Reklama
Kraj

Nigdy nie było tak źle. Dlaczego oficjalne dane o oszustwach maturalnych kłamią?

Zdjęcia arkuszy w sieci, mikrosłuchawki, grupy z odpowiedziami i setki unieważnionych egzaminów to tylko objawy głębszego problemu. Prawdziwe źródło kryzysu leży gdzie indziej: w kulturze społecznej, która od lat traktuje ściąganie raczej jako przejaw przedsiębiorczości niż oszustwo. Dlatego dyskusja o maturach powinna dotyczyć nie tylko procedur, ale również norm i wartości.

Łukasz Wolański
Opinia autorstwa: Łukasz Wolański
Dzisiaj 06:02
9 min
Potrzebujemy radykalnej zmiany prawa i surowych kar na wzór rozwiązań zachodnich. Edukacyjne oszustwo musi zostać wprost nazwane kradzieżą cudzej pracy i szansy. (fot. East News)
TYLKO NA
  • Oficjalne statystyki pokazują jedynie ułamek skali oszustw na polskich maturach. System bezradnie kapituluje w starciu z nowoczesną technologią i grupami online.
  • W Polsce ściąganie wciąż traktuje się jak niewinną anegdotę, a nie moralną kompromitację. Powszechne przyzwolenie społeczne i kultura milczenia skutecznie niszczą wartość państwowych dyplomów.
  • Potrzebujemy radykalnej zmiany prawa i surowych kar na wzór rozwiązań zachodnich. Edukacyjne oszustwo musi zostać wprost nazwane kradzieżą cudzej pracy i szansy.

Kiedy dwa miesiące temu trwały matury, było już jasne, że system przecieka. Zdjęcia arkuszy pojawiały się w sieci krótko po rozpoczęciu egzaminów, a procedury wymyślone na czasy papierowych ściąg okazywały się bezradne wobec telefonów, mikrosłuchawek, ukrytych kamer i grup online. Wtedy pisałem o technicznej dziurawości matury. Teraz, po ogłoszeniu liczby unieważnień, trzeba napisać o czymś ważniejszym: o tym, że oficjalne statystyki nie pokazują skali oszustwa, lecz skalę tego, co państwo zdołało zauważyć.

416 unieważnień to wciąż zaskakująco mało

Ogłoszone niedawno statystyki związane z tegorocznymi maturami ujawniły wzrost liczby unieważnionych egzaminów w stosunku do poprzednich lat. W mediach pojawiły się nagłówki: „aż 416 unieważnień” czy „gwałtowny wzrost”. Czy na pewno?

Rzeczywiście w tym roku unieważniono 416 prac, podczas gdy rok temu było ich 244. Sam wzrost liczbowy jest więc faktem. Nie oznacza jednak automatycznie równie dużego wzrostu skali oszustw. W tym roku, z powodu kumulacji roczników, maturzyści napisali około 2,10 mln egzaminów pisemnych, podczas gdy rok wcześniej było ich około 1,31 mln.

Reklama
Reklama

Przeczytaj także: Siedem lat temu zdali prawo jazdy. Teraz je stracą, bo ktoś podrobił podpis. Skandal w Tarnowie

Cóż. Prawda jest taka, że powyższe dane nie pozwalają stwierdzić, iż nastąpił realny wzrost. Z drugiej strony są naprawdę niewiarygodnie małe. Tym bardziej że w tym roku z całej puli 416 unieważnień aż 148 to oszustwa wykryte dopiero podczas sprawdzania prac. Rok temu, gdy unieważniono 244 egzaminy, podczas sprawdzania wykryto jedynie 13 nadużyć. Liczba „złapanych na gorącym uczynku” wzrosła więc jedynie z 231 do 268. Odsetkowo zaś wyraźnie zmalała.

Ściąganie jako sport narodowy

Matura powinna być egzaminem z wiedzy i umiejętności. Z każdym rokiem będzie jednak coraz bardziej testem sprawności państwa w wykrywaniu nadużyć. Testem, którego już teraz państwo nie zdaje. A walka odbywa się z przeciwnikiem znacznie silniejszym niż mikrosłuchawki: z przyzwoleniem społecznym. Dosyć powszechnym i od lat obecnym w polskim społeczeństwie przekonaniem jest bowiem to, iż ściąganie jest wyrazem zaradności. A w ogóle, ponieważ „każdy ściągał”, to nikt nie ma moralnego mandatu do krytykowania innych.

Czy w Polsce jest przyzwolenie na ściąganie? Mając lata temu zajęcia ze studentami, prosiłem ich czasami, by podnieśli ręce ci, którzy nigdy nie ściągali. A potem ci, którzy uważają, że ściągającego kolegę należy ujawnić, a nie kryć. Ręce w górze były rzadkością. Nie trzeba jednak takich anegdotycznych przykładów, gdy istnieją wyniki badań. Raport z badań CBOS pt. „Stosunek Polaków do wybranych zjawisk i zachowań kontrowersyjnych moralnie” z 2021 roku pokazuje, że w Polsce panuje szerokie przyzwolenie społeczne na praktyki związane ze ściąganiem: gdy 53 proc.  badanych uważa to zjawisko za zawsze złe i niepodlegające usprawiedliwieniu, aż 22 proc.  uważa, że nie ma w nim nic złego i można je zawsze usprawiedliwić.

Reklama
Reklama

Pozostali albo nie mają zdania, albo uważają, że w pewnych okolicznościach może ono być usprawiedliwione. Co ciekawe, na przestrzeni lat 2005–2021 przyzwolenie na ściąganie nieznacznie, choć systematycznie, wzrasta! Liczne badania prowadzone w Polsce w latach dwutysięcznych pokazują, że wśród uczniów dominuje przekonanie, że ściąganie jest czymś w pełni akceptowalnym. I praktykują je oni powszechnie.

Szkolna kultura przymykania oka

A jak na sprawę patrzą nauczyciele? Czy tolerują ściąganie? Tu problem jest bardziej złożony. Większość perswaduje swoim uczniom, że jest to praktyka niewłaściwa. Ale często na tym się kończy. Badania nie pokazują prostego obrazu nauczyciela, który „popiera ściąganie”. Pokazują raczej coś subtelniejszego i groźniejszego: szkolną kulturę milczącej tolerancji. Uczniowie od lat deklarują, że ściąganie jest powszechne, moralnie mało obciążające, a reakcja dorosłych bywa niekonsekwentna. To wystarczy, by młody człowiek uznał, że nieuczciwość nie jest złamaniem zasad, lecz elementem gry.

W Polsce publiczne przyznanie się do ściągania rzadko bywa traktowane jak dyskwalifikująca kompromitacja. Częściej funkcjonuje jako anegdota z młodości: trochę wstydliwa, trochę zabawna, ale zasadniczo nieszkodliwa. Politycy, dziennikarze i osoby publiczne opowiadają o tym po latach bez widocznego poczucia, że przyznają się do naruszenia elementarnej sprawiedliwości egzaminu.

W mediach takie opowieści powracają zresztą od lat. Bronisław Komorowski wspominał, że maturę z matematyki zdał dzięki „solidarnej współpracy” z kolegami, koleżankami i pomocy nauczycieli; Stefan Niesiołowski (profesor!) mówił wprost o ściąganiu logarytmów, a Jan Miodek (również profesor!) opowiadał o „pomocy koleżeńskiej” przy zadaniu ze stereometrii.

Reklama
Reklama

Tam oszust kradnie także mój wynik

Kiedy to piszę, mam w głowie wspomnienie rozmowy z serdecznym kolegą, który studiował w USA. Gdy już obaj byliśmy na doktoratach, spotkaliśmy się i opowiadał mi, jak podczas przeprowadzania przez niego egzaminu pisemnego jeden ze studentów wstał, wskazał kolegę obok, który oszukiwał, i zażądał usunięcia go z sali. Opis ten był dla mnie wtedy szokujący. W Polsce student taki nie miałby życia. A tam?

Przeczytaj również: Polscy naukowcy i sztuczna inteligencja. Sukces OpenAI i bariery innowacji

Na wielu amerykańskich uczelniach część egzaminów oceniana jest względnie, z wykorzystaniem rozkładu wyników całej grupy. Każdy, kto ściąga, pomagając sobie, zaniża ocenę tym, którzy piszą uczciwie.

Przede wszystkim jednak w USA dyplomy to papiery wartościowe. Jeśli uczelnia wręcza je osobom, które życie zweryfikuje jako niekompetentne lub które zdobyły dyplom w sposób nieuczciwy, to sama prowadzi do gwałtownej inflacji jego wartości. Pracodawca, który kilka razy natnie się na absolwentów takiej uczelni i będzie z nich niezadowolony, nigdy więcej nie zaprosi kolejnych jej absolwentów na rozmowę kwalifikacyjną. To są jednak jedynie aspekty pragmatyczne.

Reklama
Reklama

Szanujące się uczelnie stawiają na model honorowy. Princeton wprost zapisuje w swoich kodeksach, że student ma podwójny obowiązek: sam nie łamać prawa i jako członek wspólnoty zgłaszać podejrzane naruszenia. A za nie grożą kary od nagany po zawieszenie, a przy drugim przewinieniu nawet wydalenie.

Wielka Brytania dla odmiany praktykuje model administracyjno-proceduralny. W systemie GCSE/A-level przypadki „malpractice” mogą zgłaszać szkoły, egzaminatorzy, rodzice, uczniowie, anonimowi informatorzy i osoby postronne; oficjalne wytyczne JCQ zachęcają każdego, kto ma informacje o nadużyciu, do zgłoszenia sprawy. Ofqual podaje, że w sesji letniej 2025 było 5025 przypadków uczniowskich nadużyć egzaminacyjnych przy egzaminach GCSE, AS i A-level.

Kara musi nazwać oszustwo oszustwem

Dlatego potrzebujemy nie tylko lepszych procedur, lecz także zmiany prawa. Oszukiwanie na egzaminach: szkolnych, maturalnych, zawodowych i akademickich powinno być traktowane znacznie poważniej niż dziś. Nie dlatego, że każde takie zachowanie uda się wykryć i ukarać. Nie uda się. Tak jak nie wykrywa się każdego kłamstwa, każdej kradzieży i każdego plagiatu.

Prawo ma jednak nie tylko ścigać, ale także nazywać rzeczy po imieniu. Jeśli obyczaje upadają, prawo powinno przypominać elementarne zasady: egzamin ma mierzyć wiedzę zdającego, praca zaliczeniowa ma być pracą autora, dyplom ma poświadczać realne kompetencje, a nie sprawność w obchodzeniu systemu. Czas zacząć piętnować nie tylko ściąganie z telefonu w toalecie, ale również pisanie prac zaliczeniowych na zamówienie, kupowanie magisterek, korzystanie z płatnych „pomocy naukowych”, będących w istocie usługą oszustwa, oraz organizowanie całych procederów wynoszenia arkuszy czy przekazywania odpowiedzi.

Reklama
Reklama

Kary nie mogą dotyczyć wyłącznie złapanego ucznia lub studenta. Muszą obejmować także tych, którzy aktywnie współdziałają: pomagających, pośredniczących, sprzedających gotowe prace, podstawiających się za zdających, dostarczających sprzęt i organizujących kanały przekazywania odpowiedzi. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego.

Przeczytaj też: Wyniki matur 2026: Kryzys przedmiotów ścisłych i boom na biologię. Gdzie zdaje się najlepiej?

We Francji oszustwo egzaminacyjne może oznaczać nie tylko unieważnienie egzaminu, ale także kilkuletni zakaz przystępowania do egzaminów państwowych i zapisywania się na publiczną uczelnię. W Chinach organizowanie ściągania podczas najważniejszych egzaminów może prowadzić nawet do odpowiedzialności karnej. Polska nie musi oczywiście kopiować najbardziej surowych rozwiązań. Czas jednak najwyższy podjąć kroki, dzięki którym zniknie przekonanie, że oszustwo edukacyjne jest szkolnym folklorem.

Jest ono bowiem zamachem na wiarygodność państwowego dokumentu. Zwłaszcza że elektroniczna forma świadectw i dyplomów może w przyszłości ułatwić coś, co dziś wydaje się prawie niemożliwe: skuteczne odbieranie dokumentów przyznanych na podstawie oszustwa, także po latach.

Reklama
Reklama

Bo w gruncie rzeczy nie chodzi o to, czy ktoś ukryje telefon w rękawie, schowa słuchawkę w uchu albo kupi gotową pracę w internecie. Chodzi o pytanie znacznie poważniejsze: czy państwowy egzamin i akademicki dyplom mają jeszcze cokolwiek znaczyć. Jeśli odpowiedź brzmi „tak”, to musimy przestać udawać, że ściąganie jest niewinną sztuczką z młodości. To nie jest spryt.

To jest kradzież cudzej szansy, cudzej pracy i cudzego zaufania. A system, który nie umie tego nazwać, prędzej czy później sam zaczyna przypominać ściągę: wygląda jak dokument, ale coraz mniej mówi prawdę.

Źródło: Zero.pl
Łukasz Wolański
Łukasz WolańskiDoktor nauk chemicznych, pracownik naukowy Uniwersytetu Warszawskiego, członek zespołu ds. praw i obowiązków ucznia przy MEN - autor zewnętrzny