Reklama
Biznes

Demografia, głupcze! Według prezydenta kryzys dzietności zaczyna się w głowach

Na początku było 500 plus. Potem Rodzinny Kapitał Opiekuńczy (kto to jeszcze pamięta?), potem 800 plus, wreszcie babciowe. I wszystko na nic – dzieci nadal rodzi się w Polsce za mało. Dlatego prezydentowi Karolowi Nawrockiemu należy się pochwała za innowacyjne podejście do tematu kryzysu demograficznego. Coraz więcej wskazuje bowiem na to, że ten kryzys zaczyna się w głowach, a nie w portfelu.

Katarzyna Dybińska
Opinia autorstwa: Katarzyna Dybińska
Dzisiaj 20:23
6 min
Prezydent RP Karol Nawrocki podczas przemówienia na konferencji Poland Future Summit w Warszawie
Prezydent RP Karol Nawrocki podczas przemówienia na konferencji Poland Future Summit w Warszawie (fot. Leszek Szymański / PAP)
TYLKO NA

Kryzys dzietności nad Wisłą jest faktem. Z prognozy opublikowanej przez Główny Urząd Statystyczny w listopadzie 2025 r. wynika, że jeśli w Polsce utrzyma się niska dzietność, do 2060 r. liczba ludności może skurczyć się o blisko jedną czwartą – do 28,4 mln. Jest to wprawdzie scenariusz eksperymentalny, ale w scenariuszu oficjalnym nie wygląda to dużo lepiej: w wariancie tym przewiduje się spadek ludności Polski do 2060 r. do poziomu 30,9 mln (tj. o 17,6 proc.).

„Co to za gangsterka?”. Stanowski odpowiada Giertychowi i Arłukowiczowi

Faktem jest też to, że hojne transfery społeczne, które miały pobudzić dzietność w Polsce, nie dały spodziewanych efektów. Boomu urodzeń nie przyniosło ani świadczenie 500 plus, ani późniejsze zwiększenie go do kwoty 800 plus, ani też program Rodzinny Kapitał Opiekuńczy, ogłoszony z pompą przez rząd Mateusza Morawieckiego w czasie pandemii. Ten ostatni jest zresztą wygaszany i zastępowany przez jedno ze świadczeń w ramach programu „Aktywny rodzic”, który wprowadziła obecna koalicja rządząca (częścią tego programu jest słynne „babciowe”).

Polacy nie mają dzieci nie dlatego, że brakuje im na pieluchy i mleko

Przez ostatnią dekadę dorobiliśmy się imponującej listy działań mających wspierać demografię (a „przy okazji” kupować głosy wyborców). Doczekaliśmy się też licznych analiz eksperckich podejmujących próbę odpowiedzi na pytanie, dlaczego Polacy nie chcą mieć dzieci mimo coraz większego wsparcia finansowego ze strony państwa.

Reklama
Reklama

W ramach tych analiz w pewnym momencie zaczęto kłaść mocny akcent na politykę mieszkaniową. O, gdyby tylko młodych było stać na własne, duże, wygodne mieszkania, w każdej rodzinie rodziłaby się co najmniej trójka dzieci! – przekonywali niektórzy eksperci.

To chyba jednak pobożne życzenia. Biorąc pod uwagę to, jak bardzo niewielki wpływ na decyzje prokreacyjne miały dotychczasowe inicjatywy, można zaryzykować tezę, że nawet gdyby politycy zaczęli dawać każdej młodej parze mieszkanie w prezencie ślubnym, krzywa urodzeń i tak nie zaczęłaby rosnąć.

Demografia to nie matematyka, a psychologia społeczna

Dlatego w podejściu Karola Nawrockiego do problemu kryzysu demograficznego, wyrażonym w przemówieniu prezydenta na konferencji Poland Future Summit 22 czerwca w Warszawie, jest metoda. Skoro nie jesteśmy w stanie skutecznie oddziaływać na portfel, zacznijmy oddziaływać na głowę.

– Kryzys demograficzny wynika z zagadnień kulturowych i edukacyjnych – mówił Karol Nawrocki. Jak stwierdził, „stajemy w sytuacji, w której musimy dawać odpór pewnym trendom, które pojawiają się w całej Europie, które nie promują rodziny”.

Reklama
Reklama

Diagnoza ta opiera się na założeniu, że nasz system wartości nie jest stały w tym sensie, że kształtuje nas otoczenie. A zatem, skoro chcemy, by rodzina znów znalazła się na piedestale – jako wartość nadrzędna w stosunku do kariery, samorealizacji, poznawania świata itp. (ale jednocześnie nie wykluczająca ich), powinniśmy szukać rozwiązań, które będą taki sposób myślenia wspierać.

Można w tym kontekście zapytać, czy współczesna kultura i media promują takie podejście, czy mówią odbiorcom o korzyściach i satysfakcji płynących z założenia rodziny – czy też może skupiają się na budzeniu lęku u potencjalnych przyszłych rodziców: przed przyjściem na świat chorego dziecka, przed wypadnięciem z rynku pracy, przed „zamknięciem w domu”, przed obciążeniami finansowymi związanymi z wychowywaniem dzieci. Można zestresować się już na starcie.

Karol Nawrocki dołożył do tej diagnozy kryzys męskości. – Kryzys męskości to z całą pewnością coś, co wpływa także na nasze problemy demograficzne, i wierzę, że to z Polski pójdzie taki mocny sygnał tego, że mężczyźni nie wahają się podejmować wyzwań także w zakresie zakładania rodziny i budowania nas pod względem demograficznym – powiedział.

Reklama
Reklama

Przywołał w tym kontekście swoje osobiste doświadczenia.

– Ja miałem 20 lat, kiedy zostałem jednocześnie mężem i ojcem już wówczas dwuletniego syna, mieszkałem w pokoju 14 mkw., musiałem ciężko pracować, cztery razy w tygodniu trenowałem, byłem w trakcie robienia doktoratu. I nie zastanawiałem się, czy rodzina mi się opłaci, tylko po prostu chciałem mieć żonę i dzieci. Uznawałem to za swój obowiązek – zwierzył się słuchaczom prezydent.

Stan konta kontra stan umysłu

Ilu ludzi, tyle opinii – ktoś może nie zgodzić się z prezydentem i stwierdzić, że większym problemem jest „kryzys kobiecości” rozumiany jako kryzys instynktu macierzyńskiego. Najistotniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że zaczynamy wreszcie rozmawiać o demografii nie w kontekście stanu konta, a stanu umysłu.

Oczywiście, stan konta też się liczy. Karol Nawrocki mówił w swoim wystąpieniu o podwyższeniu drugiego progu podatkowego, wskazując, że jego zamrożenie uderza w osoby młode i myślące o założeniu rodziny. To temat, który staje się coraz bardziej gorący, a temperatura dyskusji będzie tylko rosła – wchodzimy w końcu coraz mocniej w przedwyborczy kalendarz. Podniesienie drugiego progu niesie na sztandarach Polska 2050, a także kandydat PiS na premiera, Przemysław Czarnek.

Reklama
Reklama

Nawrocki odpowiedział Zełenskiemu: Wszyscy patrioci rozumieją

Karol Nawrocki mimowolnie (a może celowo?) wpisał się zatem w to, co będzie jednym z motywów przewodnich przyszłorocznej kampanii. I tu już, niestety, robi się mniej innowacyjnie – w końcu ulgi podatkowe to tradycyjne danie serwowane jako kiełbasa wyborcza.

Źródło: Zero.pl