Mieszkańcy wschodniej Polski zaczynają przyzwyczajać się nie tylko do syren alarmowych, ale także do alertów Rządowego Centrum Bezpieczeństwa. Jest to system niedoskonały, ale dobrze że się pojawił i trzeba pochwalić polityków, że wreszcie społeczeństwo oswaja się z alarmami na wypadek zagrożeń.
17 września wyły syreny w województwach: lubelskim i podkarpackim. Rozesłano także alert RCB. Powodem był lotniczy atak dronowy na Ukrainie. Część mieszkańców wschodniej Polski sygnalizowała, że syreny ledwo słyszeli, a nie ma pewności, czy osoby starsze monitorują otrzymanie smsów z rządowym powiadomieniem. To kolejna z lekcji o działaniu państwa w czasie bliskiego ryzyka.
To czego mi brakuje jako „kropki nad i” w jednoznacznym komunikowaniu społeczeństwu zagrożenia to kilka spraw.
Brakuje wpięcia w system ostrzeżeń funkcji Cell Broadcast (wibrowanie i sygnalizacja dźwiękowa telefonu), upowszechnienia w społeczeństwie aplikacji do spraw zagrożeń (np. lotniczych) aby każdy z nas mógł śledzić co dzieje się w przestrzeni powietrznej całej wschodniej flanki NATO (nie tylko Polski), oraz konsekwentnego stosowania się do „Poradnika Bezpieczeństwa” – nie tylko przez naród, ale także przez polityków.
W końcu to oni go wydrukowali, a w dostarczonej do skrzynek pocztowych Polaków broszurze, napisano że po usłyszeniu alarmów lotniczych należy włączyć TV lub radio oczekując komunikatów władz. Czy to nie skraca czasu na ewakuację?
Naszym największym problemem do tej pory, był nie tyle brak systemu ostrzeżeń, ale niejasna komunikacja na linii władze rządowe i samorządowe, a obywatele. I liczę na to, że w obliczu realnych zagrożeń to, siłą rzeczy, się obecnie wypracowuje.
Inne Shahedy, inna wojna
Warto także, by nasze polityczne elity miały świadomość, że kalka zagrożenia lotniczego dla Polski to nie jest lekcja Ukrainy z przełomu lat 2022/2023 i 2024.
Naszym punktem odniesienia jest wojna USA z Iranem i zwłaszcza odwetowe ataki dronowo-rakietowe Teheranu, a przede wszystkim obecna faza wojny rosyjsko-ukraińskiej. Shahedy przestają być wolnymi, głośnymi jak kosiarka, sygnalizowanymi celami. Coraz częściej używa się ciężkich rakiet, a drony rażą więcej celów niż karabiny i moździerze.
Wszystkie społeczeństwa, żyjące w pewnym napięciu, zaczynają traktować alarmy jako codzienność i wśród części ludzi – podkreślmy, że nie wśród ogółu – od razu pojawia się instynktowne bagatelizowanie sygnałów alarmowych. Niestety takie zachowania kończą się zazwyczaj tragicznie i przerobiły to społeczeństwa doświadczone najbrutalniejszymi obecnie wojnami, czyli Ukraińcy oraz mieszkańcy bliskowschodnich państw.
I to nie było tak, że do mieszkańców Ukrainy czy mieszkańców Izraela podszedł urzędnik i powiedział, żeby nie ignorowali alarmów lotniczych. Oni przestali to robić ze strachu jak obecnie wygląda wojna.
Dojrzałe traktowanie społeczeństwa polega na tym, że politycy nie boją się łatki straszących zagrożeniem. Mówią wprost: „każda procedura, abyście znaleźli ukrycie, jest po to aby ratować życie Wasze i Waszych bliskich”. Ćwiczenie tych procedur spoczywa na obu stronach, nie tylko na rządzie, wojewodach i samorządzie, ale także na obywatelach. To musi być synergia, to musi być tandem.
Tylko schron lub ukrycie
Dlaczego o tym piszę? Sam pamiętam te kuriozalne materiały w social mediach. W tle łuny po ataku lotniczym, a na dachu zajęcia aerobowe ze spinningu na rowerach w Odessie, libański roofbar z DJ-em i pełną klientelą patrzącą na ataki lotnicze, rolki z kawiarni gdy wyją syreny – to obrazy, które krążyły zarówno na Bliskim Wschodzie, jak i na Ukrainie. Intensyfikacja nalotów i słabość obrony przeciwlotniczej sprawiły, że to przeszłość.
Bo okazało się, że na miasta spadają pociski balistyczne z amunicją kasetową. A „kaseta” to ładunki, które zawierają ładunki, a te zawierają ładunki i z mocą szrapnela rozpryskuje się to na całą dzielnicę. W takiej sytuacji nie ma już miejsca na kawiarniane rolki na TikToka.
I miasta Ukrainy, i państw Bliskiego Wschodu borykały się w ostatnich miesiącach z podobnymi problemami – broni je zbyt mało systemów Patriot, a na cywilne budynki zaczynają spadać pociski balistyczne, przy których Shahed wydaje się małym zagrożeniem. A do tego Shahedy także się zmieniają. Geran-4 i Geran-5 mają napęd odrzutowy, więc zwielokrotnia to zagrożenie, bo obiekt przemieszcza się nie 100-200 km/h, ale z prędkością nawet 600-700 km/h.
Co to oznacza? Skraca czas reakcji. Daje zarówno społeczeństwu, jak i władzom, mniejsze okno na działania. Ponadto przykład Przewodowa i śmierci dwóch Polaków od upadku ukraińskiej przeciwrakiety pokazał, że ukrycie się jest warunkiem niepodlegającym dyskusji, ponieważ trajektoria pocisku czy drona może zawsze zostać zmieniona w czasie akcji przechwytywania takiego obiektu, na ziemię najczęściej spadają odłamki.
Czytaj także: Odnaleziono szczątki pocisku Ch-101. Koniec prowadzonych od czwartku poszukiwań
Tam, gdzie wyją syreny, są wysyłane alerty RCB, należy bezwzględnie ukryć się, bo nie można wiecznie zakładać, że pocisk manewrujący Ch-101, wystrzeliwany przez rosyjskie strategiczne lotnictwo, zawsze będzie uderzał w środek pola.
Margines szczęścia się tutaj zawęża, a nie poszerza.


