To brzmiało na początku jak piękna opowieść: ekologiczna Europa, wolne od pyłów powietrze, czysta energia ze słońca i wiatru, zdrowe społeczeństwo. Ale zostaliśmy brutalnie wygnani z raju.
Sami zastawiliśmy na siebie pułapkę
Europejski przemysł jest pod ścianą. Nie ma znaczenia, że ta ściana ma modny obecnie kolor butelkowej zieleni. To tylko tło, a na tym tle widzimy postępującą dezindustrializację Starego Kontynentu. W kryzysie są branża stalowa, chemiczna, motoryzacyjna. Ich przedstawiciele otwarcie mówią, że nie mają szans konkurować z azjatyckimi czy amerykańskimi koncernami, które nie są obciążone kosztami restrykcyjnej polityki klimatycznej.
To dopiero początek klimatycznej rewolucji UE. Koszty dla Polski liczone są już w bilionach
Fabryki przenoszą się poza UE, bo poza jej granicami nie muszą borykać się z wysokimi kosztami energii, z ciężarem opłat związanych z koniecznością zakupu unijnych uprawnień do emisji (ETS). Prowadzi to do różnych paradoksów.
Można to pokazać na przykładzie stali, która jest podstawowym materiałem używanym w produkcji masztów do turbin wiatrowych. Europejskie huty stali tymczasem masowo się zamykają, a produkcja koncentruje się na innych kontynentach. W krajach UE w 2025 r. wyprodukowano 126,2 mln ton stali (dane World Steel Association). Dla porównania, w Chinach było 960,8 mln ton. W ten sposób Europa uzależnia się od importu strategicznego surowca przemysłowego, który – o ironio! – jest niezbędny w procesie transformacji energetycznej, na której tak nam zależy. A przecież równie istotne są jeszcze inne zastosowania stali – kłania się tutaj przemysł obronny (przypomnijmy – podobno Europa stawia na budowanie swojej potęgi militarnej).
Pod ogromną presją jest też europejskie rolnictwo. Nowy pośredni cel klimatyczny UE – zredukowanie emisji gazów cieplarnianych o 90 proc. do 2040 r. (w porównaniu z 1990 r.) – bezlitośnie wymusi ścięcie emisji z hodowli zwierząt i nawożenia upraw. Chcąc go osiągnąć, trzeba będzie redukować pogłowie bydła i ograniczać powierzchnię upraw. A przecież w tak niespokojnych czasach, kiedy globalną gospodarką co i rusz wstrząsają konflikty i zaburzenia w łańcuchach dostaw, nie powinniśmy narażać na szwank naszego bezpieczeństwa żywnościowego.
Zielony Ład puka także dosłownie do drzwi domów. System ETS2, oznaczający opłaty z tytułu ogrzewania domów emisyjnymi paliwami, wydrenuje kieszeń niejednego Polaka, który będzie musiał kupić nowy, ekologiczny piec. Oczywiście, w debacie publicznej podkreśla się, że dostaniemy z UE pieniądze na łagodzenie kosztów związanych z tą transformacją (mowa o instrumencie znanym jako Społeczny Fundusz Klimatyczny z budżetem 65 mld euro). Czy jednak nie lepiej byłoby nie tworzyć problemów, by później je rozwiązywać – a zamiast tego pozwolić Europie się bogacić, tak, by wymiana źródeł ogrzewania na bardziej ekologiczne (bez przymusu) stała się dla jej obywateli czymś naturalnym i czymś, na co mogą sobie pozwolić?
Pytania o politykę klimatyczną nie są przeciwko ochronie środowiska
Takich pytań jest wiele, ale nie można oprzeć się wrażeniu, że nie można ich zadawać w przestrzeni publicznej. „Ale co z klimatem?!” – usłyszy zaraz w odpowiedzi każdy, kto ośmieli się powiedzieć, że unijna polityka transformacji energetycznej pożera własne idee, bo zamiast prowadzić nas do Europy zasobnej i silnej, kieruje nas na kurs utraty konkurencyjności wobec reszty świata. A przecież o problemie UE z konkurencyjnością pisał w swoim raporcie człowiek, którego trudno uznać za eurosceptyka – Mario Draghi, szef Europejskiego Banku Centralnego.
Niby coś się zmienia. Regulacje, które doprowadziły do niebotycznych kosztów energii w UE, potępiał otwarcie w Parlamencie Europejskim polski premier Donald Tusk. Z krytyką Zielonego Ładu występowała szefowa włoskiego rządu Giorgia Meloni. Kanclerz Niemiec Friedrich Merz apelował do KE o przemyślenie polityki klimatycznej w motoryzacji, widząc, co dzieje się z dawną perłą w koronie niemieckiego przemysłu.
UE sama nie zbawi planety, a płaci wysoką cenę za to, że się stara
To wszystko działo się w 2025 r. I co? I nic. Bruksela niby ma świadomość tego wszystkiego, ale dalej brnie w wyśrubowane klimatyczne regulacje, bo przecież nowy cel redukcyjny na 2040 r. został przegłosowany w marcu br.
Towarzyszyła mu ta sama narracja, co zawsze: trzeba przyspieszyć transformację, bo wtedy staniemy się bardziej konkurencyjni, trzeba wspierać niskoemisyjne technologie produkcji, bo wtedy będziemy mogli sobie produkować stal, chemię, wszystko, co chcemy. Problem w tym, że słyszymy to od lat, a efektów nie widać.
Wujek Sam umarł. Ukraina, Chiny i koniec dominacji USA
Pojedyncze głosy i kuluarowe rozmowy musi zastąpić uczciwa, otwarta debata o tym, dokąd prowadzi nas polityka klimatyczna i czy nie trzeba jej zrewidować. Taka debata musi być też wolna od histerycznych sugestii, że samo zadawanie pytań równa się chęci dewastacji środowiska naturalnego, bo to zwyczajnie nieprawda.
W tej debacie warto też pamiętać o tym, że UE sama nie zbawi planety, bo to nie tylko od naszych wysiłków zależy efekt walki z globalnym ociepleniem. Od 1990 r. zredukowaliśmy emisje o ok. 35 proc., a reszta świata zwiększyła je w tym czasie o 65 proc. Zielone nadzieje ulotniły się jak dym z kominów fabryk, które wygnaliśmy z Europy.

