Otóż nagrywałem komentarz dla Kanału Zero o wizycie Leona XIV we Francji. I popełniłem błąd. Stwierdziłem, że Marine Le Pen uznała, jak Ludwik Burbon, że Paryż wart jest mszy. Oczywiście nie powiedział tak Ludwik, tylko Henryk IV Wielki, założyciel dynastii. A możliwe, że wcale tak nie powiedział, tylko potem włożył mu to powiedzonko w usta Wiktor Hugo. W każdym razie się przejęzyczyłem i zamiast Henryk powiedziałem Ludwik.
Mówiąc szczerze, różne wpadki zdarzały mi się wcześniej, ale pies z kulawą nogą nie zwracał na to uwagi. Tym razem uderzyłem (niechcący) w wyjątkowo czuły punkt. Z jakichś powodów ludzkość bardzo przeżyła nazwanie Henryka Ludwikiem. W komentarzach po wielokroć zwracano mi uwagę, że się pomyliłem. Najpierw odpowiadałem i przepraszałem, ale wkrótce się zmęczyłem, bo po każdych moich przeprosinach wyskakiwały kolejne cztery komentarze. Uznałem zatem, że przestanę czytać te przytyki i problem zniknie.
Leon XIV nad Sekwaną. Francja, która miała zapomnieć o Bogu, znów zaczyna Go szukać
Wstyd i hańba
Wtedy zadzwonił do mnie stryj. Głos miał poważny i surowy. Stwierdził, że nie po to ofiarowywał mi kiedyś biografię Henryka IV napisaną przez profesora Baszkiewicza i wydaną przez Państwowy Instytut Wydawniczy, bym teraz rzeczonego Henryka pomylił z Ludwikiem.
– Rozczarowałeś mnie, chłopcze – sapnął głucho i się rozłączył. Ale zaraz potem telefon zadzwonił ponownie.
Okazało się, że to mój od dawna niewidziany przyjaciel z młodości.
– Ile to, chyba ze 20 lat się nie widzieliśmy – ucieszyłem się na powitanie.
– Jak mogłeś nazwać Henryka Wielkiego Ludwikiem? – syknął z wyraźną niechęcią. – To ja mówię ludziom, że jesteś moim przyjacielem, przyznaję się do ciebie, a tu taka kompromitacja. Wstyd – zakończył i nie chciał dalej rozmawiać. Ani umówić się na wódkę.
W metrze widziałem niechętne spojrzenia ludzi. Kręcili na mój widok głowami i szeptali coś między sobą. Widziałem, jak matka pokazuje mnie dziecku i mówi: to ten, co pomylił Burbonów (to akurat słyszałem, nie widziałem). Dziecko łypnęło na mnie z wyraźną pogardą. Ktoś zrobił mi zdjęcie. Wtuliłem głowę w ramiona i zapadłem się w sobie. Zerknąłem w komentarze. Niestety, sprawa wciąż żyła. Kolejni internauci wskazywali na moją pomyłkę.
To pomyłka
Może w domu będzie inaczej? Niestety, już na progu powitało mnie pełne pretensji spojrzenie mojego syna. Przewrócił oczami i z jakimś takim rozczarowaniem, które może mieć tylko syn wobec ojca, wyszeptał:
– Ludwik Burbon? Naprawdę?
Nim zdołałem coś odpowiedzieć, mój telefon zaczął wibrować i dźwięczeć. Bliscy, dalsi, a nawet zupełnie nieznani mi ludzie, którzy jakimś cudem posiadali mój numer, informowali mnie, że to nie Ludwik Burbon powiedział, że Paryż wart jest mszy. Nigdy wcześniej, nawet w czasach, gdy wysyłało się życzenia bożonarodzeniowe SMS-em (czy jeszcze ktoś to robi?), nie dostałem tak wielu krótkich wiadomości tekstowych.
Czytaj też: Leon XIV podda się operacji. U papieża wykryto guzek w płucu
Wytchnienia poszukałem w samochodzie. Ale zabrakło mi paliwa i musiałem podjechać na stację benzynową, a tam już czaili się ludzie, którzy chcieli na mnie napluć – tak mi się przynajmniej wydawało. Zrozpaczony, na oparach, dojechałem do lasu. Tam nie było zasięgu. Telefon chwilowo przestał wibrować. Cieszyłem się spokojem, ale wtedy zza drzewa wyszedł leśniczy i powiedział:
– Oj, Burbon, Burbon.
Po czym odszedł, a zniesmaczone zwierzęta poszły jego śladem.
Ale najgorsze nastąpiło następnego dnia. Opowiedziałem o tej fali hejtu żonie, a ona powiedziała:
– Ej, ale nikt cię nie hejtował. Po prostu zwrócili ci uwagę, że się pomyliłeś.
Hejt od najbliższych boli najbardziej.


