzony. To osiemnasto- lub dziewiętnastolatek ma podejrzewać błąd, wystąpić o wgląd, przejechać pół Polski, sfotografować pracę, odnaleźć kryteria i udowodnić, że zawodowy egzaminator niewłaściwie wykonał zadanie, za które otrzymał wynagrodzenie.

Wniosek musi wskazywać konkretne zadania i zawierać uzasadnienie. Nie wystarczy napisać, że odpowiedź była poprawna. Trzeba wykazać, który element kryterium został spełniony i dlaczego należy zmienić punktację. W odpowiedzi maturzysta otrzymuje często jedynie liczbę punktów i znaki naniesione na arkusz. Nie dostaje przystępnego ani precyzyjnego wyjaśnienia, na czym polegał jego błąd.

Jeżeli na serio chcemy walczyć z „ocenozą" w szkole, to egzamin powinien nie tylko różnicować kandydatów w rekrutacji na studia. Powinien również informować zdającego, gdzie popełnił błędy.

Sześćset złotych za odzyskanie własnych punktów

Nic dziwnego, że wokół matur wyrósł rynek profesjonalnego przygotowywania odwołań. Analiza pracy i sporządzenie pisma może kosztować kilkaset złotych, czasem około 600 zł. Pomagają często nauczyciele i czynni egzaminatorzy, czyli osoby znające od środka kryteria oraz sposób działania komisji.

Reklama
Reklama

Już samo istnienie takiej usługi pokazuje wadliwość procedury. Prawo do prawidłowego ustalenia wyniku państwowego egzaminu nie powinno zależeć od tego, czy rodzice mogą zapłacić ekspertowi. Zamożniejszy maturzysta zamówi analizę u kilku nauczycieli. Uboższy najpierw wyda pieniądze na przejazd, a później sam będzie próbował rozszyfrować egzaminacyjne kryteria. Przy odrobinie szczęścia trafi na nauczyciela-pasjonata, który pomoże mu pro bono.

Do tego dochodzi formalizm. Najpierw trzeba prawidłowo wystąpić o wgląd, następnie stawić się osobiście, a później w terminie złożyć osobny wniosek o weryfikację. Łatwo pomylić wgląd, weryfikację punktów, zastrzeżenia dotyczące przebiegu egzaminu i odwołanie do Kolegium Arbitrażu Egzaminacyjnego.

Państwowa procedura przypomina tor przeszkód ustawiony przed człowiekiem, który dopiero co skończył szkołę.

Rekrutacja uzupełniająca, czyli studia od listopada

Czy maturzysta, któremu po kilku miesiącach podwyższono wynik, jest całkowicie bezbronny? Nie. Artykuł 70 ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce nakazuje uczelni przeprowadzenie rekrutacji uzupełniającej dla osoby, której wynik matury podwyższono po weryfikacji sumy punktów albo po odwołaniu do Kolegium Arbitrażu Egzaminacyjnego.

Reklama
Reklama

To ważne uprawnienie, o którym maturzyści często nie wiedzą, a uczelnie nie zawsze są przygotowane do jego zastosowania. Kandydat powinien wcześniej uczestniczyć w rekrutacji na dany kierunek i mieć wpisane wyniki w systemie. Po otrzymaniu poprawionego świadectwa musi jak najszybciej zwrócić się do komisji rekrutacyjnej.

Przepis wygląda jak zabezpieczenie sprawiedliwości, lecz przy tak późnych terminach jego praktyczna skuteczność bywa iluzoryczna. Nie pomaga też osobie, która formalnie nie zdała matury. Nie rozwiązuje więc sytuacji Amelii, zmuszonej napisać być może niepotrzebną poprawkę. Przerzuca też na uczelnie ciężar radzenia sobie z konsekwencjami niewydolności komisji egzaminacyjnych. Co ma zrobić wydział, na którym wszystkie miejsca są już zajęte? Dodać kolejne mimo obowiązujących limitów? Organizować zajęcia dla dodatkowego studenta już po rozpoczęciu semestru?

Najważniejszy jest jednak czas. Po październikowym wglądzie maturzysta ma dwa dni robocze na złożenie wniosku. OKE potrzebuje kolejnych dni na weryfikację, a później możliwe jest jeszcze odwołanie. Procedura może się więc zakończyć w listopadzie.

Reklama
Reklama

Kiedy ten człowiek ma rozpocząć studia? Po dwóch miesiącach nieobecności? Między pierwszym kolokwium a sesją? Jak ma nadrobić laboratoria, znaleźć mieszkanie albo akademik?

Ustawowy mechanizm może uratować część osób. Październikowe terminy wglądów czynią go jednak w wielu przypadkach fikcją. Nie pomoże też kandydatom na uczelnie zagraniczne, których terminy rekrutacji i procedury odwoławcze niekoniecznie wychodzą naprzeciw problemom naszego systemu.

Cyfrowe państwo z aparatem w telefonie

Najbardziej oczywiste rozwiązanie jest zarazem najprostsze: wszystkie prace powinny być digitalizowane i automatycznie udostępniane zdającym.

Obecnie maturzysta może podczas wglądu fotografować własny arkusz. Brzmi to niemal komicznie. Państwo przeprowadza jeden z najważniejszych egzaminów w życiu obywatela, przechowuje dokumentację i dysponuje systemem informatycznym do publikowania wyników, ale zainteresowany ma przejechać kilkaset kilometrów i robić zdjęcia kartek telefonem.

Reklama
Reklama

Nie każdy ma dobry aparat. Fotografie robione w stresie bywają nieostre, prześwietlone albo nieczytelne. Można pominąć stronę lub źle uchwycić oznaczenia egzaminatora. Komisja dysponuje oryginałem dokumentu, a maturzysta, który ma w ciągu dwóch dni wykazać jej błąd, pracuje na amatorskich zdjęciach. Mimo obecności smartfona jest to średniowiecze. Głównie mentalne.

Skan pracy, punktacja każdego zadania oraz oznaczenia egzaminatora powinny pojawiać się na koncie maturzysty razem z wynikiem. Dostęp do własnego egzaminu nie powinien wymagać ani wniosku, ani podróży.

Może Cię zainteresować: Matura z biologii unieważniona. W sieci pojawił się fragment dowodu osobistego

Osiem komisji to za mało

Jeżeli państwo nadal chce utrzymywać wglądy stacjonarne, musi je zdecentralizować. Skoro odbywają się już poza formalnymi siedzibami OKE, na przykład w szkołach w Warszawie i Poznaniu, mogą być organizowane również w innych miastach.

Reklama
Reklama

Absolutnym minimum powinien być jeden stały punkt w każdym województwie, a w największych regionach kilka. Można wykorzystać delegatury kuratoriów, szkoły, centra egzaminacyjne lub inne jednostki administracji. Przy korzystaniu z zabezpieczonych skanów nie trzeba byłoby nawet przewozić oryginałów.

Potrzebna jest również odpowiedzialność egzaminatorów. Dziś maturzysta ponosi wszystkie konsekwencje błędu, natomiast osoba, która źle sprawdziła pracę, pozostaje anonimowa. Zdający nie wie, czy pomyłka była incydentem, czy ten sam egzaminator błędnie ocenił dziesiątki innych arkuszy. Nie wie też, czy po wykryciu problemu skontrolowano pozostałe jego prace.

Egzaminatorom należy płacić lepiej i zapewnić warunki pozwalające na rzetelną pracę. Wyższe wynagrodzenia muszą jednak iść w parze z rzeczywistą kontrolą jakości. Powtarzające się, jednoznaczne błędy powinny skutkować ponownym szkoleniem, ograniczeniem liczby powierzanych prac, a w skrajnych przypadkach wykreśleniem z ewidencji egzaminatorów. Nie można wymagać odpowiedzialności od maturzysty i jednocześnie uwalniać od niej profesjonalisty.

Kluczowe jest to, aby społeczeństwo, w tym nauczyciele, zrozumieli, że rosnąca liczba odwołań nie świadczy o „roszczeniowości młodzieży". Doroczne statystyki korekt wyników pokazują, że sprawdzanie własnej pracy jest przejawem rozsądnej ostrożności, a nie polowaniem na darmowe punkty.

Reklama
Reklama

Punkt odzyskany, rok stracony

Cała sytuacja pogłębia istniejące nierówności edukacyjne. Uczeń z dużego miasta ma bliżej do OKE, łatwiej znajdzie dobrego nauczyciela i częściej może zapłacić za profesjonalną analizę. Maturzysta z małej miejscowości najpierw pokonuje setki kilometrów, a później sam próbuje zrozumieć kryteria. Formalnie obaj mają takie samo prawo do odwołania. Faktycznie nie mają takich samych możliwości skorzystania z niego.

Najpoważniejsze są jednak konsekwencje, których nie da się cofnąć nowym świadectwem. Można podwyższyć wynik i wydrukować dokument jeszcze raz. Nie można oddać człowiekowi miesięcy stresu ani utraconego miejsca na studiach. Nie można zagwarantować, że rok później jego sytuacja rodzinna i finansowa pozwoli ponownie podjąć próbę. Nie można też powiedzieć: „nic się nie stało, dostaniesz się za rok". Przecież w 2027 r. maturzystów ma być jeszcze więcej niż obecnie. Według szacunków do egzaminu może wtedy podejść około 390 tys. osób.

Czas jest jedynym naprawdę nieodnawialnym zasobem. Pieniądze można ponownie zarobić, dokument poprawić, błędną decyzję cofnąć. Roku życia nie da się zwrócić. Dlatego sytuacja, w której ktoś nie dostaje się na wymarzone studia tylko dlatego, że państwowa instytucja źle sprawdziła jego pracę, jest niewybaczalna. Tym bardziej że instytucja nie ponosi praktycznie żadnych konsekwencji. Nie wypłaca automatycznego odszkodowania, nie przywraca utraconego czasu i nie gwarantuje miejsca, które kandydat powinien był otrzymać.

Egzamin maturalny jest fundamentem równego dostępu do studiów. Zastąpił uczelniane egzaminy wstępne właśnie dlatego, że miał być jednolity, obiektywny i wiarygodny. Jeżeli jednak możliwość uzyskania prawidłowego wyniku zależy od adresu, pieniędzy, wytrzymałości w podróży i umiejętności napisania quasi-prawniczego pisma, system zaczyna podważać sens własnego istnienia.

Reklama
Reklama

OKE nie poradziły sobie z rekordowym rocznikiem, choć od lat wiedziały, że nadejdzie. Za rok zdających będzie jeszcze więcej. Nie wiadomo już, czy obserwujemy wyłącznie organizacyjną bezradność państwa, czy ministerialno-urzędnicze przekonanie, że młodzi ludzie pogodzą się z każdą niesprawiedliwością.

Jedno jest pewne. System oświaty przygotował w tym roku osobom wchodzącym w dorosłość ostatnią lekcję. Nie każdy otrzyma sprawiedliwy wynik. Jedni będą mieli bliżej do OKE, pieniądze na eksperta i czas na walkę. Inni zapłacą własnym rokiem życia za błąd państwa.

Źródło: Zero.pl
Łukasz Wolański
Łukasz WolańskiDoktor nauk chemicznych, pracownik naukowy Uniwersytetu Warszawskiego, członek zespołu ds. praw i obowiązków ucznia przy MEN - autor zewnętrzny