Świat

Starmer łeb w łeb z Merzem. Najgorsze wyniki w historii

Premier Wielkiej Brytanii, Keir Starmer ma sporo wspólnego z kanclerzem Niemiec, Friedrichem Merzem. Obaj zapisali się w historii swoich państw – notują historyczne, najgorsze wyniki poparcia. Na drugim biegunie są partie prawicowe, które rosną w siłę. To pokazuje, że lewica i liberałowie na wyhamowanie „prawicowej kontrrewolucji” muszą jeszcze poczekać. Pytanie, jak długo to potrwa.

Przemysław Staciwa
Opinia autorstwa: Przemysław Staciwa
Dzisiaj 11:54
9 min
(L-R) France?s President Emmanuel Macron, German Chancellor Friedrich Merz and British Prime Minister Keir Starmer pose on a balcony prior to their E-3 meeting, during the Munich Security Conference, on February 13, 2026 in Munich. Heads of state and government as well as foreign and defence ministers from all over the world are expected to attend the security policy talks from February 13 to 15, 2026. (Photo by THOMAS KIENZLE / POOL / AFP) (fot. THOMAS KIENZLE / East News)

W Niemczech prawdziwy weltschmerz (ból istnienia, poczucie bezsensu i melancholii) przeżywać musi zarówno kanclerz Merz, jak i jego partia. Chodź CDU formalnie jest chadecją zaliczaną historycznie i ideowo do formacji prawicowych, od lat w praktyce chadecją jest tylko z nazwy.

Dość powiedzieć, że za czasów Angeli Merkel (CDU) chadecy przegłosowali i wprowadzili małżeństwa dla par jednopłciowych (2017r.) z pełnymi prawami do adopcji dzieci, a pod koniec rządów pieszczotliwie nazywanej przez Niemców „mutti” (mamusia) w obiegu prawnym pojawiła się tzw. „inna płeć”.

Z CDU wywodzi się także przewodnicząca Komisji Europejskiej, Ursula von der Leyen krytykowana przez przeciwników za propagowanie skrajnie lewicowych polityk klimatycznych, cenzury prewencyjnej i biurokratycznego centralizmu. Wracamy jednak do Friedricha Merza. 

Reklama
Reklama

W rok po objęciu przez kanclerza władzy, jego sondaże zapikowały w dół. Merz cieszy się poparciem sięgającym 16 proc. 83 proc. z respondentów stwierdziło, że jest niezadowolonych z kanclerza.

Jest to to najniższy wynik osiągnięty przez wszystkich dotychczasowych szefów rządu Niemiec od rozpoczęcia badań pomiarowych w 1997 roku. Do tego dochodzi ogólne niezadowolenie z rządów koalicji. Według sondażu ARD DeutschlandTrend z 8 maja pracę gabinetu Merza pozytywnie ocenia jedynie 13 proc. badanych, wobec 42 proc. na początku kadencji. 

Iran „upokarza” USA. Merz krytyczny wobec taktyki Trumpa

Jakby tego było mało, koalicji pod wodzą CSU rośnie konkurencja w postaci AFD. We wrześniu w Niemczech odbędą się wybory do parlamentów Berlina, Saksonii-Anhalt i Meklemburgii-Pomorza Przedniego. W dwóch ostatnich wschodnich landach poparcie dla Alternatywy dla Niemiec przekracza już 40 proc., co daje ugrupowaniu nadzieję na historyczny wynik.

Reklama
Reklama

Niemcy są niezadowoleni z kosztów transformacji energetycznej, wyborca ma odczucie, że kraj się nie rozwija, stoi w miejscu. Do tego dochodzą napięcia związane z migracją i przestępczością – w ostatnich latach wzrósł problem przestępstw seksualnych, czy ataków nożowników.

Ponadto dochodzą kwestie czysto gospodarcze. Niedawno izba wyższa parlamentu Niemiec (Bundesrat) zablokowała wypłatę pracownikom premii, która w założeniu miała złagodzić skutki wzrostu cen paliw. To z kolei może jeszcze podkopać sondaże CDU, CSU i Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (SPD).

Starmer goni Merza

Rozłam w Partii Pracy. „Premier nie cieszy się już zaufaniem”

Nie lepiej rysuje się sytuacja Partii Pracy pod przywództwem Keira Starmera. Powiedzieć „licho”, to nic nie powiedzieć. Jak zauważył Jakub Dymek w swoim „Lewym skrzydle” w Kanale Zero, pod koniec ub. roku Starmer cieszył się mniejszym zaufaniem niż odchodzący z życia publicznego w niesławie po aferze Epsteina książę Andrzej. Tak jak Friedrich Merz jest najgorzej ocenianym kanclerzem w historii niemieckich pomiarów (od 1997 r.), tak Keir Starmer jest najgorzej ocenianym premierem w historii brytyjskich pomiarów (od 1977 r.). 

Reklama
Reklama

Analogii pomiędzy Wielką Brytanią i Niemcami jest więcej, choć nie wszystko się pokrywa. Przed Merzem dopiero wspominany wcześniej we wrześniu test w wyborach do poszczególnych parlamentów.

Starmer niedawno zasmakował goryczy porażki w wyborach samorządowych. I to w jakim stylu – partia „Labour” straciła 1496 mandatów radnych – to aż 60 proc. ich stanu posiadania z poprzednich wyborów. Triumfowała partia Nigela Farage'a Reform UK (1454 mandaty).

Jakby tego było mało, narodowe i prawicowe partie zwyciężyły w odbywających się w tym samym czasie wyborach w Szkocji i Walii. 

Brytyjczycy niezadowoleni z rządów Torysów wskazują podobne powody, co niezadowoleni z koalicji CDU/CSU/SPD Niemcy – wysokie koszty życia, wysokie ceny, rosnąca przestępczość, terroryzm, niekontrolowana migracja. Wielka Brytania stała się jednym z poligonów doświadczalnych multikulturalizmu na dużą skalę. Media społecznościowe i świat obiegły obrazy lokalnych polityków i burmistrzów, którzy teksty przysiąg odczytują w językach bengalskich i arabskich.

Reklama
Reklama

Niekiedy, uroczystościom towarzyszyły również modlitwy. Część Anglików uważa, że przestają być gospodarzami we własnych domach. Jednym z jaskrawych przykładów kulturowej i etnicznej zmiany, która zachodzi na Wyspach Brytyjskich jest Birmingham – począwszy od 2019 r. pięciu z siedmiu merów tego miasta miało korzenie imigranckie, lub urodziło się poza Wielką Brytanią.

Na deser – Hiszpania

Do grona przegranych w wyborach i ponoszących sondażowe klęski dołącza premier Hiszpanii, Pedro Sanchez. Lider, oraz jego Hiszpańska Socjalistyczna Partia Robotnicza (PSOE) zostali zmiażdżeni w wyborach regionalnych w Andaluzji w połowie maja br. Do zwycięstwa socjalistów, które zakończyło się spektakularną porażką, prowadziła przyboczna Sancheza, wicepremier i minister finansów, Maria Jesus Montero. W przypadku Hiszpanii, podobnie jak Niemic i UK adekwatne jest słowo „historyczny”. Socjaliści ponieśli bowiem najwyższą w historii porażkę.

Hiszpania legalizuje pobyt pół miliona migrantów. Igor Zalewski: „To inżynieria społeczna”

Problemy Hiszpańskich socjalistów mają nieco inne odcienie od omawianych wcześniej Niemców i Brytyjczyków. W celu stworzenia koalicji rządowej Sánchez przeforsował kontrowersyjną ustawę abolicyjną dla katalońskich polityków zamieszanych w nielegalne referendum niepodległościowe z 2017 roku. Wywołało to masowe protesty społeczne i oskarżenia o przedkładanie własnego interesu politycznego nad praworządność. Ponadto, rząd Sáncheza mierzy się z oskarżeniami o korupcję dotyczącymi byłych kluczowych współpracowników (tzw. afera Koldo). Najpoważniejszym problemem wizerunkowym są zarzuty wobec żony premiera, Begoñi Gómez, dotyczące nadużywania wpływów i korupcji w biznesie.

Reklama
Reklama

Kłopoty Trumpa nie pomagają

Piętrzące się problemy administracji amerykańskiej, na które składa się wiele czynników – wojna z Iranem, konflikty Trumpa z papieżem, napięcia związane z Grenlandią, chaotyczna polityka celna i podwyżki cen benzyny – wszystkie one sprawiają, że poparcie dla amerykańskiego prezydenta słabnie. 

Trump wysyła do Polski kolejne 5 tys. żołnierzy. Tusk dziękuje Nawrockiemu

W kampanii wyborczej zogniskował on wokół siebie szerokie poparcie – od białych republikanów, przez dużą część katolików, po Latynosów. Teraz to poparcie zdaje się kruszyć, a politykę Trumpa krytykują wierni mu dotychczas konserwatywni dziennikarze i infulencerzy (Joe Rogan, Tucker Carlson, Candace Owens).

To z kolei dawało stronie lewicowo-liberalnej, zarówno w USA, jak i Europie, nadzieję na wyhamowanie konserwatywnego zwrotu w polityce świata zachodniego. Nastroje po lewej stronie budowało też ubiegłoroczne zwycięstwo Nicusora Dana w wyborach prezydenckich w Rumunii (po anulowaniu wcześniej pierwszej tury wyborów i delegalizacji kandydata prawicy przypomnijmy), oraz niedawny triumf partii Tisza Petera Magyara, co samemu zainteresowanemu zapewniło fotel premiera.

Reklama
Reklama

Wydaje się jednak, że kontr–kontrrewolucja wcale nie wyhamowała – Trumpa wciąż popiera miażdżąca większość gorliwych zwolenników i ma on jeszcze czas, oraz karty, by odbudować nadszarpniętą pozycję. Czapki z głów dla tego, który przewidzi, czy mu się to uda. Z kolei przykłady rumuńskie i węgierskie mogą być mylące – nowy prezydent Rumunii, choć odwołujący się do wartości bliższych stronie liberalno-lewicowej, również przedstawiał się jako antysystemowy i przeciwny elitom. Zaś nowy premier Węgier to konserwatysta wywodzący się z Fideszu. Jaką przyjmie długofalową strategię, jeszcze za wcześnie by wyrokować.

Krajobraz po burzy

Nie wydaje się, by w Europie nastroje społeczne i polityczne miały się gremialnie przechylić na korzyść lewicy i liberałów. Widoczne jest to szczególnie na Zachodzie. Socjaliści w przeszłości utrzymywali dobre nastroje i wyniki wyborcze dzięki hojnym programom socjalnym i transferom pieniędzy.

Magiczne źródło zaczyna się jednak wyczerpywać – Hiszpania należy do europejskich liderów w zadłużaniu się (1,62 biliona euro, co stanowi 100,7% relacji długu do Produktu Krajowego Brutto (PKB)), zadłużają się też Niemcy i Brytyjczycy (odpowiednio ponad 2,66 biliona euro i 2,91 biliona funtów). Pieniędzy na socjal po prostu nie ma.

Do tego krajobrazu dołącza narastające napięcie na tle migracyjnym i ekologicznym – lewica od lat stara się forsować kosztowną transformację energetyczną, która odbija się na portfelach zwykłych ludzi. Pośrednio przez ETS, Zielony Ład, czy – jak ma to miejsce w Polsce, system recyklingu i butelkomatów, co jest przerzucaniem obowiązku i potencjalnego kosztu na konsumenta.

Reklama
Reklama

To jednak drobiazg. Europejczycy coraz mniej czują się gospodarzami we własnych domach, odczuwają coraz większy niepokój związany z atakami terrorystycznymi i przestępczością, zaczynają mieć dość postępujących rewolucji kulturowych.

Przynajmniej duża część społeczeństwa wobec tych czynników wielu zaczyna zwracać się w kierunku partii odwołujących się do starych, sprawdzonych, a więc konserwatywnych zasad.

To, czy zostaną one wdrożone w życie i czy to w dzisiejszym świecie jeszcze jest możliwe, to zupełnie inna bajka. Z kolei wyborca lewicowo-liberalny, widząc nieskuteczność swoich liderów, naturalnie, najczęściej nie przerzuci sympatii na drugi biegun. Wystarczy jednak, że się zawiedzie, zdemobilizuje i przy okazji najbliższych wyborów zostanie w domu. 

Plotki o hamowaniu czy końcu konserwatywnej kontrrewolucji są na dzisiaj mocno przesadzone. 

Źródło: Zero.pl